SUSAN SARANDON Aktorka z przypadku. Towarzyszyła w castingu pierwszemu mężowi, Chrisowi. On odpadł, ona dostała rolę w „Joe” J.G. Avildsena. Oscara za film „Przed egzekucją” trzyma w łazience.

GALA: Mama – filar rodziny – taką kobietę grasz w najnowszym filmie braci Wachowskich „Speed Racer”. Jaka jesteś na co dzień? Ktoś kiedyś powiedział, że matka jest jak posiłek, który musisz zjeść, żeby przeżyć, ale to ojciec jest deserem, na który wszyscy czekają, bo nie ma go codziennie. Jesteś posiłkiem?

SUSAN SARANDON: Jestem jak klej, który scala domowników. Tim Robbins jest fantastycznym partnerem i ojcem, który poświęca dzieciom czas, ale to ja jako kobieta czuwam nad domowym ogniskiem. Tak to urządziła natura.

GALA: Grozisz czasem palcem?

SUSAN SARANDON: Bywam bardzo liberalna w porównaniu z innymi matkami, czasami – bardziej konserwatywna. A jak coś zepsujesz? Próbuję na nowo. I potrafię przeprosić, jak mi coś nie wyjdzie. Pochodzę z wielodzietnej rodziny. Jestem najstarsza z naszej dziewiątki, więc matkuję od dzieciństwa. I lubię to. Przez wiele lat radziłam sobie bez pomocy nianiek. Zasłużyłam na moją pozycję w rodzinie. 

GALA: Uśmiechasz się…

SUSAN SARANDON: Tak, bo moja córka i synowie są zabawni, inteligentni, mają poczucie humoru. Zawsze mówiłam, że chciałabym tak wychować dzieci, żebym potem miała ochotę pójść z nimi na kolację. Udało się. Moi synowie nie są nudziarzami. Gdyby byli – miałabym problem!

GALA:Zagrałaś w filmie Wachowskich dla swoich dzieci? Mówi się, że to film dla całej rodziny.

SUSAN SARANDON: Wszyscy w domu kochamy „Matriksa”. Już to, że dostałam propozycję od jego twórców, sprawiło, że w oczach dzieci awansowałam o kilka szczebli. Teraz dopiero jestem superbabką!

GALA: W filmie jest wiele pościgów samochodowych, to cię kręci?

SUSAN SARANDON: Auta to nie jest mój świat. Na wielkich parkingach mam kłopot, jak rozpoznać swój samochód. Marka nie ma dla mnie znaczenia. Mężczyźni lubią swoje zabawki: samochody, cygara. Są kobiety, które im w tym nie ustępują, ale ja do nich nie należę.

GALA: W 2006 roku niosłaś olimpijską flagę podczas otwarcia zimowych igrzysk w Turynie. Teraz też byś się zdecydowała?

SUSAN SARANDON: W Chinach – nie! Chiny powinny się wstydzić. Nie wybieram się tam, zresztą nikt mnie nie zaprosił, więc nie będą za mną tęsknić.

GALA: Ty za nimi też nie…

SUSAN SARANDON: Z całą pewnością! Co sprawia, że jesteś szczęśliwą kobietą? Mam fantastyczną rodzinę. I przyjaciółki. Te same od 25, 30 lat. Czuję się szczęśliwa, kiedy wiem, że sprawdziłam się w pracy. I kiedy uda mi się coś ugotować. Jak widać, niewiele potrzeba mi do szczęścia.