Nie będę udawać, że nie było mi przykro, gdy odpadłam z »Tańca z gwiazdami«” – mówi szczerze dzień po swoim ostatnim występie. „Właściwie przeszłam przez »Taniec...«, ciesząc się z każdego odcinka, bo zawsze udawało mi się zakwalifikować do następnego minimalnym procentem przewagi. Więc z jednej strony jestem zadziwiona, że zaszliśmy tak daleko, z drugiej, jeśli mam być zupełnie szczera, w pewnym momencie pojawiła się myśl, że może dojdę do finału. Nie udało się. Trudno. Na pocieszenie pozostała mi świadomość, że odpadłam nie dlatego, że źle tańczyłam, tylko przegrałam na SMS-y z megapopularnością innych uczestników. Najważniejsze, że mogłam wziąć udział w programie. Inaczej nie miałabym okazji poznać siebie w sytuacjach ekstremalnych, kiedy człowiekowi wydaje się, że już na nic nie ma siły, że się poddaje, a jednak potrafi się zmobilizować i walczy dalej” – naprawdę widać, że Tamara potraktowała występ jako ważną lekcję. Gdy przypominam, że Beata Tyszkiewicz na oczach wielu milionów widzów powiedziała do niej: „Wygląda pani jak żywa okładka »Vogue’a«. Jestem przekonana, że gdyby Alfred Hitchcock żył, nie nakręciłby już żadnego filmu bez pani” – lekko się rumieni i przyznaje, że to najsubtelniejszy i najbardziej wyrafinowany komplement, jaki mogła usłyszeć.

Rozmawiamy w niezbyt ciekawym sushi barze na warszawskiej Sadybie. Wybrała go, bo jest blisko od wynajmowanego mieszkania, dyskretnie, anonimowo. W mieszkaniu jej mama, malarka, opiekuje się jej 9-letnim synkiem Krzysiem. Mąż, Bernard Szyc, aktor Teatru Muzycznego w Gdyni, został w Gdańsku. Od jakiegoś czasu rzadko widuje się ich razem. Tamara właściwie nie opuszcza Warszawy. Wolne chwile spędza z synem, lubi malować: „Niestety, ostatni obraz namalowałam rok temu, nie mam czasu. Bazgrzę jedynie na egzemplarzach scenariuszy, jakieś kwiatki, buźki, ludziki. Ale w sklepach trudno mi się oprzeć, gdy widzę papier. Tak samo jest z kupowaniem pasteli na sztuki, bo mają piękny kolor, więc mam ich już cztery pudła. Wtedy czuję się artystką”.

GALA: Myśli pani o sobie jako o niezależnej kobiecie?

TAMARA ARCIUCH: Myślę, że wykonuję swój ukochany zawód i mogę się z niego utrzymać. A to mi daje bardzo cenne poczucie, że jestem samowystarczalna. Nie ma już we mnie męczącego strachu, że za chwilę zabraknie pieniędzy i wydarzy się jakaś katastrofa. Mam większy luz, a jednocześnie coraz mniej złudzeń. Zawsze od czegoś zależymy. Albo od kogoś.

GALA: Czego jeszcze oczekuje pani dla siebie?

TAMARA ARCIUCH: Chciałabym pracować trochę mniej niż teraz. Nie mam już tak łapczywych marzeń zawodowych, bo znam realia i dobrze wiem, dokąd to wszystko pędzi. Gdy byłam młodsza, myślałam: Boże, gdybym mogła zagrać w tym filmie tę rolę, to będzie wielkie łał! Teraz reaguję spokojnie, bo zobaczyłam, co znaczy to „łał”. Masz więcej pieniędzy – to jest OK, jesteś coraz bardziej rozpoznawalna – z tym da się żyć, coraz więcej paparazzich za tobą gania i grzebie w życiu prywatnym – to jest straszne. Od kilku miesięcy jestem bardzo skupiona na sobie. Po latach kontrolowania się pozwoliłam sobie na zdrowy egoizm.

GALA: To przyszło z wiekiem, z sukcesem?

TAMARA ARCIUCH: Samorealizacja dała mi pewność siebie. Wiarę, że sobie poradzę w trudnej sytuacji, że już nie jestem tak uzależniona od przypadków. A z wiekiem pojawiła się wewnętrzna siła, przestałam bać się zmian. Kiedyś każda nowa sytuacja mnie stresowała, bo czaiła się za nią niewiadoma: Co będzie, jak będzie, czy dam sobie radę? Teraz staram się myśleć, że każda zmiana to zmiana na lepsze.

GALA: Co było najtrudniejsze w dorastaniu?

TAMARA ARCIUCH: Pogodzenie się z tym dorastaniem. Połączenie dorosłości z dzieckiem, które w środku siedzi. Kiedy patrzę na nastolatki, czuję, że też jeszcze jestem taką nastolatką, choć długo sama przed sobą nie chciałam się do tego przyznać. Jakiś czas temu szłam ulicą razem z mamą i koleżanką, starszą ode mnie o jakieś 10 lat. W pewnym momencie zobaczyła kogoś znajomego i tak strasznie entuzjastycznie zaczęła okazywać radość: krzyczała, machała rękami, skakała. Powiedziałam do mamy: Poważna baba, a zachowuje się jak nastolatka. Mama popatrzyła na mnie spod okularów: „Myślisz, że w środku człowiek się zmienia? Że ja myślę o sobie jak o starej kobiecie? Nie, kochanie. Nadal myślę o sobie jak o młodej dziewczynie. Owszem, widzę w lustrze, że moje ciało się zmieniło, ale w środku ciągle jestem tą samą dziewczyną, która ma swoje marzenia”.

GALA: Miała pani 18 lat, gdy z dwiema walizkami w ręku zamknęła pani drzwi rodzinnego mieszkania w Skierniewicach. Kto bardziej płakał, pani czy rodzice?

 

TAMARA ARCIUCH: Nikt nie płakał. Rodzice dali mi do zrozumienia, w naturalny sposób, że wiedzą, że muszę ich opuścić. Zawsze szanowali moje poczucie wolności, odrębności, darzyli mnie ogromnym zaufaniem, czasami trochę na wyrost. Pozwalali mi późno wracać do domu, chodzić na imprezy, samej jechać na wakacje... Parę razy ich zawiodłam, ale na szczęście nie w fundamentalnych sprawach. Wiedzieliśmy – i rodzice, i ja – że nie będę mieszkać w Skierniewicach. To było najważniejsze założenie: moje życie musi wyglądać inaczej. Czułam lekkie napięcie, ale miałam wrażenie, że świat czeka na mnie. Więc wzięłam te dwie walizki i po prostu pojechałam pociągiem do Gdańska.

GALA: Potem był Kraków, z powrotem Gdańsk, pomiędzy nimi Wrocław, teraz Warszawa.

TAMARA ARCIUCH: Odkąd zdałam maturę, bez przerwy podróżuję. Kawał życia spędziłam w pociągach i jestem przywiązana do PKP. Powinni mi jakiś stempelek abonamentowy na czole przybić (śmiech). Jest coś pociągającego w takim życiu. Człowiek szybko przyzwyczaja się do takiego trybu i potem, gdy za długo siedzi w jednym miejscu, czegoś mu brakuje, chętnie spakowałby się i gdzieś pojechał. Nadal żyję na walizkach i choć czasami jestem już tym zmęczona, myślę, że chyba potrzebuję jeszcze chwili, żeby gdzieś osiąść na stałe. Ten moment wciąż jest przede mną.

GALA: Często panią pytają, kiedy w końcu przeprowadzi się pani do Warszawy?

TAMARA ARCIUCH: Od kilku miesięcy nie pracuję już w teatrze w Gdańsku. Dyrektor ułatwił mi życie, bo mnie zwolnił. Nie muszę więc gnać z Warszawy z wywieszonym językiem na próby, spektakle i denerwować się, czy zdążę, choć nie ukrywam, że brakuje mi teatru. Staram się żyć chwilą bieżącą, nie frustrować się. Nigdy niczego nie planuję z wyprzedzeniem, nie mam planu awaryjnego. Całe moje życie takie jest, że rzeczy układają się same. Los wpychał mnie w różne sytuacje i w ten sposób trochę decydował za mnie. To nieco wygodnickie, wiem, ale teraz też chyba poczekam, aż coś się wydarzy...

GALA: Przywiązuje się pani do miejsc?

TAMARA ARCIUCH: Tak, ale nie w jakiś dramatyczny sposób. Jestem tam, gdzie muszę być, i staram się w tym miejscu znaleźć pozytywne strony.

GALA: Obudowuje się pani w tych przechodnich mieszkaniach?

TAMARA ARCIUCH: Powiedziałabym raczej, że je oswajam, stwarzam w nich ciepło. Przewożę ważne książki i obrazy mojej mamy, do których jestem przywiązana i chciałabym, żeby zawsze były obok mnie. Ale nie obudowuję się rzeczami, nie gromadzę. Nie lubię w nas tej cechy, że ciągle musimy, ciągle się porównujemy. Mam kolegę, kiedyś często przychodziliśmy do siebie na imprezy. Za każdym razem najpierw pytał: „Co masz nowego? Aha, komórkę. To pokaż. No tak, fajna, ale mam lepszą”. I tak ze wszystkim. Gdy okazywało się, że jednak np. mój aparat cyfrowy był droższy, mina mu rzedła i dwa dni miał zepsuty humor. Ja nie mam takich potrzeb. Poza tym w czasie przeprowadzek nieustannie coś gubię: ubrania, bieliznę, kosmetyki, książki, okulary słoneczne... Staram się pilnować, ale jednak jestem roztargniona.

GALA: Pierwsze ważne mieszkanie?

TAMARA ARCIUCH: W Krakowie, gdy dostałam się do Szkoły Teatralnej. Trudno mi było odnaleźć się w tym mieście, dokuczała mi tęsknota, nie potrafiłam nawiązać kontaktu z ludźmi. Na szczęście okazało się, że razem ze mną dostali się jeszcze kolega i koleżanka ze studium wokalno-aktorskiego w Gdyni, więc zamieszkaliśmy w akademiku razem. To była klasyka: kilkuosobowe pokoje, dla każdego łóżko, krzesło, kawałek stołu i jedna mała szafka. Toalety na korytarzu. Na ścianach wieszałam obrazy mamy, w oknach ustawiałam kwiaty. Komórki nie istniały, gdy dzwonili rodzice, w pokoju buczała erka i leciało się na korytarz. Obiady w barze mlecznym. Kiedy zaczęłam pracować w teatrze, jeszcze na studiach, i miałam kilka dodatkowych złotych, szczytem marzeń było pójść na pizzę z koleżankami.

GALA: Mroczne doświadczenie z podróży?

TAMARA ARCIUCH: Źle znosiłam wyjazdy do Wrocławia, kręciłam tam serial i mieszkałam w hotelu. Dojeżdżałam z Gdyni, trzeba było wstać o czwartej rano i na siedząco jechać 9 godzin. Zostawałam 2–3 dni, potem powrót z przystankiem na Warszawę, gdzie kręciłam drugi serial. To była straszna szarpanina, byłam wykończona. Pamiętam, wlokłam się z dworca prosto do hotelu. Pokoje hotelowe są takie same, zimne, nijakie, pościel pachnie jakimiś detergentami, wszystko jest nie tak. Nie mogłam zasnąć, przewracałam się na boki, powtarzałam sobie, że muszę się wyspać, bo bladym świtem mam zdjęcia, i tak walczyłam ze sobą do rana. Po roku dostałam dzień wolny i po raz pierwszy poszłam zobaczyć miasto. Wrocław mnie zachwycił! Potem wylano mnie z serialu i udręka się skończyła.

GALA: Podoba mi się ten dystans. Mocno stąpa pani po ziemi.

TAMARA ARCIUCH: Zaczęłam pracować w teatrze jeszcze jako studentka. Szybko odkryłam oba oblicza mojego zawodu: to piękne – ze świetnymi rolami, twórczą pracą, misją, owacjami na premierze, i to mroczne – gdzie są plotki, zawiść i wzajemne podgryzanie. Nic praktycznie nie zależy od nas, aktorów. Nie piszemy scenariuszy, nie wybieramy ról, nie obsadzamy się w filmach czy sztukach, nie reżyserujemy. Jak raz zagramy coś dobrze,potem proponują nam jedno i to samo. Oczekuje się od nas, że będziemy sprzedawać prywatność. Jak to zrobisz, jedni na ciebie plują, jak nie zrobisz, inni powiedzą, że się wywyższasz. Zarzuca się nam, że mamy parcie na szkło, na karierę, a często do emigracji do stolicy zmusza nas sytuacja finansowa.

GALA: Pewnie pamięta pani pierwszą pensję w teatrze w Gdańsku.

 

TAMARA ARCIUCH: 490 zł tzw. gołej pensji. Właśnie wtedy urodziłam dziecko i nie mogłam grać spektakli. Za każde przedstawienie, po podwyżkach, dostawało się 200 zł, minus podatek oczywiście, i to była bardzo wypasiona stawka. Na miesiąc grało się około 10 przedstawień, taka była norma, 15 to było święto. Było ciężko, ale miałam wtedy 24 lata i nie bałam się. Była bieda, trudno. W domu nie było bogato, były okresy lepsze, gorsze, nigdy nam się nie przelewało. Mieliśmy wszystko, co trzeba, ale mama zawsze powtarzała, że trzeba oszczędzać i uważać na pieniądze, czego ja niestety nie potrafię, chociaż pamiętam, co znaczy mało zarabiać.

GALA: Jest pani znana, a przy tym niezależna finansowo, dużo pani gra. Czuje pani satysfakcję?

TAMARA ARCIUCH: Gdy mam czarne myśli, coś mi się nie podoba i zaczynam narzekać, patrzę na dziewczyny, które siedzą po 10 godzin na poczcie albo w kasie w supermarkecie – przy całym dla nich szacunku – wiem, że miałam szczęście,że mi się udało. Moje życie jest fajne.