Przed nowojorskim hotelem Sheraton kłębiły się tłumy fotoreporterów. Całe miasto żyło imprezą dobroczynną „A Funny Thing Happened On the Way to Cure Parkinson’s” organizowaną od lat przez chorego na parkinsona aktora Michaela J. Foksa. W tym roku obecność potwierdzili Julianne Moore, reżyser Martin Scorsese, Ben Stiller, bejsbolista Alex Rodriguez (domniemany kochanek Madonny) oraz muzycy z zespołu The Who. Jednak pierwsze miejsce na liście VIP-ów było zarezerwowane dla gości specjalnych, najgorętszej pary show-biznesu – Scarlett Johansson i Ryana Reynoldsa. W końcu ktoś z tłumu krzyknął: „Jadą!”. Paparazzi wycelowali aparaty i… wydali jęk zawodu. Z czarnej limuzyny wysiadł tylko Ryan. Dostojnie przeszedł po czerwonym dywanie i zniknął za drzwiami pilnowanymi przez postawnych ochroniarzy. „Dlaczego nie ma Scarlett?” – zastanawiali się fani i reporterzy. Nie trwało to jednak długo. Po kilku minutach przed hotel zajechał kolejny samochód. Kiedy szofer otworzył drzwi, ludzie oszaleli. „Wyglądasz świetnie! Kochamy cię, Scarlett” – piszczały nastolatki. Już na drugi dzień gazety pisały o tym „incydencie”. „Niby razem, a jednak osobno” – zatytułował relację z gali „Page Six”, dodatek do dziennika „New York Post”. „Mieliśmy do czynienia ze świadomym działaniem marketingowym. To tzw. generowanie podwójnego napięcia, pomysł, który wykorzystała już kilka razy. Scarlett wypuszcza wabika – partnera, przyjaciółkę czy kogoś z rodziny. A dopiero po chwili pojawia się osobiście” – tłumaczyła dziennikarka Cindy Adams. Od początku kariery Scarlett ma opinię „gwiazdy”. Według znajomych, nie lubi dzielić się sławą z innymi. „Nikt nie podważy jej talentu. Naprawdę jest świetną aktorką. Ale jako osoba bywa naprawdę nieznośna. Humorzasta, niemiła i niewdzięczna” – opowiadała makijażystka z filmu „Kochanice króla”. Tak samo mówili o Scarlett dziennikarze, którzy mieli okazję przeprowadzić z nią wywiad. „Masz wrażenie, że patrzy na ciebie z góry. Niby rozumie, że media są jej potrzebne do dalszego rozwoju kariery, ale nie przykłada się do rozmowy. Odpowiada półsłówkami, ostentacyjnie zerka na zegarek. Traktuje nas jak zło konieczne” – wspominał na swoim blogu chilijski dziennikarz Fernando Zavala. Dlaczego? Bliscy znajomi Scarlett zdradzili kiedyś, że żyje według planu. W dzieciństwie założyła sobie, że zostanie najbardziej znaną i uwielbianą aktorką na świecie.

WYŻSZA ŚWIADOMOŚĆ

 

Zaczęło się dość niewinnie. Znajomi jej matki Melanie, zachwyceni urodą „małych Johanssonów” – Adriana, Vanessy i bliźniaków Scarlett i Huntera, zasugerowali wizytę w agencji aktorskiej. To był strzał w dziesiątkę. Pierwsze przesłuchanie, tzw. zimne czytanie, wyszło tak dobrze, że szefowie zaproponowali, że za darmo stworzą dzieciakom profesjonalne portfolio. Szybko posypały się propozycje reklamówek. Większość z nich trafiała jednak do najstarszego Adriana. „Ambitna Scarlett nie mogła się z tym pogodzić. Przecież to ona była fanką kina. Nawet jej imię nie jest przypadkowe. Nadaliśmy je na cześć Scarlett O’Hary, bohaterki »Przeminęło z wiatrem «. Od małego oglądała wszystkie produkcje. Świadomie podpatrywała aktorskie sztuczki i już wtedy wiedziała, kim zostanie, jak dorośnie” – wspominała matka. Doszło nawet do tego, że siedmioletnia dziewczynka zrobiła karczemną awanturę w biurze agencji, kiedy dowiedziała się, że w reklamie czekoladek wystąpi Adrian, a nie ona. Wtedy właśnie stworzyła plan swojej kariery. Najpierw zrezygnowała z lekcji baletu. Stwierdziła, że giętkie ciało to za mało, żeby powalić świat na kolana. Zamiast tego zapisała się na dziecięcy kurs aktorstwa do renomowanego Instytutu Teatralnego Lee Strasberga. Była bardzo wytrwała. Nauczyciele wspominali, że przebijała innych uczestników kursu wiedzą o kinie, znajomością środków wyrazu i… zawziętością. „Dzieciaki nie znosiły przesłuchań. Nudziły się i rozrabiały. Tylko Scarlett potrafiła w skupieniu wytrwać nawet parę godzin, czekając na swoją kolej. Wciąż nie umiała jednak znosić porażek”. Do historii przeszła histeria, którą urządziła, kiedy dowiedziała się, że syrop przeciwkaszlowy będzie reklamował młodszy od niej o kilka lat chłopczyk z Japonii. Pierwszy raz thriller o maniakalnym zabójcy Hannibalu Lecterze obejrzała w wieku… ośmiu lat. „Scarlett odróżniła fikcję ekranową od prawdziwego życia. To właśnie była ta jej wyższa świadomość kinowa” – przyznała matka. Jodie Foster, grająca w „Milczeniu owiec” główną rolę, była jej pierwszą idolką. I ostatnią. Wierzyła w siebie i nie chciała się na nikim wzorować. Po sześciu miesiącach nauki na kursie dziecięcym dostała wyróżnienie. Od tego czasu mogła uczyć się z nastolatkami. „Byli od niej starsi o kilka lat, ale nie dała się zdominować. Jej zdolności, inteligencja i głęboki gardłowy głos nie pozwoliły jej zginąć w tłumie” – opowiadała nauczycielka historii teatru. Scarlett w końcu dopięła swego. Zaczęła coraz częściej pojawiać się na ekranie. Reklamówki przestały być dla niej wyzwaniem. Wiedziała, jak wpływać na emocje dorosłych. Nie peszyła się też podczas występów na żywo. Kilkakrotnie wystąpiła w przedstawieniach broadwayowskich. W pierwszym filmie „Małolat” zagrała, gdy miała 10 lat. Rok później był dramat „W słusznej sprawie”, na którego planie poznała Laurence’a Fishburne’a. To on w samolocie zadał 11-letniej dziewczynce pytanie: „Marzysz o byciu aktorką czy gwiazdą?”. Po sukcesach musiała zmienić szkołę. Państwowa placówka nie tolerowała regularnych nieobecności młodej aktorki. Ale to nie był już problem. Za zarobione w reklamówkach i kinowych epizodach pieniądze rodzice posłali ją do prywatnego liceum na Manhattanie. Kilka miesięcy później trafiła na casting do ekranizacji bestsellerowej powieści Nicholasa Evansa „Zaklinacz koni”. Wcześniej do roli Grace Maclean przymierzana była Natalie Portman, ale kolejne „konflikty terminów” sprawiły, że producenci musieli znaleźć zastępstwo. „Scarlett miała już wyrobioną markę. Wystarczył jeden casting i wszystko było jasne” – opowiadał członek ekipy. Starsi aktorzy byli zachwyceni 13-letnią dziewczynką. „Zachowywała się jak ktoś, kto ma na półce kilka Oscarów i Złotych Globów. Nie jak nastolatka, ale dojrzała kobieta” – komplementował ją Robert Redford. „Stawała na planie i wręcz zagarniała kamerę dla siebie” – dodała Kristin Scott Thomas. Sama Scarlett tak wspominała pracę: „Obiektyw zbliża się do ciebie, jest coraz bliżej, bliżej… To najwspanialsze chwile. Wtedy wszystkie ruchy podporządkowane są jednemu – zagrać postać”. Za tę rolę zgarnęła pierwszą filmową nagrodę – statuetkę dla największej młodej gwiazdy roku 1998.

FEMME FATALE

Kolejne propozycje przyjmowała z rozwagą. Nie grała dla pieniędzy, każdy film był następnym punktem odhaczonym w założonym planie. Nie minęło nawet 10 lat od „Zaklinacza koni”, a Scarlett po raz kolejny oczarowała publiczność. Tym razem rolą Charlotte w dramacie Sofii Coppoli „Między słowami”. W 2003 roku zdobyła nawet brytyjski odpowiednik Oscara – nagrodę BAFTA. Kilka dni przed uroczystością zerwała z ówczesnym partnerem Patrickiem Wilsonem. Patrick, starszy od niej o 12 lat, uchodził za wzór cierpliwości i opanowania. Jednak nawet on nie przetrwał próby. „Scarlett w filmach romansowała ze starszymi mężczyznami. A że kolejne role uczyły ją prawdziwego życia, przeniosła te zasady do rzeczywistości. Zdobywała ich urodą i seksapilem, ale nie dawała z siebie nic więcej. Wydęte usta i poza obojętnej nastolatki weszły jej w krew” – tłumaczyła „życzliwa” przyjaciółka aktorki. Zaczynała powoli rozumieć, że zainteresowanie mediów bardziej od pracy przyciągają romanse. Do historii przeszedł incydent, który wydarzył się tuż po oscarowej ceremonii w 2004 roku. Ponoć wtedy Scarlett uprawiała seks w hotelowej windzie z aktorem Benicio Del Toro. Choć domniemany kochanek próbował obrócić sprawę w żart, bulwarówki złapały przynętę. Od tego czasu aktorka zyskała opinię „kobiety fatalnej”.

POSKROMIENIE ZŁOŚNICY

Gdziekolwiek się pojawiła, żony drżały o swoich mężów. Nie przestały nawet wtedy, gdy Scarlett związała się z Jaredem Leto. „To nie była miłość, ale raczej wzajemna fascynacja. Oczywiście odpowiednia też była różnica wieku – 12 lat” – komentował magazyn „Star”. Na złą prasę miała też wpływ sama aktorka. „Regularnie co pół roku badam krew na obecność wirusa HIV. W dzisiejszych czasach niczego nie można być pewnym” – mówiła. A takie wypowiedzi sugerowały tylko jedno – rozwiązły tryb życia. Tej opinii nie zmienił kolejny związek Scarlett. Josh Hartnett, rocznik ’78, nie był jej rówieśnikiem, ale przynajmniej nie dzieliły ich dekady. „Pięknie razem wyglądali. Pod warunkiem, że komuś udało się ich zobaczyć” – ironizował Perez Hilton na swoim słynnym blogu. Złośliwi policzyli nawet imprezy, na których Scarlett towarzyszyła Joshowi. W 2005 roku było ich… zero. W 2006 – dwie, a w 2007 – jedna. Ponoć rozstali się, bo Josh miał dość walki o sławę z ukochaną. Na nielicznych wspólnych wyjściach to ona stawała w pierwszym rzędzie, on miał grzecznie trzymać się z tyłu. Poinstruowała go o tym sama Scarlett na wspólnym spotkaniu z agentką. Wszystko zmieniło się, kiedy związała się z Ryanem Reynoldsem, kanadyjskim aktorem i producentem filmowym. Poznali się w kwietniu 2007 roku, a już kilka miesięcy później aktorka zaszokowała bliskich, mówiąc, że poważnie myśli o założeniu rodziny. „Na razie chciałabym uwić gniazdo z facetem, którego kocham. Później postaramy się o pisklęta, które wypełnią je radosnym świergotaniem” – mówiła. Co spowodowało tę zmianę? Ponoć Scarlett ma dość grania... w życiu prywatnym. Do wielkiej sławy doszła szybciej, niż sobie założyła, ale nagonka medialna i nieprzychylne opinie znajomych po fachu nawet jej, twardej dziewczynie z Nowego Jorku, sprawiły wiele przykrości. Nie wahała się długo, kiedy Ryan poprosił ją o rękę. Cichy ślub wzięli pod koniec września w jednej z nowojorskich kaplic, a wesele urządzili kilka dni później w Kanadzie. A „wypadek” przed imprezą dobroczynną na rzecz chorych na parkinsona nie miał nic z „generowania podwójnego napięcia”. Scarlett przyjechała sama, bo początek wieczoru spędziła w sztabie Baracka Obamy, odpowiadając na listy od jego zwolenników.