SZCZEPKOWSKA & KONAROWSKA Jestem tam, gdzie powinnam

Udostępnij

Policjantka z „Pitbulla” i sekretarka z „Lejdis”. Aktorstwo ma we krwi. Aktorami są jej rodzice, Joanna Szczepkowska i Mirosław Konarowski, był dziadek Andrzej Szczepkowski, babcia i prababcia. Chociaż początkowo wybrała inną drogę, wylądowała w słynnej amerykańskiej szkole Actors Studio.

SZCZEPKOWSKA & KONAROWSKA Jestem tam, gdzie powinnam

Pierwszą rolę, Isi w „Weselu” w Teatrze Powszechnym, miała zagrać jako dziesięciolatka. Ale reżyser zmienił koncepcję i Isię zagrała starsza dziewczyna. Teraz Hania żartuje, że rozczarowanie z powodu utraconej roli od lat ma już za sobą. O tym, że aktorstwo jest jej pasją, dowiedziała się niedawno. Szybko nadrobiła zaległości.

GALA: Marysia, którą grasz w „Lejdis”, wręcza róże kolegom z pracy, chcąc im sprawić przyjemność. Też jesteś taka?

HANNA KONAROWSKA: Zdarzało mi się robić takie rzeczy. W podstawówce zorganizowałam np. urodzinowe przyjęcie – niespodziankę dla przyjaciółki. Gdyby nie ja, nie miałaby go wcale. Więc te róże są mi bliskie. Zwłaszcza że nie o kwiaty tu chodzi, ale o to, by wywołać czyjś uśmiech. Polubiłam tę rolę, już nie mówiąc o tym, że to mój debiut filmowy!

GALA: Teatralny był niezwykły: zadebiutowałaś w tej samej roli co przed laty twoja mama – Iriny w „Trzech siostrach”. Joanna Szczepkowska grała wtedy z Krystyną Jandą, tak jak ty teraz z Marysią Seweryn, córką Jandy. Po konflikcie, jaki przed laty zdarzył się między twoją mamą a Krystyną Jandą, to sytuacja jak z bajki!

HANNA KONAROWSKA: Natasha uznała to za znak, zrządzenie losu. Dla mnie to, że gram tę samą rolę co kiedyś mama, było bardzo stresujące. Chciałam choć trochę zbliżyć się do sukcesu, jaki wówczas odniosła.

GALA: Jak to się stało, że tam zagrałaś?

HANNA KONAROWSKA: E-maila od Marysi Seweryn z propozycją przyjścia na casting dostałam w Nowym Jorku. Zadzwoniłam do mamy. Byłam szczęśliwa, a jednocześnie przerażona, chyba wagą tej propozycji. Mama powiedziała: „Wracaj i idź na casting”. I tak zrobiłam. Skończyłam trymestr w szkole Lee Strasberga Actors Studio i wróciłam. A reżyserka, Natasha Perry- -Brook, wybrała mnie do roli Iriny w dublu z Karoliną Gruszką. Próby też były dla mnie magiczne, ponieważ zaczęliśmy je w Akademii Teatralnej, naprzeciw domu, w którym spędziłam dzieciństwo. Wtedy było dla mnie oczywiste, że tam się znajdę. I los mnie tam doprowadził! Na pierwszej próbie siedziałam przy długim stole obok wybitnych aktorek, m.in. Magdaleny Cieleckiej, Agaty Buzek, Karoliny Gruszki. Przeraziłam się: „Co ja tu robię?!”. Zaczęliśmy czytać sztukę. Poczułam się spełniona. Czułam spokój i jednocześnie ekscytację. Wyszłam i poryczałam się z uśmiechem na ustach. Z toalety zadzwoniłam do mamy, płacząc w słuchawkę: „Mamo, jestem tu, gdzie powinnam być”.

GALA: Ale wcześniej wybrałaś antropologię kultury. Teraz kulturoznawstwo...

HANNA KONAROWSKA.: Tak się złożyło. Zawsze o tym myślałam. W liceum zmieniłam decyzję. Siedem lat temu zgłosiłam się do agencji aktorskiej. Wystąpiłam w reklamie, ktoś mnie zapamiętał, zaprosił na casting do serialu. I tak się zaczęło.

GALA: W Teatrze Polonia można cię też oglądać w sztuce „Miłość ci wszystko wybaczy”. Twoją bohaterkę zmienia spotkanie z człowiekiem chorym na raka. Były takie ważne spotkania w twoim życiu?

HANNA KONAROWSKA.: Dużo. Kształtują nas książki, filmy, ale głównie ludzie. Dwa lata temu w Nowym Jorku, kiedy pojechałam do szkoły Lee Strasberga, spotkałam starszą panią, którą nazwałam aniołem. Była Rosjanką pochodzenia żydowskiego, ale czuła się Polką, gdyż długo tu mieszkała. Po 1968 roku została wygnana, odebrano jej narodowość, polski paszport. Uczyła mnie życia.

GALA: Czego się od niej dowiedziałaś?

HANNA KONAROWSKA.: Zderzyłam się z nią w momencie dużego rozczarowania sobą i podejmowanymi decyzjami. Byłam jak chwiejąca się na wietrze gałązka, a ona łapała mnie w ręce. Rozumiała moje bóle. Sprowadziła mnie na ziemię. Nauczyła patrzenia na siebie i na to, z czym się zmagam, pod kątem możliwości własnego rozwoju. Pokazała, jak cieszyć się życiem, każdym dniem. Coś z tego we mnie zostało.

GALA: Skąd to rozczarowanie sobą?

HANNA KONAROWSKA.: Dużo od siebie oczekuję i ciężko znoszę, kiedy mi coś nie wychodzi.

GALA: Ale dopięłaś swego – marzyłaś o wyjeździe do Nowego Jorku.

HANNA KONAROWSKA.: Zrealizowałam marzenia. Pojechałam do Actors Studio, żeby wziąć od nich wszystko, co mogą dać. I to się udało. Na polskie akademie było już trochę za późno. Miałam 22 lata i trzy lata studiów za sobą. Poza tym chciałam pojechać do najlepszej szkoły na świecie, przeżyć przygodę, rzucić się na głęboką wodę. Byłam przekonana, że będę pływać kraulem z całych sił. Niestety, był to styl dowolny. Nie było mi dobrze w Stanach, chociaż w szkole czułam się szczęśliwa. Najbardziej na lekcjach śpiewu, ponieważ tam pokonałam strach. Śpiewałam piosenkę Lizy Minnelli z filmu „Kabaret”. Zaczęłam cicho, a nauczyciel – żeby głośniej i głośniej. Wyszedł z tego krzyk. Nagle podszedł do mnie i nacisnął gdzieś z boku. Usłyszałam dźwięk głęboki i niski, którego nie znałam. Śpiewałam i śmiałam się z siebie. A sala ze mną. Potem bili brawo. Za odwagę. Zaczęłam nad sobą pracować. Nie zapomnę wyrazu twarzy kolegów, kiedy później zaśpiewałam. Jak skończyłam, zapadła cisza. Ktoś zapytał nauczyciela: „Co z nią zrobiłeś?!”. Rozległy się oklaski. Wspaniałe przeżycie! To był moment spełnienia. Czułam, że mogę przenosić góry! Nowy Jork wydał mi się rajem na ziemi.

GALA: Dlaczego nie zostałaś tam dłużej?

 

HANNA KONAROWSKA.: To nie jest miejsce, w którym chciałabym żyć. Tęskniłam do przyjaciół, rodziny. W Google Earth oglądałam moją ulicę i wspominałam każdy kąt mieszkania. Poza tym kończyły mi się pieniądze. Dosyć długo je zbierałam. Nauka w tej szkole sporo kosztuje. Drogo się też tam mieszka, a ja nie potrafi ę pracować na czarno. Musiałabym obciążyć mamę. Wiem, że ona uniesie wszystko, ale ja już nie uniosłabym tej świadomości.

GALA: Mama przystaje na twoje pomysły, nie usiłuje cię od nich odwieść?

HANNA KONAROWSKA.: Usiłuje, ale jej to nie wychodzi. Polemizuje z moimi pomysłami na życie, czasem rzuca własne. Zawsze się wtedy sprzeczamy. A potem zaczynają mi one chodzić po głowie i choćby nie wiem jak mnie denerwowały, zaczynam je rozważać. I ma wpływ na moje decyzje. Nowy Jork wymyśliłam sama. Mama była przerażona, ale i zachwycona. Bardzo mi kibicowała. Trochę się złościła, że nie chcę jej pomocy. Ale postanowiłam się sprawdzić. Jestem dumna, że mi się udało.

GALA: Aktorami są twoi rodzice. Co zapamiętałaś ze swoich pobytów w teatrze?

HANNA KONAROWSKA.: Balkon w Teatrze Powszechnym, z którego oglądałam mamę. Kiedy mi się jakieś sceny nie podobały, wychodziłam. „Sen nocy letniej” oglądałam ze sto razy. Czułam dumę z tego powodu, że gra królową. I wiedziałam, że po zmyciu makijażu znów będzie moją mamą. Pamiętam też czekanie na powrót rodziców z przedstawienia. Jaka mama dzisiaj przyjdzie? Ruda czy blondynka? Czy w pełnym makijażu? Uwielbiałam zapach teatralnego pudru i przemiany mamy. Kiedy rodzice wracali wieczorem do domu, siadali na kanapie, a my z siostrą mimo późnej pory odgrywałyśmy jakieś scenki. Jestem pełna podziwu dla nich, że tak dzielnie to wytrzymywali. Teraz wiem, jak to jest, gdy się wraca w nocy po spektaklu.

GALA: A paparazzi robią ci zdjęcia, gdy wsiadasz do samochodu Kuby Wojewódzkiego... Lubisz show-biznesowy blichtr?

HANNA KONAROWSKA.: Strasznie mnie wkurza. Ale nie zrezygnuję z pójścia na premierę tylko z obawy, żeby mi nie zrobiono zdjęcia. To przykre, że zainteresowanie mediów sprowadza się do plotek i nikomu niepotrzebnych informacji. Miło jest być w blasku reflektorów, ale chciałabym, żeby zainteresowanie wynikało z tego, że robię coś dobrego.

Składam się z piosenek Beatlesów Niepokorna aktorka. Potrafi odejść w trakcie prac nad spektaklem. Pisze wiersze, niebawem wyda książkę, w której dużo będzie o Beatlesach. Mówi, że ma duszę błędnego rycerza. Podejrzewa, że odwagę zawdzięcza poezji romantycznej, której się naczytała w młodości.

GALA: Jeśli położyłaby pani na wadze spełnienie i niespełnienie, co przeważy?

JOANNA SZCZEPKOWSKA: Spełnienie. Moje życie w sensie artystycznym spełniło się ponad oczekiwania. Do szkoły teatralnej poszłam jako dziecko aktorskie, więc dobrze wiedziałam, że to się może skończyć życiem w ciągłym czekaniu, widziałam wielu niespełnionych aktorów. Ale bakcyl teatru był silniejszy i prawdę mówiąc, od pierwszych kroków na scenie nie zdarzyło mi się czekać na telefon. Może dlatego, że pisanie stało się moim drugim „tworzywem”, a tutaj nikt nie musi do mnie dzwonić – trzeba tylko wstać odpowiednio rano.

GALA: To znaczy?

JOANNA SZCZEPKOWSKA.: Coraz wcześniej. Nigdy bym nie uwierzyła, że z nocnego marka stanę się skowronkiem. Przekonałam się, że poranna cisza jest lepsza dla skupienia niż wieczory, kiedy kuszą różne telefony, wpadają znajomi… No więc wstaję coraz wcześniej – teraz to jest szósta, ale coś mi się ostatnio wydaje, że za późno.

GALA: A spełnienie osobiste?

JOANNA SZCZEPKOWSKA.: Moje życie osobiste jest takie, jaka jestem ja. A jestem niezależna, muszę chodzić własnymi drogami, a te drogi często wymagają samotności. Na szczęście już to zrozumiałam. Tak więc życie osobiste mogę układać tylko z kimś, kto też chadza samotnie i nasze drogi czasem się krzyżują. Jeśli już pani o to pyta – mężczyzna, którego kocham, tak właśnie chodzi. Natomiast macierzyństwo jest niewątpliwie spełnione, chociaż to trudne: być matką sióstr, kiedy się jest jedynaczką i nic nie wie się o świecie, jaki buduje ze sobą rodzeństwo.

GALA: Kiedy w dzieciństwie zobaczyła pani swojego ojca na scenie, dał pani znak – puścił do pani oko. Czy znalazła pani z córkami podobne porozumienie? Hania często oglądała panią z teatralnego balkonu...

JOANNA SZCZEPKOWSKA.: Chciała nawet z niego skoczyć… Grałam wtedy Julię. Stoję na scenicznym balkonie, mówię monolog – patrzę, a moje dziecko przekłada nogę przez balustradkę balkonu dla widzów! Była na tej samej wysokości co ja, tylko odgrodzona barierą umowności teatru. To było jak koszmarny sen – dzisiaj mogę sobie mówić, że to świetna scena do filmu, ale wtedy w ciągu kilku sekund przeżywałam egzamin życia – byłam bliska tego, że krzyknę coś jako matka, na szczęście Hania zrezygnowała ze skoku. Kiedyś w Teatrze Telewizji grałam w „Klątwie” Wyspiańskiego v scenę, w której mnie kamienowano. I świadoma tego, że dzieci nie odróżniają fikcji od rzeczywistości, pozwoliłam córkom to obejrzeć. Do dziś pamiętam, jak strasznie krzyczały. Potem starałam się oddzielić rolę matki od aktorki i nie zarażać ich teatrem.

GALA: I żadna z córek nie poszła do szkoły teatralnej. A dzisiaj grają obie.

JOANNA SZCZEPKOWSKA.: Hania pierwsza postanowiła mieć swoje pieniądze. Najpierw na studiach pracowała jako kelnerka w kawiarni, a potem zapisała się do agencji aktorskiej. I nagle okazało się, że wygrywa castingi na reklamy. Potem pojawiły się poważniejsze propozycje ról i to ją wciągnęło. Marysia, starsza córka, też zapisała się do agencji i też zaczęło się coś kręcić. Ale to inne pokolenie – oni trzeźwo patrzą na życie – robią wszystko, żeby się uniezależnić, mogą pracować wszędzie, żeby zarobić na swoją pasję. Fantastyczne...

 

GALA: Mama uniesie wszystko – tak powiedziała Hania. Naprawdę z pani taka siłaczka?

JOANNA SZCZEPKOWSKA.: O Boże, tak powiedziała? Nie wiem, czy jest ktoś, kto mnie lepiej zna niż one, więc skoro tak mówi… To nie do końca prawda. Z rzeczy, które muszę unieść, unoszę połowę. Nie jestem silna, natomiast skutecznie udaję silną. Jak twierdzi mój przyjaciel, to moja najlepsza rola. Mnie łatwo zranić, to naprawdę proste zadanie, podnoszę się długo, ale może silniejsza.

GALA: Ma pani tyle samo przyjaciół co wrogów?

JOANNA SZCZEPKOWSKA.: Wrogów mam chyba więcej. Staram się o tym nie myśleć, bobym spanikowała. Właściwie żyję poza środowiskiem. Dużo jestem sama: pracuję, piszę albo czytam. I tylko czasem dowiaduję się, że byłam tam, gdzie nie byłam, jadłam to, czego nie jadłam. A ponieważ nie bywam tam, gdzie mówią, nie mogę się bronić i w ten sposób żyje sobie jakieś moje drugie ja stworzone przez, jak pani to nazywa, wrogów.

GALA: Czy łatwo pani przebacza?

JOANNA SZCZEPKOWSKA.: To zależy od siły zadry. Chociaż… Przebaczam łatwo, bo usiłuję zrozumieć, dlaczego ktoś taki jest, zachował się właśnie tak. A zrozumieć to znaczy przebaczyć. Ale u mnie to nie znaczy zaprzyjaźnić się na nowo – trzeba by tytanicznej pracy, żebym wróciła.

GALA : Zdarza się, że zamyka pani drzwi i odchodzi. To ryzyko pracować z panią.

JOANNA SZCZEPKOWSKA.: Nie mam już tak wiele czasu, żeby go marnować, wdawać się w coś, pod czym nie mogę się podpisać. A jeżeli coś mi się podoba, wchodzę w to naprawdę całym sercem.

GALA: Nie boi się pani, że drzwi zatrzasną się na dobre?

JOANNA SZCZEPKOWSKA.: Nie, bo zawsze znajdą się jakieś nowe drzwi. Ja się w ogóle boję tylko poszczególnych osób, a jak się boję, to unikam. Wychodzę z założenia, że jeśli jestem dobra w tym, co robię, a nikt mnie nie angażuje, to strata leży po stronie widzów, a jeśli nie jestem dobra, słusznie mnie nie angażują. Tak naprawdę chodzi o własny, głęboki rozwój, o to, żeby coś przeżywać, a nie o to, żeby ktoś widział, że przeżywam. To się kłóci z temperamentem aktorów, ale też ja nie do końca jestem aktorką. Rzeczywiście wiele drzwi mam zatrzaśniętych – kilka lat temu podpisałam umowę na film o Marii Skłodowskiej-Curie i nic się nie dzieje. Szkoda mi czasu, który poświęciłam na poznanie tej niesamowitej kobiety, szkoda mi mojej pracy.

GALA: To może trzeba się liczyć z ceną. Krytyczny tekst o Teatrze Telewizji opublikowany w „Gazecie Wyborczej” na pewno nie pomógł w karierze.

JOANNA SZCZEPKOWSKA.: I nie miał pomóc, tylko pokazać, jak jest. Jak było – bo może już nie jest. Nigdy nie waham się przed czymś dlatego, że to może zahamować karierę. Ale też mnie w ogóle o nią nie chodzi. Należę do ludzi, którzy na bezludnej wyspie robiliby to samo co w środku miasta. Może w młodości naczytałam się za dużo poezji romantycznej, może wiąże się z tym moja determinacja i rodzaj odwagi cywilnej. Jak twierdzi mój przyjaciel, mam duszę błędnego rycerza.

GALA: Dlatego woli pani pracować sama?

JOANNA SZCZEPKOWSKA.: Czasem muszę odetchnąć od teatru, zetknąć się z prawdziwym życiem, bo przychodzi czas, kiedy męczy mnie ciągłe tworzenie iluzji. Teatr jest fantastyczny, ale zgodnie z tym, co powiedział Władysław Gomułka, który raz w życiu był w teatrze – „to takie bujdy”. W tym wypadku miał rację. Teraz po raz kolejny w życiu podjęłam próbę powrotu do teatru. Namówiła mnie Agnieszka Glińska, która w Teatrze Dramatycznym reżyseruje niezwykłą sztukę na podstawie scenariusza filmowego Paula Austera „Lulu na moście”. Tam jest coś, co mnie ciągnie i widzę w tym sens. Nie nadaję się na śrubkę w maszynie, której nie rozumiem. Mój własny teatr to książki. Kończę właśnie pisać duży tekst o wielkiej aktorce Irenie Eichlerównie. Ona słuchała tylko siebie, a kiedy zmuszała się do uległości, grała źle. Są aktorzy, którzy dobrze się czują, kiedy reżyser ich prowadzi, i są tacy, którzy poruszają się tylko w swojej poetyce. I ja do nich należę.

GALA: Planuje pani stworzenie teatru, w którym mogłaby pani grać z córkami?

JOANNA SZCZEPKOWSKA.: Nigdy w życiu! Kiedy postanowiłam zostać aktorką, ojciec zapowiedział, żebym nie liczyła na jego pomoc. Do wszystkiego musiałam dochodzić sama. Moje córki mają trudno. Zaczynają od niczego. W życiu mogą na mnie liczyć i wiedzą o tym, ale w sztuce liczy się talent i… A zresztą, przecież one same od tej pomocy uciekają.

GALA: Niedawno odkryła pani u siebie „zespół dekoncentracji” i na swoich stronach internetowych stworzyła klub dla nadwrażliwców. Wrażliwość przeszkadza?

JOANNA SZCZEPKOWSKA.: Tak, jeśli spotyka się z brakiem wrażliwości. Ludzie, z którymi rozmawiam przez swoją internetową pocztę, są potencjalnie twórczy, tylko zablokowani przez coś, co można nazwać wrażliwością. Ich trzeba odkryć, sami sobie nie poradzą. Najtrudniej mają ci wrażliwi, którzy przeszli już pewną granicę wieku. Dawanie im nadziei, zastrzyku optymizmu – to w moich internetowych listach lubię najbardziej. Tyle tylko, że aby odpisywać, muszę wstawać jeszcze wcześniej…

GALA: A co pani im mówi?

 

JOANNA SZCZEPKOWSKA.: Przede wszystkim czytam to, co mi przysyłają. Najczęściej wiersze i jeśli tam jest jakiś błysk, sugeruję, gdzie mogliby starać się o wydanie tego. A jeśli się nie uda, żeby dali sobie spokój z presją sukcesu, pierwszych miejsc, poczuciem anonimowości i pisali dla pisania. Teraz to ogromny problem: tylu ludzi w minutę robi kariery, że ten, którego nie widać, ma wrażenie przegranej. Ludzie włączają telewizor od razu po przyjściu do domu, jakby tam było prawdziwe życie, nie potrafią żyć domem, patrzą na innych, porównują się, zazdroszczą. To choroba naszego czasu. Ale uleczalna czasem jedną, dobrą rozmową.

GALA: Trzeba sobie stworzyć filozofię?

JOANNA SZCZEPKOWSKA.: Mnie się chyba udało. Nie ścigam się. Ani z czasem, ani z ludźmi. W ogóle pracuję wolno. Skończyłam teraz swoją pierwszą powieść, która ukaże się jesienią. Pisałam ją kilka lat. O kobiecie, która nie jest mną, ale tylko pozornie. I o Beatlesach. Powinien to przeczytać Paul McCartney, bo jest tam ważną postacią. Beatlesi byli czymś szczególnym w moim życiu – w dużej mierze składam się z ich piosenek. Jestem długodystansowcem, nie mam żadnej potrzeby fajerwerkowych sukcesów.

GALA: Czego pani teraz szuka?

JOANNA SZCZEPKOWSKA.: Anioła Stróża. Stał za mną przez wiele lat i nagle się zgubił – może pije, może zwariował, nie wiem, ale martwię się o niego, zresztą jeśli on skończył służbę przy mnie, może być jakiś inny. Zawsze szuka się szczęścia i miłości (śmiech). Zawsze. Szukam miejsca, w którym będę mogła spokojnie robić to, co jest moim światem. I ludzi, którzy mi pomogą. Nie muszą być aniołami.

Komentarze

Marcelina Zawadzka

Vero Moda - Sweter

Kup teraz

129.9 zł

Spódnica sp25

Kup teraz

89 zł

Carinii - Szpilki

Kup teraz

179.9 zł

Mango - Płaszcz Manuela

Kup teraz

199.9 zł