Tandem stanowią od ponad roku. Każdego ranka między 6.00 a 9.00 budzą kilka milionów słuchaczy porannego programu „Dzień Dobry Bardzo”. „Kiedyś 7,5 miliona. Teraz z Budnikiem nie wiadomo” – śmieje się Starybrat. „Dla mnie te miliony to liczba abstrakcyjna. Obudzić blok na osiedlu to jest coś!” – odcina się Budnik. Na antenie niszczą laptopy, odwołują Euro 2012, skaczą ze spadochronem. Razem są najweselszym duetem Radia ZET.

GALA: Czujecie się bardziej dziennikarzami, radiowcami czy didżejami?

MAREK STARYBRAT: Jesteśmy prezenterami albo entertainerami. Zapowiadamy zarówno programy, wiadomości, jak i prognozę pogody. W pracy staramy się być jak stare małżeństwo, ale na szczęście jesteśmy osobami skrajnie różnymi, jeśli chodzi o zainteresowania i spojrzenie na świat. To gwarancja, że nikt się z nami nie będzie nudził.

JAROSŁAW BUDNIK: My jesteśmy czasoumilacze. Nasza rola to tryskać energią, mówić z werwą, pomóc ludziom w dobrym nastroju zacząć dzień, bez względu na okoliczności. Nawet niemiłe wiadomości tak przekazywać, aby ludzie pomyśleli: „Co tam podwyżka gazu, najważniejsze, żebyśmy zdrowi byli”.

GALA: Lubicie żarty o teściowych.

MAREK STARYBRAT: Najlepsze dowcipy są takie, które już się słyszało. W naszym kraju żarty o teściowych mają długą tradycję. Mogę sobie na nie pozwolić, bo mam z moją mamą świetny kontakt. Ma poczucie humoru i rozumie konwencję programu.

JAROSŁAW BUDNIK: Ja myślałem, że mam ze swoją takie same relacje, aż do momentu, gdy usłyszałem: „Cała Polska się ze mnie śmieje”. Ale dzięki temu zyskałem wierną słuchaczkę. Nie opuszcza żadnego programu i dobrze wie, że to tylko i wyłącznie żarty.

GALA: Komentujecie rzeczywistość. Pamiętam słynne: „Roman, przestań pieprzyć”.

JAROSŁAW BUDNIK: To zdanie Marka postawiło ludzi na równe nogi. Tak skomentował właśnie zakończoną rozmowę Moniki Olejnik z wicepremierem Romanem Giertychem o lekturach szkolnych.

MAREK STARYBRAT: Wypowiedziane w obronie Gombrowicza (więc uważam się za usprawiedliwionego), zaczęło żyć własnym życiem. Dodam tylko, że na antenie popierali mnie rozmówcy zaproszeni do studia.

GALA: Tak z ręką na sercu, trudno jest wstać o świcie, o 4.44?

MAREK STARYBRAT: To Budnik tak wstaje, ja całą minutę później. Budzę się tak już sześć lat, to kwestia przyzwyczajenia. Spać też chodzę wcześnie: wczoraj o 20.00 już byłem w łóżku, tak jak moja 7-letnia córka. Widocznie organizm tego potrzebował. Kiedyś przez trzy miesiące oprócz „Dzień Dobry Bardzo” prowadziłem także program „Kandydat” w TVP, dokąd jeździłem prosto z radia. Pracę kończyłem w nocy. Jarek jakoś nie zauważył mojego przemęczenia.

JAROSŁAW BUDNIK: Dla mnie wstać o 4.44 to nie problem. Trzy czwórki na ekranie wyglądają tak, że się uśmiecham do telefonu. Od wiosny unosi mnie fala entuzjazmu.

GALA: Rozstajecie się po pracy i rozchodzicie w różne strony?

MAREK STARYBRAT: Prowadzimy wspólnie życie towarzyskie, ale rozsądnie.

JAROSŁAW BUDNIK: Jakiś czas temu spędziliśmy razem weekend. I dopiero wtedy lepiej się poznaliśmy.

MAREK STARYBRAT: Spacerowaliśmy po europejskiej stolicy, która wygląda jak Sandomierz.

JAROSŁAW BUDNIK: To był Tallin. Spędziliśmy trochę czasu w kasynie, wypiliśmy kilka piw. O pracy mówiliśmy tylko w autobusie wiozącym nas do samolotu. Potem pojawił się problem, bo ja chciałem do kasyna, a Marek – zwiedzać.

MAREK STARYBRAT: I mnie namówił. Wygraliśmy dużo pieniędzy. Następnego dnia trochę przegraliśmy, ale było fajnie. Miasto też zwiedziliśmy.

GALA: Żony was puściły?

MAREK STARYBRAT: Wyjazd był służbowy, dostaliśmy błogosławieństwo. Mam wyrozumiałą żonę. A nasza Julia ma już zadatki na radiowca.

JAROSŁAW BUDNIK: Moja Sonia ma 15 miesięcy i mikrofon jej nie paraliżuje, bo go zawsze można ugryźć. Rok temu zadebiutowała. Z okazji Dnia Dziecka puściłem na antenie jej gaworzenie.

GALA: Jej mamą, a twoją żoną jest Jowita Budnik, aktorka obsypana nagrodami za „Plac Zbawiciela”.

JAROSŁAW BUDNIK: Tak. Znaliśmy się długo, ale nie zwracaliśmy na siebie uwagi. Zakochałem się, gdy zobaczyłem Jowitę w serialu „W labiryncie”. Grała tam buntowniczkę Martę.

MAREK STARYBRAT: Jarek także występuje w filmach. W jednym z odcinków „Kryminalnych” topili go w basenie. Jestem fanem epizodów filmowych mojego partnera.

GALA: Teraz szczerze – jaki jest pożytek z męża, który tak wcześnie rano wstaje?

JAROSŁAW BUDNIK: Jowita się cieszy, że nigdzie nie chodzę w tygodniu z kolegami.

MAREK STARYBRAT: Moja żona musi rano Julkę wyprawić i zawieźć do szkoły, a ja strasznie żałuję, że nie mogę w tym uczestniczyć. Brakuje mi śniadań, porannego pilnowania Julki, by umyła zęby. Przejmuję dziecko po szkole i już do końca dnia się nią zajmuję. Uwielbiam sobotnie ranki, kiedy mogę obudzić Julkę i Martę, przynieść im śniadanie do łóżka.

JAROSŁAW BUDNIK: Marek jest prymusem. Ja rano jestem nieprzytomny, zostawiam bałagan w kuchni. Potem żona musi to w pośpiechu sprzątać przed przyjściem opiekunki, żeby jej nie przestraszyć... Ale zdarza się, że wracam z pracy, a moje dziewczyny jeszcze śpią.

GALA: Jedni śpią, z innych – waszych radiosłuchaczy – stroicie sobie żarty.

 

MAREK STARYBRAT: Czasami my też musimy wyjść ze studia. Jak ostatnio, gdy z ronda de Gaulle’a w Warszawie nadawaliśmy finał akcji „Załatw laptopa na Ziobrę”. Chodziło o pomysł na pozbycie się notebooka. Za najlepszy słuchacze dostawali nowy model. Warunek był taki, że sprzęt trzeba było zniszczyć publicznie. Wygrał człowiek, który zanurzył komputer w ciekłym azocie, a potem jeszcze roztrzaskał o ziemię. Drugi raz poza studio wyszliśmy w primaaprilisowy poranek. Program prowadziliśmy sprzed Stadionu X-lecia i odwołaliśmy Euro 2012.

JAROSŁAW BUDNIK: Przygotowaliśmy wypowiedzi Jana Tomaszewskiego, Włodzimierza Szaranowicza, Marcina Dańca. Ubolewali, jak im przykro, że straciliśmy takie wydarzenie.

GALA: Jak mogliście zrobić to kibicom?

JAROSŁAW BUDNIK: Byli zachwyceni.

MAREK STARYBRAT: Dopóki byli zaspani. W drugiej godzinie oprzytomnieli, że to 1 kwietnia. Wkrótce znowu robimy akcję „Możesz nam skoczyć” i… skoczymy ze spadochronem. To znaczy skoczy Budnik, bo ja się boję. Do skoków namówiliśmy też gwiazdy: Joannę Jabłczyńską i Andrzeja Piasecznego. Relacja jak zwykle na żywo.

JAROSŁAW BUDNIK: Ja też się piekielnie boję, ale mus to mus. Podobno najpierw się skacze, a potem już tylko tęskni za następnym lotem.

GALA: Szefowie zawsze akceptują wasze szalone pomysły?

MAREK STARYBRAT: Na szczęście nie wszystkie. Czasem mówią: „Chłopaki, to nie jest najlepsze. Myślcie dalej”.