Ależ Pan jest wysoki!

Ja tego tak nie czuję, może dlatego że zazwyczaj otaczają mnie siatkarze. 

Świetnie mówi Pan po polsku.

Coraz lepiej. Ale po polsku mógłbym z panią rozmawiać o siatkówce, bo znam słownictwo, a nie o życiu. O życiu wolałbym po angielsku. 

Czuje się Pan Polakiem czy Francuzem?

Czuję się obywatelem każdego państwa, w którym mieszkałem. Zbierałem doświadczenia i obserwacje we Włoszech, w Hiszpanii, od ośmiu lat mieszkam z rodziną w Polsce. Przez ten czas dużo się tutaj zmieniło, ja też się zmieniłem. Moje dzieci urodziły się na Majorce, ale większość swojego życia spędziły w Polsce, one bardziej czują się Polakami niż Francuzami. 

Wróćmy jeszcze do czasów francuskich. Kiedy Pan uświadomił sobie, że chce być sportowcem?

Zawsze interesowałem się sportem, choć u mnie w domu nikt sportu nie uprawiał. Rodzice do niczego mnie nie zmuszali, ale też nie ograniczali. Jedyny warunek: musiałem mieć dobre oceny. Kiedy okazało się, że w tenisie nie jestem najlepszy, przerzuciłem się na siatkówkę, ale stopniowo. Miałem wtedy 18 lat. Oczywiście byli zaskoczeni: „Dziesięć lat grałeś w tenisa i nagle jakaś siatkówka?”. Nic nie wiedzieli o tej dziedzinie, ale ufali mi. 

Nie zawiódł Pan ich zaufania…

Nie, są bardzo dumni. Śledzą moją karierę w mediach, bo ja z zasady nie czytam opinii na swój temat. Nawet tłumaczą sobie przez Google teksty, które ukazują się po polsku! Domyśla się pani, że te tłumaczenia są kompletnie niezrozumiałe, więc i tak proszą o wyjaśnienia. Czasem przyjeżdżają do Warszawy, pół roku mieszkają w Paryżu i pół na Majorce. Zakochali się w tej wyspie, kiedy mieszkałem tam z rodziną.

 

A Panu nie brakuje słonecznej Majorki albo pięknego Paryża?

Lubię jeździć do Paryża, dorastałem tam, ale nie chciałbym mieszkać. To nie jest najlepsze miejsce dla dzieci, wolę Warszawę. Komfortowe mieszkanie, w którym tu mieszkamy, w Paryżu byłoby zbyt drogie. Pyta pani o tęsknotę? Budowanie kariery sportowej zawsze polega na dokonywaniu wyborów. Dosyć dobrze mi szło, pojawiało się coraz więcej ofert, czyli sytuacji, w których musiałem zdecydować, co jest ważniejsze. Brałem pod uwagę te wszystkie czynniki: miejsce, możliwość rozwoju, pieniądze, poziom ligi. 

Czyli nie jest Pan zbyt sentymentalny?

Jestem, ale nauczyłem się kontrolować emocje. W sporcie to kluczowe, żeby nie ulegać stresowi, naciskom, ale też nie okazywać słabości. Trzeba czasu, treningu i doświadczenia, żeby umieć sobie radzić z emocjami. 

Pamięta Pan swoje pierwsze wrażenia z Polski?

Zanim podjąłem decyzję, że będę grał w Bełchatowie, kilka razy odwiedziłem Polskę, przyjeżdżałem tu na mecze z drużyną z Majorki. Byłem w Olsztynie i właśnie w Bełchatowie. Między treningami zwiedzałem te miasta, zajrzałem w każdy kąt. Zawsze jestem ciekawy nowych miejsc, ich historii, codzienności. Więc kiedy przyjechałem tutaj na stałe, już coś wiedziałem o Polsce, chociaż myślałem, że jest zimniej. Przyleciałem pod koniec sierpnia, a wiadomo jak to jest z nadbagażem w samolocie. Włożyłem na siebie marynarkę, kurtkę i zimowe buty, a kiedy wylądowałem, było prawie 30 stopni – cieplej niż we Francji. Tak przy okazji: nie lubię narzekania na pogodę. We Francji to nagminne, spadnie lekki śnieg i wszystko nieruchomieje. A ja wolę żyć i robić swoje niezależnie od pogody i nie czekając, aż aura zmieni się na lepsze. 

W tej drodze przez kraje, drużyny i zwycięstwa towarzyszy Panu żona. Jak się poznaliście? 

Jeszcze w szkole średniej. Oboje byliśmy wtedy czternastolatkami, ale nasz związek zaczął się, gdy mieliśmy po 22 lata. Zabawne, bo poznałem Stephanie pierwszego dnia w nowej szkole i na dodatek okazało się, że mieszkamy tuż obok siebie. Od razu taka bliskość. 

I macie to samo imię.

Stéphane i Stéphanie, to prawda. Żona stawia mnie do pionu. Odegrała wielką rolę w budowaniu mojej kariery, bo zawsze była przy mnie, pilnowała, żeby sport nie stał się wszystkim, co mam. Wiele też poświęciła. Kiedy wyjeżdżaliśmy do Włoch, musiała zostawić pracę. Jest fizjoterapeutką i instruktorką tańca. Na Majorce urodziły się nasze dzieci, zajmowała się tylko nimi. Najtrudniej miała w Polsce, nie znała ludzi ani języka, więc nie mogła pracować. Jeździła co kilka miesięcy do Paryża, żeby nie stracić kontaktu z tańcem. Teraz prowadzi kurs flamenco w Warszawie. Stephanie nawet nie jest fanką siatkówki, a nasze życie toczy się wokół wielu innych spraw. 

Pan rządzi w narodowej reprezentacji siatkarzy. A kto rządzi w domu?

Trudno powiedzieć. Najważniejsze, że przy dzieciach jesteśmy zgodni. Nigdy się przy nich nie spieramy.

Kto ma silniejszą osobowość: żona czy Pan?

Na pewno ja. 

Co by Pan zrobił, gdyby Stéphanie nie zgodziła się na przeprowadzkę z Majorki do Polski?

Na szczęście się zgodziła, bo nie wiem, co bym zrobił. Byliśmy tam bardzo szczęśliwi, ale zaczął się naprawdę widoczny kryzys w Hiszpanii. Wiedziałem, że musimy wyjechać, pozostawała tylko kwestia dokąd. Być może w Rosji miałbym lepsze warunki finansowe, a we Włoszech lepszą pogodę, ale wybraliśmy Polskę. I oboje jesteśmy pewni, że to był dobry wybór. Co ważne, moje dzieci mają tu doskonałą edukację. Uczą się w szkole prywatnej, ale po polsku. Mówią płynnie, czasem to ja uczę się od nich. Myślę, że kiedy skończę karierę trenera reprezentacji, a dzieci nadal będą się tu dobrze czuły, prawdopodobnie zostaniemy w Polsce. 

 

Jest Pan dla nich wymagający?

Kiedy przekraczają pewne granice, potrafię być zły. A jak wiadomo, dzieci czasem nie mogą przystopować z zabawą. Na ogół jednak jestem opanowany. Tłumaczę im, że warto się starać. Nie wystarczy zrobić coś na 80 procent. Mój syn, Timote, dziewięciolatek, trochę przypomina mnie. Gra w tenisa, piłkę nożną i siatkówkę, ale jeszcze nie wiadomo, co wybierze. Córka, Manoline, ma siedem lat i woli zajęcia artystyczne: maluje, rysuje. Ale ma też zdolności sportowe, a talent potrafi być najsilniejszą motywacją, jeśli pozwolimy mu się rozwinąć. Lubię towarzyszyć dzieciom w codziennych sytuacjach, odwozić je do szkoły, odrabiać z nimi lekcje. Zrozumiałem to po powrocie z wielomiesięcznych wyjazdów na mecze. Rodzinna rutyna sprawia mi przyjemność. 

Pana dzieci czują się wyjątkowo dzięki temu, że ich ojciec jest trenerem polskiej reprezentacji?

Wiedzą, kim jestem, ale pilnuję, żeby zachować proporcje, żeby moje życie zawodowe i publiczne nie stało się ważniejsze od prywatnego. W domu jestem dla nich tatą, a kiedy one idą do szkoły, jestem trenerem. We Francji nazywamy to, że każdy ma wiele czapek. Mam czapki ojca, męża, byłego gracza, syna swoich rodziców. Tylko jedną z tych czapek jest czapka trenera reprezentacji. Oczywiście trzeba pilnować, żeby te czapki się nie pomyliły, nie przenosić emocji z pracy do domu. To łatwe, gdy reprezentacja wygrywa mistrzostwa świata i wszyscy są wyjątkowo mili, ale trudniejsze, kiedy idzie nam nie aż tak dobrze i rośnie napięcie.

W drużynie rządzi Pan silną ręką?

Moi zawodnicy chętnie pracują, więc nie muszę ich cisnąć, z czego bardzo się cieszę. 

Przez wiele lat był Pan siatkarzem, kolegą z zespołu. Teraz jest pan ich trenerem. Jak Pan sobie z tym poradził? 

Postanowiłem, że będę naturalny, pozostanę sobą. Wiedziałem, że zostałem wybrany na trenera też ze względu na to, jaki jestem: znam polską kulturę, realia, znam graczy i umiem ich przekonać, żeby grali w drużynie. To było ważniejsze niż mój brak doświadczenia, bo nigdy przedtem nie byłem trenerem. Musiałem też być uczciwy. Znałem połowę zawodników, ale jako trener nie mogłem ich traktować wyjątkowo. Zwracałem także uwagę na to, kto jest dobrym graczem, a nie najbardziej popularnym. Poza tym nie boję się pytać moich zawodników, co myślą. Czasem lepiej się przyznać, że się czegoś nie wie, niż udawać, że się wie. Od ludzi można się wiele nauczyć, mam na nich wyostrzone ucho. 

Musiał Pan do tego dojrzeć?

Dokładnie. Nie ma porównania między odpowiedzialnością, jaka spoczywa na zawodniku, a podejmowaną przez trenera. Ale dobrze się tu czuję, podoba mi się, jak ważna w Polsce jest siatkówka. Liga jest profesjonalna, kluby na wysokim poziomie. Nawet biorąc pod uwagę, że kiedy się przegrywa, krytyka bywa ostra, ogólnie panuje dobre nastawienie, wiara i ta niesamowita atmosfera kreowana przez kibiców. 

Dlaczego wsparcie kibiców jest tak ważne?

To przychodzi z wiekiem. Młodzi zawodnicy potrzebują mniej wsparcia od kibiców, mają więcej adrenaliny. Im jest się starszym, tym ważniejsza jest atmosfera. Ciało coraz łatwiej się poddaje, coraz więcej jest zwątpienia, takie wsparcie potrafi zdziałać cuda. 

Jak Pan świętuje zwycięstwa?

Z drużyną. To nie jest wielkie świętowanie, ale za każdym razem zwycięstwa bardzo nas cieszą. Kiedy zdobyło się ileś tytułów, wygrana jest obowiązkiem, choć oczywiście nikt tego nie powie wprost. Przegrana jest większym rozczarowaniem niż wygrana radością. Ale wciąż wierzę, że te najważniejsze zwycięstwa są jeszcze przed nami.

Nurkuje Pan na dużych głębokościach. Czy Pan to robi, aby przekraczać kolejne granice?

Oczywiście. Nurkowanie jest sportem, ale też sprawdzianem, do jakiego stopnia można kontrolować swoje ciało. Zaczęło się od „Wielkiego błękitu” Luca Bessona: to był pierwszy nierysunkowy film, jaki obejrzałem w kinie. Umiałem pływać, ale nie czułem się wtedy w wodzie najlepiej. Po filmie kupiłem sobie maskę i zacząłem trenować. Na dole panuje niesamowita cisza, a przestrzeń jest bezgraniczna. Sprawdzam, dokąd mogę przesunąć granicę, ale nie ryzykuję, bo bardzo kocham życie. I wolę zawsze schodzić pod wodę z kimś. Nie chodzi tylko o nurkowanie, w ogóle lubię dzielić z ludźmi doświadczenia
i przyjemności. 

Co Pan widzi tam na dole?

Lubię zwłaszcza jeden widok: ukryty w ciemności patrzę w górę i w oddali widzę stopy ludzi. Z dołu widzę wszystko, ale mnie nie widzi nikt. 

Czy polska drużyna siatkarzy pojedzie na igrzyska olimpijskie do Rio de Janerio?

Oczywiście! Jest kilka opcji, ale nie biorę pod uwagę tego, że nie pojedziemy.  

Selekcjoner polskiej reprezentacji siatkarzy i gwiazda międzynarodowej siatkówki.  W 2014 roku poprowadził polską drużynę do tytułu mistrza świata. Urodził się w 1976 roku pod Paryżem. Grał w drużynach we Francji, we Włoszech, na Majorce.

Od 2007 roku w Polsce. Mieszka w Warszawie z żoną i dwójką dzieci.