SAMUEL PALMER Szczęśliwy singiel

Udostępnij

W programie „Gwiazdy tańczą na lodzie” nie miał sobie równych. Choć przyznaje, że łatwo nie było: lodowe tańce śniły mu się po nocach, a trudne figury przypłacił licznymi siniakami. Przystojny absolwent Harvardu zdradza nam, dlaczego wciąż jest kawalerem i co łączy biznes z show-biznesem. Oraz to, dlaczego czasami warto być Alicją z Krainy Czarów.

SAMUEL PALMER Szczęśliwy singiel

GALA: Nie wstyd ci, że pokonałeś kobietę? Jak na sztandarowego dżentelmena Rzeczypospolitej to chyba niezbyt ładnie?

SAMUEL PALMER: Pokonać kobietę w dobie równouprawnienia to żaden wstyd. Powiem więcej, to zaszczyt. A tak poważnie, to jestem zdziwiony tą sytuacją. Z biznesowego i marketingowego punktu widzenia program „Gwiazdy tańczą na lodzie” powinna wygrać Agnieszka Włodarczyk.

GALA: Dlaczego?

SAMUEL PALMER: Ponieważ w show-biznesie jest znaną marką, na którą warto postawić, a produkt „Samuel Palmer” dopiero powstaje.

GALA: Przed programem potrafiłeś jeździć na łyżwach?

SAMUEL PALMER: W podstawówce jeździłem na hokejówkach. Potem wyjechałem do Ghany, a w Afryce na łyżwach się nie jeździ (śmiech). Ale mam smykałkę do sportów, więc w miarę szybko opanowałem podstawy. Sam początek, kiedy założyłem łyżwy i wszedłem na lód, został przypieczętowany sporym siniakiem. Ale godziny pracy i przejechane kilometry robią swoje. Oczywiście miałem mnóstwo upadków i kontuzji, jak każdy, ale sama jazda sprawiała mi coraz większą przyjemność i to dodawało mi skrzydeł.

GALA: Był taki moment, kiedy miałeś ochotę spakować łyżwy do plecaka i po prostu uciec z lodowiska?

SAMUEL PALMER: Nie, ale były takie figury, z których musieliśmy zrezygnować, ponieważ były za trudne. Zastępowaliśmy je innymi. Pamiętam, jak po pierwszym odcinku wróciłem do domu cały poobijany. Wykończony położyłem się spać i przyśnił mi się wtedy dziwny sen. Występowałem z moją partnerką na lodzie, który po pewnym czasie zamienił się w wielką rzekę i wypchnął nas ze studia, wciągając w jakieś ciemne miejsce. Wtedy zrozumiałem, że dopadło mnie poważne zmęczenie materiału.

GALA: To był jakiś znak?

SAMUEL PALMER: Pewnie tak. Ale bardziej klarowny był dla mnie ten, kiedy w dzień finału przyjechałem do studia, przebrałem się w kostium i zorientowałem się, że łyżwy zostawiłem w domu. Pierwszy raz mi się coś takiego zdarzyło. Musiałem szybko wsiąść w samochód i pędzić po nie przez pół Warszawy.

GALA:Pierwsza myśl, kiedy wygrałeś?

SAMUEL PALMER: Co dalej? Wyspać się czy iść oblewać zwycięstwo.

GALA: I co wybrałeś?

SAMUEL PALMER: Poszliśmy ze znajomymi na imprezę.

GALA:Program „Gwiazdy tańczą na lodzie” skończył się. Jaki jest bilans zysków i strat?

SAMUEL PALMER: W show-biznesie, jak w każdym biznesie, sprzedają się produkty rozpoznawalne i lubiane. Możliwość pokazywania się przez trzy miesiące w każdy piątek w telewizji pod tym względem umocniła moją pozycję na rynku. Teraz nie jestem tylko ugrzecznionym Samem z „Barw szczęścia”, ale też chłopakiem, który w czerwonym garniturze tańczy do piosenki Rolling Stonesów.

GALA:Po to kończyłeś Harvard, żeby wygłupiać się na lodzie i grać w serialu?

SAMUEL PALMER: Skończyłem Harvard, żeby być człowiekiem świadomym siebie i swojego otoczenia. Oczywiście zdobyłem tam gruntowne wykształcenie i wróciłem do Polski, by pozytywnie zmienić nasz kraj. Przez ostatnie trzy lata wykorzystywałem zdobytą na uczelni wiedzę, żeby pomagać największym firmom w Polsce w zarządzaniu biznesem. Jednak doświadczenie ze studiów na Harvardzie wykracza daleko poza aspekty nauki. Przebywanie z ludźmi z całego świata, z różnych kultur i o różnych filozofiach życiowych, otworzyło mi oczy na wiele spraw. Rozmowy przy kawie z kolegą, który przyjechał z Bagdadu i żył w Iraku podczas wojny albo który mieszkał w Pakistanie i opowiedział mi o konflikcie pakistańsko-hinduskim o Kaszmir, uważam za bezcenne. Właśnie dlatego polecam młodym ludziom studia na elitarnych, zagranicznych uczelniach. Nie dlatego, że uczył mnie profesor, który dostał Nobla.

GALA:Studenci Harvardu chodzą czasami na wagary?

SAMUEL PALMER: Wierz mi, studenci Harvardu to normalni ludzie, ambitni, to fakt, ale normalni. Mnie także zdarzyło się kilka razy nie pójść na wykłady. Ale z drugiej strony, jeżeli człowiek ma świadomość, że studiując tam, otrzymuje niepowtarzalną szansę, bardziej szanuje zajęcia. Zwłaszcza że są one naprawdę ciekawe. Chodziłem np. na kurs amerykańskiej prezydentury. Wykłady prowadził człowiek, który był doradcą Reagana. I prowadził je w taki sposób, że nie mogliśmy się doczekać kolejnych zajęć. Kiedy ktoś zaczyna: „Słuchajcie, gdy doradzałem Reaganowi, była taka i taka sytuacja...”, nikomu nie chce się spać, nawet jeżeli jest wcześnie rano w poniedziałek.

GALA: A jak imprezują studenci Harvardu?

SAMUEL PALMER: Organizowaliśmy wiele różnych imprez, od posiadówek przy winie do białego rana po bardzo formalne bale we frakach i sukniach. Na Harvardzie, oprócz księcia Jordanii, Natalie Portman i koleżanki, która miała astmę, wszyscy mieszkaliśmy w akademiku. To znacznie ułatwiało organizowanie imprez. Najbardziej jednak pamiętam taką sytuację, kiedy siedzieliśmy w nocy w stołówce i uczyliśmy się. Podeszła do nas koleżanka, która właśnie kończyła studia. Powiedziała, że coś nam pokaże. Nożem kuchennym otworzyła drzwi do akademickiej biblioteki. Następnie, jak w filmie, otworzyła wielką ścianę z książkami i wprowadziła do ciemnego korytarza. Po chwili znaleźliśmy się w starym, zakurzonym mieszkaniu, w którym kiedyś mieszkał pewien muzyk. Nawet zostawił swoją trąbkę.

GALA: A co było po studiach?

 

SAMUEL PALMER: Postanowiliśmy z kolegą wybrać się w podróż dookoła świata. Niestety, pieniędzy wystarczyło nam tylko na połowę trasy. Podróż zakończyliśmy w Nowej Zelandii. Po dwóch miesiącach trzeba było iść do pracy. Wtedy wróciłem do Polski i zacząłem pracować w firmie konsultingowej. I jak na ironię losu, od razu wysłali mnie do Nowego Jorku, potem były kolejne projekty w Czechach, na Litwie, Łotwie, w Estonii. Przez trzy lata pracowałem w 7 krajach i 11 miastach. A tak chciałem pobyć trochę w Polsce.

GALA: A jak ludzie z pracy, poważni panowie w garniturach, zareagowali na twoją przygodę z serialem?

SAMUEL PALMER: Pozytywnie, cieszyli się, że mam ciekawą pasję, którą rozwijam. Kiedy człowiek pracuje w dużej firmie i spędza tam po 12 godzin dziennie, musi mieć jakieś hobby, żeby zrelaksować umysł. Niektórzy latają samolotami, inni zbierają samochody, a ja postanowiłem grać. I choć nikt ode mnie z pracy „Barw szczęścia” nie ogląda, to kibicują mi. Zbierają wszystkie artykuły o mnie, wieszają na korkowej tablicy i żartują : „Co ten nasz wariat wymyślił tym razem”. Poza tym razem z czterema kolegami z firmy założyliśmy poprockowy zespół o nazwie KTW. Na zjeździe biur z Europy Wschodniej, w Grecji, zagraliśmy pierwszy raz dla 700 osób. To było doświadczenie!

GALA: Nie traktują cię przez to niepoważnie? Przecież biznesmeni z przymrużeniem oka obserwują show-biznes.

SAMUEL PALMER: Być może, ale ja wtedy zadaję im pytanie: czy liczenie przez wiele godzin w Excelu zysków i strat jakieś firmy jest bardziej realne od jeżdżenia w piątki na łyżwach? Grunt to mieć dystans do siebie – zarówno w „prawdziwym” biznesie, jak i show-biznesie.

GALA: Teraz wracasz do Excela i grania w serialu czy planujesz jakieś zmiany?

SAMUEL PALMER: W najbliższym czasie zamierzam skupić się na serialu i nowych projektach, które zostały mi zaproponowane po „Gwiazdach...”. Z biznesowego punktu widzenia byłoby głupotą teraz z tego rezygnować. A do „poważnej” pracy zawsze mogę wrócić.

GALA: A co na to twoi rodzice?

SAMUEL PALMER: Przyglądają się temu i zapewne zastanawiają, dokąd zmierzam. Ale wspierają mnie mocno. Mama specjalnie przyleciała na finał z Afryki. Oczywiście to, co teraz robię, jest dla nich totalną abstrakcją, tak samo jak ekonomia. Mój tata jest chirurgiem i dla niego nie istnieją inne zawody poza lekarzem, prawnikiem, inżynierem i księdzem. Ma swoją klinikę w Ghanie i jest nią całkowicie pochłonięty. Mama zarządza nią, brat studiuje inżynierię, a siostra psychologię w Londynie. Show- biznes jest dla nich obcy i zbyt nierealny.

GALA: Nie boisz się, że zgubisz się w nim?

SAMUEL PALMER: Nie, świadomie wybrałem taką drogę. Wiem, co mnie czeka na końcu ścieżki biznesowej, a tutaj nic nie wiem. Czuję się trochę jak Alicja w Krainie Czarów i to mi się podoba. Jeżeli ktoś odbiera mnie jako zagubionego, to trudno. Sun Tzu w „Sztuce wojny” napisał: „Lepiej, żeby ludzie nie doceniali cię, niż przeceniali. Wtedy możesz ich czymś zaskoczyć”.

GALA: Mówi się o tobie, że jesteś tak idealny, że aż nudny.

SAMUEL PALMER: Nie nudzę się, więc wydaje mi się, że nudny nie jestem. A tym bardziej idealny. Jestem normalny – a to, że portale plotkarskie uważają za osoby ciekawe tylko skandalistów, świadczy tylko i wyłącznie o degrengoladzie świata show-biznesu.

GALA: No tak, podobno w ciągu trzech miesięcy rzuciło cię aż siedem kobiet?

SAMUEL PALMER: Tak, dowiedziałem się o tym w dzień finału „Gwiazdy tańczą na lodzie” z pewnej gazety. Prawda jest taka, że ani ja nikogo nie rzuciłem, ani mnie nikt nie rzucił. Jestem singlem, a wszystkim tym, którzy starają się zobaczyć w tym coś więcej, polecam „Seks w wielkim mieście”. Nie spotkałem jeszcze kobiety, która by mnie na tyle zafascynowała, dopełniała i inspirowała, bym chciał się związać z nią na stałe. Ale wierzę, że taką spotkam. Na razie idę pomóc ubrać choinkę Kasi Zielińskiej. Ale proszę państwa, romansu nie będzie, bo Zielińska, według owej gazety, już mi kosza dała (śmiech).

Komentarze

Marcelina Zawadzka

Vero Moda - Sweter

Kup teraz

129.9 zł

Spódnica sp25

Kup teraz

89 zł

Carinii - Szpilki

Kup teraz

179.9 zł

Mango - Płaszcz Manuela

Kup teraz

199.9 zł