GALA: Zakopane pachnie inaczej niż Warszawa?

SEBASTIAN KARPIEL-BUŁECKA: W zimie pachnie dymem węglowym, bo większość ludzi nadal pali w piecach węglem, ale to ma swój urok, taki zapach lekko wędzony i słodki. Jednak mnie się zima kojarzy głównie z zapachem śniegu. Całe dzieciństwo mieszkałem w domu, gdzie był drewniany dach z gontem. Śnieg się zawsze stamtąd zsuwał i potem układał w długie sople. Ja te sople zrywałem, żeby je lizać, a one miały smak żywicy. Niesamowite doznanie.

GALA: A wiosna?

SEBASTIAN KARPIEL-BUŁECKA: Wiosna jest chimeryczna. Często wieje halny i ludzie, niestety, nie czują się wtedy zbyt dobrze psychicznie. Poza tym jak zaczyna topnieć śnieg gruby na dwa metry, to tygodniami wszystko tonie w błocie. Ale w kwietniu zaczyna się robić przyzwoicie. Pojawiają się krokusy, na łąkach zalega jeszcze śnieg, ale przebijają się już przez niego zielone trawy, kwiatki i to jest niepowtarzalny widok.

GALA: Po to jeździ pan do Zakopanego?

SEBASTIAN KARPIEL-BUŁECKA: Jeżdżę, bo chcę i muszę. Tam mam rodzinę i różne rodzinne obowiązki. Ale tam też odpoczywam. Czuję się u siebie, bo Zakopane to jest wieś. Jak się uprę i pójdę szybkim krokiem, jestem w stanie z jednego końca na drugi przejść w piętnaście minut. Podoba mi się, że tam nie trzeba trzy dni wcześniej dzwonić, żeby do kogoś przyjść. W Kościelisku, gdzie się urodziłem, ludzie do tej pory domów nie zamykają, jak gdzieś wychodzą. Niedawno chciałem od sąsiada pożyczyć klucz do zakręcania wody. Pukam do drzwi, nikt się nie odzywa, pociągam za klamkę, otwarte, wszedłem do środka, nikogo nie ma. Okazało się, że facet poszedł sobie do sklepu, nie zamknął drzwi, bo nie czuł takiej potrzeby. Wiedział, że nikt mu nie wejdzie i niczego nie ukradnie. Znam ludzi, którzy zbudowali domy w Zakopanem, ale pochodzą z Warszawy. Pamiętam, że pierwsze, co robili, to zakładali alarmy – byłem tym totalnie zdziwiony. Zrozumiałem dopiero, jak sam zacząłem mieszkać w Warszawie.

GALA: „Tylko” 400 kilometrów, a totalnie zmienia pan zapachy i krajobrazy.

SEBASTIAN KARPIEL-BUŁECKA: Wychowałem się na wsi i tam jest moje miejsce. Kiedy byłem chłopcem, mogłem robić wszystko – bawić się w Janosika, w Indian, grać w piłkę, gdzie chciałem. Wychodziłem z domu, a wokół było pole, hale, las. Byłem totalnie wolnym, nieograniczonym żadną przestrzenią dzieckiem. Pewnie dlatego teraz tak bardzo lubię podróżować. Wtedy można zobaczyć świat z innej perspektywy. Człowiekowi rozszerza się spojrzenie.

GALA: Najciekawsze miejsce, jakie pan widział?

SEBASTIAN KARPIEL-BUŁECKA: Dubaj w Emiratach Arabskich. Miasto wydarte pustyni. Dzięki temu, że Arabowie mają ropę, a z niej ogromne pieniądze, wpompowali tam fortunę, co od razu widać. Robi wrażenie, bo wszystko jest przygotowane tak, żeby człowiek nie musiał się o nic martwić. Kiedy byłem na plaży, co chwilę grabili piasek, żeby było równo. Mają tam wszystko. W centrum handlowym można nawet pozjeżdżać na nartach. Utrzymują sztuczny stok, 500 metrów zjazdu, wyciąg krzesełkowy, a w każdy czwartek można przyjść i zobaczyć, jak pada śnieg, bo zafundowali sobie nowoczesne technologie, które ten śnieg generują. Wszystko muszą mieć na najwyższym poziomie. Zatrudnili najlepszych architektów na świecie...

GALA: Pewnie chętnie zaszalałby pan tam jako architekt.

SEBASTIAN KARPIEL-BUŁECKA: Studiowanie architektury polega na oglądaniu. W Dubaju zrozumiałem, że nie ma rzeczy nie do zrobienia. Powstał tam np. największy budynek, który ma ponad 800 metrów wysokości. To, co tam tworzą, czasami wydaje mi się nawet trochę zuchwałe. Wręcz niebezpieczne. Na pewno tam wrócę.

GALA: A gdzie pana ostatnio poniosło?

SEBASTIAN KARPIEL-BUŁECKA: Graliśmy dwa koncerty w Bombaju. Jako miejsce zrobił na mnie wrażenie totalne. Kiedyś była to kolonia brytyjska i po Brytyjczykach została masa budynków w stylu gotyckim, czego się w ogóle nie spodziewałem. Zawsze gotyk kojarzył mi się z Francją, Włochami, które uwielbiam, a tam ten widok był odrealnionym przeżyciem – gotyckie, piękne budowle wśród palm. Poza tym była to dla naszego zespołu niezwykła podróż, ponieważ graliśmy koncert dla ponad 300 dyplomatów z całego świata w hotelu Oberoi, jednym z dwóch zaatakowanych przez terrorystów sześć godzin później, kiedy my byliśmy już w samolocie. Do końca do nas nie dociera, że w miejscu, gdzie panowała atmosfera sielanki, wszyscy byli zadowoleni, radośni, mogło znienacka dojść do takiej tragedii. Gdybyśmy pojawili się tam sześć godzin później, byłoby z nami słabo.

GALA: Żyje pan w Warszawie już od paru lat. Musiał pan z czegoś zrezygnować?

SEBASTIAN KARPIEL-BUŁECKA: Tak naprawdę to chyba nie. Bo z czego?

GALA: Na przykład z chodzenia w góry.

 

SEBASTIAN KARPIEL-BUŁECKA: Nie muszę ciągle chodzić w góry. Jak mam ochotę, to idę, jak nie mam, nie idę. Na tym wolność polega, że robię, co chcę. Nie jestem pod pręgierzem. Nie muszę rano wstać, iść do pracy i siedzieć przed komputerem 12 godzin. Mam, co chciałem, gram, robię to, co kocham, i jest mi to bardzo na rękę. Bo tak naprawdę nie lubię siedzieć długo w jednym miejscu. Jak jestem za długo na Podhalu, to zaczynam czuć znużenie, bo tam się nic nie dzieje. Czas płynie wolniej i w pewnym momencie człowieka dopada nuda. Warszawa z kolei wysysa z człowieka energię, jesteś w wiecznym pośpiechu, stresie, nie możesz złapać oddechu, nie ma tu przestrzeni. Jestem w idealnej sytuacji z tym moim muzykowaniem, bo często wyjeżdżam i zmieniam miejsca. Muzyka daje mi wolność.

GALA: Górale mają wrodzone poczucie wolności.

SEBASTIAN KARPIEL-BUŁECKA: Po pierwsze zawsze żyliśmy z boku, w zamkniętej enklawie. Przez lata ciężko było do nas dotrzeć. Dawniej jechało się wzdłuż Dunajca, bo nie było drogi, po kamieniach, i trwało to ze dwa tygodnie. Zanim ktoś tam dotarł, nie miał już siły niczego zrobić, zabronić, zarządzić. Więc władza nieczęsto tam docierała – i nawet za zaborów, potem za komunizmu było to miejsce, gdzie tę wolność człowiek czuł. Po drugie górali ukształtowało środowisko. Ciężkie życie, ciężka praca, ale też góry, przestrzeń i samotność. Kiedy jesteś dużo sam ze sobą i pięknymi krajobrazami, które totalnie uduchowiają, to uczysz się patrzeć na siebie z dystansem.

GALA: Myślałam, że to Warszawa jest miastem dla singli, a w górach żyje się w rodzinach.

SEBASTIAN KARPIEL-BUŁECKA: Ma pani rację. W górach większość ludzi żyje w rodzinach, ale to nie oznacza, że te więzi rodzinne są u nas lepsze. Nie idealizowałbym góralskich rodzin. Poza tym znam takich, którzy mimo że mają rodzinę, przyjaciół, są samotni. Samotni wewnętrznie.

GALA: Ma pan na myśli siebie?

SEBASTIAN KARPIEL-BUŁECKA: Może tak? Chociaż wychowałem się w dużej gromadzie. Wokół mnie mieszkali bracia mojej mamy, jej siostry, którzy mieli dzieci. Z licznymi kuzynami tworzyliśmy silną grupę. Dziś większość z nich żyje w Ameryce, rozpierzchli się, rzadko się widujemy.

GALA: Ameryka to dla górali mit.

SEBASTIAN KARPIEL-BUŁECKA: Większość Podhala mieszka w Ameryce. Zawsze jawiła się jako raj mlekiem i miodem płynący, gdzie jest wolność, gdzie ciężką pracą można dorobić się majątku, więc trzeba jechać. Często zostawiali w górach piękne, ogromne domy, żeby zamieszkać w piwnicach. Bywało im ciężko, ale byli w swojej ukochanej Ameryce, ich marzenie się spełniło. Myślę jednak, że większość z nich czuła rozczarowanie, tak jak i ja poczułem. Kiedy pojechałem do Chicago i zobaczyłem te małe domki, podobne jeden do drugiego, obite plastikową, falistą ścianą, byłem totalnie zaskoczony.

GALA: Pana mama tam zaczęła nowe życie. A pana nie kusiło?

SEBASTIAN KARPIEL-BUŁECKA: Miałem taki moment, na Florydzie. Po raz pierwszy w życiu zobaczyłem palmy, niebieskie morze, poznałem fajnych ludzi, zawahałem się. Ale nagle pomyślałem – z kim ja tam będę grał góralską muzykę? Nie żałuję, że nie zostałem. Za to pamiętam, jak pojechałem tam po raz drugi, i zapach Florydy – tej wilgoci, ciepła, oceanu, roślinności, kwiatów – wywołał we mnie poczucie szczęścia.

GALA: Dorosłemu facetowi nadal potrzebna jest mama?

SEBASTIAN KARPIEL-BUŁECKA: Każdemu potrzebna jest mama, tak myślę. Natomiast ja jestem niezależny od mamy. Kiedy byłem mały, opiekowała się mną i wpajała mi swoje wartości, np. żeby myśleć bardziej o innych niż o sobie albo żebym się uczył, bo jak będę wykształcony, zdobędę dobrą pracę. No to się wykształciłem w związku z tym (uśmiech). Teraz nie potrzebuję mamy tak, jak potrzebowałem jej, będąc dzieckiem, ale nie zmienia to faktu, że jej nadal potrzebuję. Ważne jest, żeby była, po prostu. Dopóki nie masz własnych dzieci, rodzic to najbliższa ci osoba. Myślę, że kiedy rodzice umierają, w człowieku zostaje totalna pustka.