SARAH JESSICA PARKER Ma 43 lata. Jest najbardziej znaną z gwiazd „Seksu w wielkim mieście”. Sarah Jessica ma na swoim koncie takie kasowe hity jak „Zmowa pierwszych żon” czy „Miłość na zamówienie”. Po sukcesie serialu Manolo Blahnik na jej cześć nazwał model szpilek SJP. W 2005 roku stworzyła perfumy Lovely. Od ponad 10 lat jest żoną aktora Matthew Brodericka. Mają syna Jamesa (5). To było żywiołowe wejście. Sarah Jessica Parker w asyście dwóch asystentek PR wyglądała jak prezydent otoczony przez agentów ochrony. Nawet na 13-centymetrowych szpilkach od Briana Atwooda ciężko ją było dojrzeć za plecami pracownic wytwórni. Dopiero kiedy wyszły, zaczęła się uśmiechać. „Peszy mnie taka obstawa” – tłumaczyła.

GALA: Co jest najlepsze w byciu Carrie?

SARAH JESSICA PARKER: Pewnie cię zdziwię, ale wcale nie ciuchy, które nosi. Są świetne, ale to tylko produkty, kostium, który zakładam do roli. Najbardziej lubię ją za jej charakter. Ja wszystko roztrząsam, zastanawiam się godzinami, a Carrie potrafi być spontaniczna. Podoba mi się też jej relacja z przyjaciółkami. To skarb mieć takie osoby. Myślę, że dopiero one we cztery stanowią prawdziwą kobietę. Ideał.

GALA: Ucieszyłaś się, że „Seks...” wraca?

SARAH JESSICA PARKER: Kiedy zadzwonił Michael Patrick King (producent i reżyser – red.) słuchawka o mało nie wypadła mi z ręki. Powiedział tylko: „Czas się chyba spotkać?”. Był kwiecień 2006 roku. Zdarzyło mi się kilka razy zdementować plotki o powrocie na plan serialu. Ale przyznam się, że nie myślałam wcześniej, że możemy spróbować z wersją kinową.

GALA: Carrie dorosła?

SARAH JESSICA PARKER: Jest teraz spełnioną kobietą. Wydała dwie kolejne książki, które okazały się sukcesem. Chyba właśnie tak wyobrażała sobie swoje życie. W końcu sama nauczyła się radzić sobie z problemami. Wcześniej liczyła tylko na przyjaciółki. To one wyciągały ją z łóżka, kiedy miała depresję. Przyjeżdżały w środku nocy, kiedy płakała w słuchawkę. Teraz Carrie może liczyć na siebie.

GALA: A faceci? Co z Mr. Bigiem?

SARAH JESSICA PARKER: Musiała walczyć o swój związek, ale kocha i jest kochana. Żeby nie było tak kolorowo, powiem tylko, że zdarzy się coś, co sprawi, że spojrzymy na nią inaczej. Fani zauważą różnicę pomiędzy tą Carrie a tamtą sprzed kilku lat.

GALA: Też się zmieniłaś przez te lata.

SARAH JESSICA PARKER: Musiałam. Mam trochę inną sytuację niż Carrie...

GALA: Masz męża i dziecko.

SARAH JESSICA PARKER: No właśnie. Małżeństwo to sztuka kompromisów. Przyjaźń także ich wymaga, ale nie ma żadnego papierka, który to reguluje. Kiedy bierzesz ślub, zobowiązujesz się do olbrzymiej pracy nad sobą. Oczywiście wszystko zmienia się z chwilą, gdy na świecie pojawia się dziecko. Dopiero wtedy zrozumieliśmy z Matthew, co to znaczy prawdziwy kompromis. O nich nie mówi się na głos, po prostu wprowadzasz je w życie albo nie. U nas w domu wszystko zostało podporządkowane Jamesowi. Wczoraj miałam mieć wywiady, ale mój syn był strasznie chory. Wymiotował całą noc, regularnie co 40 minut. Matthew nie było wtedy w domu. W chwili kiedy siedzieliśmy nad miską, oboje brudni i zmęczeni, po raz kolejny pomyślałam: „To mój największy skarb”. Jestem cholernie dumna, że mam takiego fajnego syna, staram się być dobrą mamą. Odwołałam wszystkie spotkania i zostałam z Jamesem w domu.

GALA: Nie chciałaś zadzwonić po nianię?

SARAH JESSICA PARKER: James ma opiekunkę, ale korzystamy z niej, kiedy wyjeżdżamy do pracy poza miasto albo mamy ważne, nudne wyjście wieczorem. Nie wyobrażam sobie zostawienia go, gdy jest chory. Nie jest przesadą, gdy rodzice mówią, że dla swoich dzieci są w stanie zrobić wszystko. Ani Matthew, ani ja nie mamy problemu z wyborem priorytetów. Zawsze James jest na pierwszym miejscu.

GALA: Jako fanka na co zwróciłabyś uwagę w „Seksie...”?

SARAH JESSICA PARKER: Na przyjaźń pomiędzy głównymi bohaterkami. Zawsze mnie wzrusza więź, która je łączy. Nie wiem, pewnie są takie relacje w świecie rzeczywistym, ale nawet podglądając „Seks...”, można się wiele nauczyć. O ludziach, o stosunkach panujących pomiędzy nimi. O trudnej sztuce budowania przyjaźni. Bo nic nie dzieje się ot tak.

GALA: Masz takie przyjaciółki?

SARAH JESSICA PARKER: Mam. Mimo że chodzi nam o to samo co Carrie i dziewczynom, o wsparcie, lojalność i dyspozycyjność, kiedy dzieje się coś złego, nasze relacje wyglądają trochę inaczej. Wszystkie mamy dzieci, więc odpada siedzenie w knajpkach całymi dniami. Umawiamy się na placach zabaw, w wesołych miasteczkach.

GALA: Możesz też polegać na swojej licznej rodzinie.

SARAH JESSICA PARKER: Ludzie nie doceniają bliskich, kiedy są młodzi. To wielki błąd. Nie wyobrażam sobie, że będę sama w święta czy podczas urodzin. Mam troje rodzeństwa biologicznego i czworo ze związku mojej mamy z drugim mężem. Oprócz tego mnóstwo kuzynów, kuzynek, ciotek i wujków. Większość z nich mieszka w Nowym Jorku. Każde spotkanie rodzinne to osobna historia. Mnóstwo dzieciaków, gwar, hałas, małe złośliwości, że indyk jest źle upieczony albo ziemniaki za twarde. Za taki klimat mogłabym dać się pokroić.

GALA: W Nowym Jorku jesteś wszędzie. Na billboardach, autobusach, na wieżowcach. Jak twój syn reaguje, kiedy widzi mamę „na mieście”?

 

SARAH JESSICA PARKER: Wciąż śmieszą mnie jego pytania. „A gdzie jest mama Henry’ego? A Jacka?”. Podszedł do tej sprawy bardzo demokratycznie. Skoro jego mama gdzieś tam wisi, to wisieć muszą też mamy jego najlepszych kolegów. Dopiero niedawno zaczął rozumieć, że mam trochę inny zawód niż one. Stracił swoją niewinność.

GALA: Nie każde dziecko przychodzi z mamą do pracy na plan filmowy.

SARAH JESSICA PARKER: Nie podobało mu się. Siedział znudzony jak mops. Bawił się przez 20 minut, kiedy dostał kamerę. Teraz już nie chce odwiedzać matki. Mogę go tylko przekonać darmowym jedzeniem na planie.

CYNTHIA NIXON Ma 42 lata i jak twierdzi, dopiero po czterdziestce zaczęła prawdziwe życie. Półtora roku temu lekarze wykryli u niej raka piersi. Nawet wtedy Cynthia nie przerwała pracy. Daty zabiegów ustalała tak, by nie kolidowały z jej obowiązkami. Z małżeństwa z Dannym Mozesem ma córkę Samanthę (11) i synka Charlesa (5). Od czterech lat jest związana z działaczką ds. edukacji Christine Marinoni. Tak naprawdę nie jest ruda. Cynthia Nixon śmieje się, kiedy widzi moją zaskoczoną minę. „Jestem blondynką. Może nie tak złotą jak teraz, ale daleko mi do rudych włosów”. Kolejne zaskoczenie to sposób, w jaki jest ubrana. Suknia Thierry’ego Muglera wygląda jak oscarowa kreacja. Idealnie komponuje się ze szpilkami od Manolo Blahnika. „A jeszcze do niedawna Cynthia myślała, że szczytem elegancji są dżinsy i obcisła bluzeczka...” – żartowała wcześniej Patricia Field, która ubierała gwiazdy filmu.

GALA: Byłaś dużym wyzwaniem dla waszej stylistki.

CYNTHIA NIXON: Tobie też się poskarżyła? Patricia była bardzo dzielna. Razem z Sarah Jessicą wykonały heroiczną pracę, żebym zaczęła się w tym wszystkim orientować. Chyba się udało?

GALA: Bardzo. Twoja przemiana była głośno komentowana przez fanów.

CYNTHIA NIXON: To wszystko przez „Seks w wielkim mieście”. Kiedy przez sześć lat pracy na planie serialu przymierzasz setki tysięcy kreacji, w końcu wchodzi ci to w krew. Wcześniej nie interesowały mnie wystawy butików. Teraz łapię się na tym, że w myślach łączę poszczególne części garderoby w modną całość. To nawet fajna zabawa. Kiedy opowiedziałam o tym Sarah i Patricii, nie mogły w to uwierzyć. Cieszę się, że nie rozdałam tych wszystkich ubrań, które zostały mi po serialu. Buty już trochę wyszły z mody, ale sukienki są nieśmiertelne. I jeszcze będę mogła zadać w nich szyku.

GALA: Patricia przyznała, że bardzo schudłaś.

CYNTHIA NIXON: Rozmawiałyśmy na ten temat. Była jedną z pierwszych osób, którym powiedziałam, że walczyłam z rakiem piersi. Dlatego straciłam kilka kilogramów.

GALA: Dopiero niedawno zdecydowałaś się ujawnić, że byłaś chora.

CYNTHIA NIXON: Nie chciałam, żeby moje cierpienie stało się publiczną histerią. Nie potrzebowałam paparazzich czyhających pod szpitalem i nagłówków w gazetach, że walczę z chorobą.

GALA: Twoja partnerka Christine była przy tobie?

CYNTHIA NIXON: Dzięki niej i dzieciom przetrwałam to wszystko. Gdyby nie oni, przegrałabym na początku walki. Kiedy trzeba było, krzyczały, żebym wzięła się w garść. W momentach wyczerpania miałam w nich oparcie. Zawdzięczam im życie.

GALA: Ile lat jesteście razem?

CYNTHIA NIXON: Cztery.

GALA: Wcześniej miałaś męża. Nie bałaś się, jak zareagują ludzie?

CYNTHIA NIXON: Nie wiem, czy gdybym żyła gdzie indziej, zdecydowałabym się mówić o tym tak otwarcie. Na szczęście Nowy Jork to najbardziej tolerancyjne miejsce na ziemi. Przynajmniej tak mi się wydaje. Ludzie pytali mnie głównie o reakcję moich dzieci. Synek miał wtedy rok, jeszcze nie mógł wyrazić swojej opinii. Samantha, moja córka, była już wtedy siedmiolatką. Dużo rozmawiałyśmy o moim nowym życiu. Nie powiem, że było to dla niej supernaturalne. Ale nie była też tym wszystkim bardzo zdziwiona. W naszym otoczeniu jest mnóstwo homoseksualistów. Jej wujek jest gejem, jej matki chrzestne są lesbijkami. Rozumie, że ludzie tej samej płci mogą się w sobie zakochać. I nie ma w tym nic złego.

GALA: Oglądając „Seks...”, też mogła się tego nauczyć. Serial promuje tolerancję.

CYNTHIA NIXON: Pierwsze odcinki kręciliśmy, kiedy miała rok. Przez ten cały czas obejrzała „Seks...” może raz. Tak, ten, w którym Carrie zdecydowała się na przeprowadzkę do Paryża. Teraz ma 11 lat i jej koleżanki powoli zaczynają interesować się „seksomanią”. Może niedługo będzie chciała obejrzeć wyczyny matki. Oczywiście najpierw ocenzuruję nieobyczajne fragmenty. Nie mogę deprawować swojego dziecka.

GALA: A Christine oglądała serial?

CYNTHIA NIXON: Oglądała. Nie była jego wielką fanką, ale podobał jej się.

GALA: Którą z bohaterek polubiła najbardziej?

CYNTHIA NIXON: Zdecydowanie Mirandę.

KRISTIN DAVIS Ma 43 lata. W odróżnieniu od koleżanek z „Seksu...” mieszka w Los Angeles, a nie w Nowym Jorku. Karierę zaczęła na początku lat 90. w serialu „Melrose Place”. Przed pierwszym angażem, razem z przyjaciółką otworzyła studio jogi. Do tej pory ćwiczenia traktuje jako hobby. Spotykała się między innymi z Alekiem Baldwinem, Steve’em Martinem czy Rickiem Foksem. Obecnie jest sama. Chodzący anioł” – mówi mi o Kristin Davis menedżerka PR. Rzeczywiście, kiedy aktorka wchodzi do pokoju, sprawia wrażenie, jakbyśmy znali się od lat. Zupełnie nie przypomina spokojnej i powściągliwej Charlotte, którą gra w „Seksie w wielkim mieście”. Mówię jej o tym. „Ludzie mają problem z postrzeganiem mojej osoby. W serialu »Melrose Place« grałam straszną jędzę. Nawet na stacji benzynowej słyszałam komentarze: »To ta straszna Brooke«. A po »Seksie...« przylgnęła do mnie etykietka paniusi z nowojorskiej socjety. Akuratnej w każdym calu”.

GALA: Więc jaka jesteś naprawdę?

KRISTIN DAVIS: Z umiarem zołzowata i z umiarem akuratna.

GALA: Pruderyjna?

 

KRISTIN DAVIS: Też się dałeś nabrać? Nie jestem pruderyjna. Po prostu pewne rzeczy trzeba zarezerwować dla odpowiednich osób.

GALA: Masz taką osobę?

KRISTIN DAVIS: Teraz nie. Jestem singlem, choć nie dlatego, że chcę.

GALA: Ale wciąż szukasz?

KRISTIN DAVIS: Robią to za mnie moi przyjaciele. Prawie wszyscy są w związkach i martwią się, że jestem sama. Co chwila słyszę: „Mój dentysta ma świetnego brata” albo: „Facet z banku jest całkiem apetyczny”. Złoszczę się, kiedy słyszę: „Powinnaś poznać...”.

GALA: Możesz kogoś przegapić.

KRISTIN DAVIS: To samo powiedziała moja przyjaciółka, pokazując mi nowy portal randkowy w internecie. Tak, jestem sama, ale gdybym miała wybierać, to chciałabym poznać kogoś rzeczywistego. Zacząć od uścisku dłoni, a nie ruchu myszką.

GALA: Lubisz randki?

KRISTIN DAVIS: To najgorszy wymysł ludzkości. Kiedy zaczynaliśmy pracę nad serialem, wszystkie mówiłyśmy, że uwielbiamy chodzić na randki. Ja też ze sztucznym uśmiechem recytowałam tę formułkę. Robiłam to na potrzeby show. Wyzwolone mieszkanki Manhattanu spędzają czas na kolejnych spotkaniach z facetami. Wcale taka nie jestem. Nie umiem prowadzić konwersacji o niczym ani udawać osoby, którą nie jestem.

GALA: Zostaje coraz mniej możliwości.

KRISTIN DAVIS: Jakoś mi się jednak udawało. Znajomości zawieram w normalnych okolicznościach. Na bankietach, na spotkaniach u przyjaciół. Unikam tylko chodzenia na randki. Jeżeli mam ochotę spotkać kogoś drugi raz, to aranżuję większy wypad. Kilka osób więcej zapobiega drętwej atmosferze.

GALA: Chciałabyś założyć rodzinę?

KRISTIN DAVIS: To trudne pytanie. W obecnej sytuacji nie myślę o typowej rodzinie – mężczyźnie i gromadce brzdąców. Nie umiem sobie tego wyobrazić. Na pewno chciałabym mieć dziecko. Uwielbiam pociechy przyjaciółek. Jestem ich ukochaną ciotką. Po wizytach strasznie się rozklejam. Myślę sobie: „Ja też chcę, ja też chcę...”. Nie wiem, jak to zrobię, ale w końcu moje marzenie się spełni.

GALA: Rozważasz adopcję?

KRISTIN DAVIS: Bardzo poważnie.

GALA: Jednak jesteś trochę jak Charlotte z „Seksu...”.

KRISTIN DAVIS: Bardzo spodobał mi się pomysł scenarzystów.

GALA: A ciebie co powstrzymuje przed tym krokiem?

KRISTIN DAVIS: Rozmawiałam z wieloma osobami. Przyszły rodzic musi być pewien, że tego chce, musi mieć rozbudzone uczucia macierzyńskie. Trzeba mieć absolutną pewność, że jest się gotowym, że da się radę w każdej sytuacji. Ja jej jeszcze nie mam.

GALA: Demony przeszłości?

KRISTIN DAVIS: Mówisz o alkoholu? Wciąż jestem alkoholiczką. Mimo że od ponad 20 lat nie piję, zawsze nią będę.

GALA: Nie ukrywasz swoich słabości.

KRISTIN DAVIS: Niektórzy są zdziwieni, że otwarcie o tym mówię. Skoro mogę przestrzec kogoś przed popełnieniem tych samych błędów, to dlaczego mam tego nie zrobić. W 2002 roku byłam w Australii. „Seks...” bił tam rekordy popularności. Miałam mnóstwo spotkań z dziennikarzami. I tylko jeden podczas wywiadu radiowego zapytał o mój problem z alkoholem. Zresztą bardzo nieśmiało. Kiedyś spotkaniach gdy wróciłam do domu, przeczytałam w gazetach, że znowu musiałam zameldować się w klinice odwykowej. To było nawet śmieszne. Wszyscy byli dla mnie bardzo mili. Na Złotych Globach podszedł jeden z reporterów i pogratulował mi wspaniałego roku. Zapytałam, o co mu chodzi. „No jak to, o co? Byłaś w klinice odwykowej i już nie pijesz”.

GALA: To świetny temat dla brukowców.

KRISTIN DAVIS: Oczywiście. Sylwestra spędzałam ze znajomymi w Aspen. Kilka dni później w miejscowej gazecie ukazał się tekst. „Kristin Davis z kieliszkiem szampana w ręku świętowała Nowy Rok”. Nie mogłam tak tego zostawić. Mój agent od razu zadzwonił do redakcji. Opublikowali przeprosiny. Ale przecież nikt nie czyta sprostowań. Musiałam uspokajać rodzinę. Nie chciałam, żeby znowu przechodzili przez piekło.

GALA: Było aż tak źle?

KRISTIN DAVIS: Tragicznie. Przez kilka lat praktycznie nie trzeźwiałam. Odwyk w wieku 22 lat to dość specyficzny sposób na spędzenie czasu. Gdyby nie to, że zdecydowałam się leczyć, nie dożyłabym trzydziestki.

GALA: Co sprawiło, że przestałaś pić?

KRISTIN DAVIS: To, że kochałam grać. Wpadłam w nałóg, kiedy zaczęłam być aktorką, ale w końcu zrozumiałam, że nie mogę mieć jednego i drugiego. Na szczęście wybrałam karierę.

GALA: Wciąż masz jeszcze jedno uzależnienie.

KRISTIN DAVIS: Do którego również się przyznaję. Kocham Pradę. Sukienki, kostiumy, buty i torebki. Nie wyobrażam sobie, że idę do butiku i nie kupuję sobie czegoś, nawet najmniejszego drobiazgu.

GALA: Próbujesz się z tego wyleczyć?

KRISTIN DAVIS: Na to jest już za późno.

KIM CATTRALL Niedługo skończy 52 lata. Urodziła się w Anglii, ale kiedy miała trzy miesiące jej rodzice wyemigrowali do Kanady. Aktorstwa uczyła się w prestiżowej londyńskiej Akademii Muzyki i Sztuk Dramatycznych. Po sukcesie serialu „Seks w wielkim mieście” wydała trzy książki. Trzykrotnie była też zamężna. Teraz jest związana z młodszym o 23 lata kucharzem Alanem Wysem. Są zaręczeni. Zmysłowy głos, zjawiskowa suknia od Balenciagi. Kiedy do pokoju wchodzi Kim Cattrall, zacierają się granice pomiędzy rzeczywistością a filmem „Seks w wielkim mieście”. Przy bliższym poznaniu filmowa Samantha zaskakuje coraz bardziej. „Masz świetny T-shirt” – mówi. „Ja wkładam koszulki tylko w sypialni. Jeżeli zdążę”. Jej angielski humor ujawnia się jeszcze kilkakrotnie. Na przykład, kiedy mówi o wyższości młodszych mężczyzn nad starszymi...

GALA: Czyli młodszy znaczy lepszy.

KIM CATTRALL: Zawsze i wszędzie. Bez dwóch zdań.

GALA: Z czego to wynika?

 

KIM CATTRALL: Łatwiej się z nimi dogadać. Nie mają jeszcze tego „doświadczenia życiowego”, które dla mnie jest po prostu wymówką powolnego gnuśnienia. Młodsi mężczyźni mają jeszcze swoje sprawy. Nie zabierają powietrza. Do tego zawsze urzeka mnie ich nieświadomość. Kiedyś rozmawialiśmy z moim narzeczonym Alanem o naszych zawodach. Zapytał: „Grałaś w serialu? A miałaś tam jakąś stałą rolę?”.

GALA: Czym się zajmuje?

KIM CATTRALL: Jest kucharzem.

GALA: Czyli kolejny kłopot z głowy.

KIM CATTRALL: Żebyś wiedział. Mężczyzna, który umie zrobić coś więcej niż tylko jajecznicę czy herbatę, to prawdziwy skarb. Ale ja też czasem dla niego gotuję.

GALA: Poznaliście się w „kuchni”?

KIM CATTRALL: Trzy lata temu ktoś polecił mi restaurację w Kanadzie, w której pracował. Odwiedziłam ją zaraz przed powrotem do Nowego Jorku. Zjadłam pyszny obiad i podziękowałam szefowi kuchni. To była krótka pogawędka. Wytłumaczyłam sobie, że to cholerny 25-latek, 23 lata różnicy... Nie będę zaprzątać sobie nim głowy. Po dwóch tygodniach usłyszałam pukanie do drzwi. Przejechał taki szmat drogi, żeby powiedzieć mi... „cześć”. Wtedy do mnie dotarło, że muszę się temu bliżej przyjrzeć...

GALA: Nie bałaś się tej różnicy?

KIM CATTRALL: Bardzo mi pomogła rozmowa z jego matką. To niezależna i silna kobieta. Alan i jego siostry od wczesnych lat byli samodzielni. Zupełnie inne wychowanie niż to, które ja odebrałam. Prosty przykład: niedawno pozwoliłam sobie na samotne wakacje. To nie było możliwe z żadnym z moich poprzednich partnerów czy mężów. Alan zrozumiał, że potrzebuję odpoczynku.

GALA: Filmowa Samantha też jest wolnym duchem.

KIM CATTRALL: W tej kwestii jesteśmy do siebie bardzo podobne. Zresztą nie tylko w tej. Samantha to taka bardziej jaskrawa ja.

GALA: Dla fanek jesteś wyrocznią.

KIM CATTRALL: Mimo że nie jest to dokument, tylko serialowa fikcja, kobiety patrzą na nas jak na terapeutki. Mogę rozmawiać o seksie, ale nie umiem rozwiązać problemów łóżkowych obcych ludzi. Po sukcesie serialu każda z nas ma swój „kącik” porad. Sarah Jessicę ludzie pytają o modę i miłość, Kristin o adopcję, a Cynthia powinna być ekspertką do spraw rodziny. A przecież to nie my napisałyśmy te historie, tylko je opowiadamy, wygłaszając nasze kwestie.

GALA: Nie boisz się tej odpowiedzialności?

KIM CATTRALL: Uwielbiam, jak staruszki podchodzą do mnie i mówią, że gdyby były młodsze też chciałyby tak żyć. Obawy wywołują we mnie młodsze fanki, nastolatki. Dla nich „Seks...” to pierwszy krok w dorosłość. Ubierają się wyzywająco, zaczepiają chłopaków. Tłumaczą, że chcą być jak... Samantha. To jest straszne.

GALA: Dołożyłaś swoją cegiełkę do współczesnej rewolucji seksualnej.

KIM CATTRALL: Kiedy byłam singlem i umawiałam się na randki, wszyscy od razu chcieli mnie zaciągnąć do łóżka. Wszystko przez Samanthę. Nie cierpiałam tego, że mężczyźni widzieli we mnie„kawałek mięsa”. To bym chętnie zrewolucjonizowała.

GALA: Żyjesz według zasad?

KIM CATTRALL: Tylko tych, które sama uważam za istotne. Nie lubię ogólnych, narzuconych norm postępowania. Dużą rolę w moim życiu odgrywają inni ludzie. Bliscy wielokrotnie pomogli mi w problemach. Także z mężczyznami.

GALA: Najgorszy, z którym miałaś do czynienia?

KIM CATTRALL: Jeden przyszedł na randkę ze zdjęciem swojego psa. Opowiadał, że „ona” śpi z nim w łóżku i nie lubią się rozstawać. Postanowiłam, że nie będę rozbijać tak idealnego „związku”.