Po raz pierwszy spotykamy się w Krakowie przy okazji premiery "Nightwatching" Petera Greenawaya. Agata jest rozluźniona i wyraźnie dumna z roli, którą zagrała u mistrza. Tam powstaje nasza niezwykła, "malarska" sesja zdjęciowa. Następnego dnia, już w swoim domu pod Warszawą, opowiada mi ze szczegółami o tej współpracy. Siadamy wśród nierozpakowanych kartonów z książkami. Pijemy malinową herbatę. Zanim przejdziemy do rozmowy o jej życiu, Agata wspomina mi o nagrodzie, którą przyznano jej na Festiwalu Kina Europejskiego. Czy to pierwsza taka nagroda? - Skąd, po filmie "Kochaj i rób, co chcesz" przyjaciele zrobili mi Oscara z masy solnej i pomalowali go na złoto. Wygląda wspaniale - żartuje. Nie mam wątpliwości, że rola u Greenawaya bardzo dobrze na nią wpłynęła.

GALA: Jest pani przebojowa? Umie zawalczyć o ciekawą rolę?

AGATA BUZEK: Raz tak zrobiłam! Zadzwoniłam do drugiego reżysera i powiedziałam... że to rola dla mnie, że chcę ją zagrać, że jest ważna. Nawet poszłam na zdjęcia próbne. Potem usłyszałam: "Trudno to lepiej zagrać, ale nasza bohaterka musi mieć trochę inną urodę". Potrafię to zrozumieć, nikogo nawet nie próbowałam przekonywać. Rozumiem, że np. para bohaterów musi do siebie pasować, ma być między nimi "chemia". Każdy z nas, choćby był nie wiem jak genialnym aktorem, niesie jakiś komunikat swoim wyglądem i osobowością. I reżyserowi ten komunikat może odpowiadać albo nie. Kamera też pokazuje inaczej.

GALA: Podobno dodaje 10 kg, co pani chyba na dobre wychodzi. Jakieś 50 kg?

AGATA BUZEK: 56-57 przy 177 cm wzrostu.

GALA: Rolę u Greenawaya musiała pani wychodzić?

AGATA BUZEK: Nie, po prostu zaproszono mnie na casting i go wygrałam. Zagrałam siostrę Saskii, żony Rembrandta - Titię Uylenburg. Mieszka u nich w domu. Obie miały podobno polskich przodków. To kobieta o bardzo wyzwolonych poglądach: nie wychodzi za mąż, nosi się na czarno. Zimna, kostyczna, stara panna z rudymi włosami - nosiłam perukę ciemnorudą i rogowe okulary. Nic przez nie nie widziałam. Były prawdziwe, jakieś plus cztery dioptrie, z epoki, więc patrzyłam nad nimi lub pod nimi, całe szczęście były małe...

GALA: Często reżyserzy odmawiają pani roli?

AGATA BUZEK: Od dawna nie narzekam na bezrobocie. Jeśli trafią mi się dwa miesiące w roku, kiedy mam wolne, jestem szczęśliwa i myślę, że to błogosławieństwo. Bo mam czas na spotkania z przyjaciółmi i spacery.

GALA: Dopiero wtedy można zastanowić się nad życiem...

AGATA BUZEK: ...albo przygotować się do ślubu i kupić dom. Wiedzie mi się dość dobrze. Mam zajęcia, na żaden telefon nie czekam tak, jakby od niego zależało całe moje życie. Zresztą po każdym castingu zawsze czuję, że wszystko zawaliłam. Pół dnia jestem wściekła na siebie. Potem zapominam i zajmuję się czymś innym. Śmieję się, że im gorsze samopoczucie po castingu, tym większe prawdopodobieństwo, że dostanę rolę.

GALA: I dostała pani propozycję, o jakiej inni marzą! Znów jest o pani głośno. Co się z panią działo przez ostatnie kilka lat?

AGATA BUZEK: Cały czas gram w teatrze! W "Peer Gyncie" w Teatrze Montownia, "Trzech siostrach" u Krystyny Jandy w Polonii, w "Don Giovannim" w Rozmaitościach. Działam w fundacji "Arteria", którą 3,5 roku temu stworzyłam z przyjaciółmi. Zorganizowaliśmy m.in. Tydzień Wietnamski w Warszawie.

GALA: Dlaczego akurat wietnamski?

AGATA BUZEK: Co setny warszawiak jest Wietnamczykiem! Nikt im nie pomaga w integracji. Bardzo niewiele o nich wiemy. Tymczasem handlują u nas najlepszy wietnamski reżyser i muzyk. Przecież to tak, jakby Andrzej Wajda w latach 80. wyjechał na koniec świata i sprzedawał skarpetki. Straszne. Zrobiliśmy piknik wietnamski na Polu Mokotowskim, przegląd ich kina i wystawę fotograficzną. Jak ktoś chce, niech o nas przeczyta na www.arteria.art.pl. I dołączy. Nasza fundacja wystawia też spektakle, jak "Sallinger" Bernarda-Marie KoltÝsa.

GALA: Poza tym wyszła pani za mąż. Gdzie się poznaliście z Adamem?

AGATA BUZEK: Byliśmy oboje obserwatorami wyborów na Ukrainie.

GALA: Miłość pomarańczowej rewolucji zaczęła się przy urnie wyborczej?

AGATA BUZEK: Lubię myśleć, że niejedna. To było Boże Narodzenie przed trzema laty, hotel Mir, plac Lenina w Charkowie. Współpracowaliśmy z Adamem, bo poniekąd tę akcję organizowaliśmy.

GALA: Zima była wtedy ostra.

AGATA BUZEK: Mróz trzaskający, nos czerwony, ja opatulona, niewyspana, ledwo żywa.

GALA: Mimo to się zakochał.

AGATA BUZEK: Teraz już może być tylko lepiej.

GALA: Zamieszkaliście w cichej podwarszawskiej miejscowości. Świadoma ucieczka od zgiełku wielkiego miasta?

AGATA BUZEK: O tak, choć jestem bardzo "miastowa". Lubię ludzi i spotkania z nimi; nie przeszkadza mi nawet tłum. Mam bardzo wielu przyjaciół. Lubię wyjść wieczorem do restauracji na kolację, jednak po południu wolę ciszę i spokój.

GALA: W domku z ogródkiem pełnym chwastów. Lubi pani grzebać w ziemi?

AGATA BUZEK: To się dopiero okaże.

GALA: Będzie trudno, widzę zadbane, długie paznokcie.

AGATA BUZEK: Sztuczne, do filmu. Chyba się ich pozbędę, bo kojarzą mi się z rolą prostytutki morderczyni, którą właśnie skończyłam. Utłukłam swojego sutenera kijem baseballowym w niemieckim filmie "Maria aus Stettin"- "Maria ze Szczecina" - to współczesny kryminał w przymrużeniem oka.

 

GALA: Kino niemieckie panią lubi. To nie pierwsza pani rola w tym kraju.

AGATA BUZEK: Powoli trudno mi je zliczyć. Mam świetnego agenta w Berlinie.

GALA: Rodzice śledzą karierę jedynaczki?

AGATA BUZEK: Oboje są na bieżąco. Jeśli filmowa historia jest wzruszająca, siłą rzeczy mamę dotyka bardziej. Gdzieś tam widzi także mnie, nie tylko postać, którą gram. Tato z kolei jest niewiarygodnie wnikliwy i jeśli mam w całym filmie jedną scenę, co do której mam wątpliwość, tato mi powie: "Mogłaś to trochę inaczej zagrać".

GALA: Może sam chciał kiedyś zostać aktorem?

AGATA BUZEK: Miał taki pomysł.

GALA: Zdarza się pani słyszeć, że zawdzięcza mu pani karierę?

AGATA BUZEK: Nikt nie odważył się tego do mnie powiedzieć wprost. Na to, co się szepcze za plecami, nie zwracam uwagi. Wiadomo, że w tym zawodzie nikt bez talentu nie przetrwa, bez względu na to, kim jest tatuś.

GALA: Jerzy Buzek jest teraz eurodeputowanym Odwiedziła go pani w Brukseli?

AGATA BUZEK: Byłam. Miło popatrzeć, jak mu się tam dobrze pracuje. W zeszłym roku został Europosłem 2006, wybranym przez posłów parlamentu z własnego grona. Myślę, że daje mu to niewiarygodnie dużo satysfakcji.

GALA: Patrzy pani na świat polityki oczyma ojca?

AGATA BUZEK: W dużej mierze tak, choć nie we wszystkim się zgadzamy. Mam duży bagaż poglądów taty, ale też jakiś rodzaj "nadwiedzy". Wiem więcej niż niejeden rówieśnik. Mając tyle relacji z pierwszej ręki, inaczej się potem śledzi informacje, inaczej czyta gazety czy ogląda wiadomości, które są przefiltrowane. Nauczyłam się, że trzeba mieć własne zdanie. Podczas pracy nad "Nightwatching" od Petera Greenawaya usłyszałam coś ciekawego, choć ze szczyptą ironii: "Wiesz, lepiej być źle kierowanym przez samego siebie, niż dobrze kierowanym przez kogokolwiek innego". Bardzo mi się to spodobało.

GALA: Pani dobrze sobą pokierowała, wybierając męża? Rodzice łatwo go zaakceptowali?

AGATA BUZEK: Są bardzo szczęśliwi. Adam ostatnio powiedział mi: "Ciekawe, czy to ty mnie wybrałaś, czy twoja mama?". Trochę żartem, ale coś w tym jest.

GALA: Pani mąż, oświadczając się, padł na kolana jak Wacław przed Klarą w "Zemście"?

AGATA BUZEK: Nie padł, ale i błogosławieństwo od rodziców dostaliśmy.

GALA: Wzięliście ślub, choć to teraz niemodne...

AGATA BUZEK: Ślub to dla nas nie tylko papierek! Oboje jesteśmy wierzący i oboje mamy pewność, że chcemy być ze sobą do końca życia. Nie rozumiem: przed czym tu tchórzyć?

GALA: 30 września obchodziliście pierwszą rocznicę ślubu. Była sentymentalna wycieczka na Ukrainę?

AGATA BUZEK: Nie, ale za to było hucznie, bo połączyliśmy ją z otwarciem nowego domu. Byli wszyscy: tata z Brukseli, mama z Gliwic, rodzice Adama z Łomianek, przyjaciele... Przygotowaliśmy sery, winogrona, melony, dwa wielkie gary leczo. Podałam kilka sałatek. Prawie wszystko poszło. Lubię się troszczyć o dom, tylko odkurzania nie cierpię.

GALA: Pani mąż pracuje w portalu gazeta.pl. Jak informatyk dogaduje się z aktorką?

AGATA BUZEK: Jak mnie nie ma, nie robi problemu z braku kolacji. Jak wracam po kilkunastu dniach z planu, z przyjemnością to nadrabiamy. Nie czepia się błahostek. Docenia rzeczy ważne. Nadrabianie to duża kolacja, wino, rozmowa o naszych sprawach. W ten sposób spędzamy razem czas.

GALA: Najmilszy dzień wart powtórzenia?

AGATA BUZEK: Ślub! Oczywiście z tym samym mężczyzną. Inaczej powtórka nie wchodzi w grę. Nawet ostatnio pomyślałam sobie: "Proszę, całe życie człowiek marzył o białej sukni i ślubie, a potem... błysk, chwila i proszę, już po wszystkim". Już umiem przejść spokojnie koło sklepu z sukniami ślubnymi.

GALA: Co pani zrobiła ze swoją suknią?

AGATA BUZEK: Wisi w garażu. Wygląda jak duch, zaszyta w białe prześcieradło... Włożę ją jeszcze niejeden raz, np. na 10. rocznicę, jeżeli oczywiście w nią wejdę...