GALA: Naprawdę to dopiero dziesięć lat? Zdawało mi się, że dłużej.

TERESA ROSATI: Mam podobne odczucia. Może dlatego, że moja fascynacja tkaninami, projektowaniem trwa niemal od dzieciństwa? Rodzice, lekarze stomatolodzy w Lublinie, marzyli, bym przejęła po nich schedę. Ale z moją nadwrażliwością na widok krwi było to niemożliwe. Na szczęście młodszy brat zajął się gabinetem, a ja wybrałam handel zagraniczny na warszawskim SGPiS-ie – był to wówczas wydział oznaczający kontakt ze światem.

GALA: Trafny wybór pod każdym względem. Wzorowa studentka tam właśnie poznała przyszłego męża, obiekt pożądania całego rocznika, ukończyła elitarne studia. Szło jak po maśle.

TERESA ROSATI: Tak mogłoby się wydawać. Właśnie odbywałam staż asystencki w katedrze prawa międzynarodowego, gdy władze uczelni dowiedziały się o mojej bliskiej rodzinie za granicą. Od mojego profesora i promotora usłyszałam, że zatrudnia osobę niepewną politycznie, a następnie: „Pani Tereso, musimy się pożegnać”. Wyrzucono mnie z uczelni z dnia na dzień, z godziny na godzinę. Był początek lat 70. Miałam męża, małego Marcinka i nigdzie nie mogłam znaleźć pracy. Koledzy pracowali w atrakcyjnych miejscach, centralach handlu zagranicznego, ministerstwach. Byłam rozgoryczona, bo kształcisz się, zdajesz bardzo trudne egzaminy, cały twój rocznik rozjeżdża się po świecie, a ty masz same przeszkody, zwłaszcza w zdobyciu paszportu.

GALA: Na szczęście to wszystko stare dzieje, a pani z powodzeniem zajęła się elegancką modą koktajlową. Dlaczego wybrała pani akurat ten dział projektowania mody?

TERESA ROSATI: Zauważyłam lukę rynkową. Jako żona dyplomaty sama przekonałam się, do jakich rozmiarów może urosnąć problem ubioru. Miesiąc po objęciu przez mojego męża stanowiska ministra spraw zagranicznych, miała przyjechać do Polski królowa Elżbieta II. Wtedy zgłosiłam się do jednego z polskich domów mody, prosząc o pomoc w doborze kreacji. To, co mi zaproponowano, było sprzeczne nie tylko z wymogami protokołu, ale też z dobrym stylem i elegancją. Sama zrobiłam więc projekty, zdobyłam tkaninę. Według mojego pomysłu uszyto m.in. płaszcz na powitanie królowej na dziedzińcu Pałacu Prezydenckiego. Bardzo ważnym elementem strojów jest dla mnie kapelusz. Wybrałam wówczas nakrycie głowy typu kanotier (słomkowy kapelusz wioślarski, z niską i płaską główką, ozdobiony wstążką – przyp. red.), do tego rękawiczki i torebkę z krokodylej czarnej skóry – zdobycz z genewskiego butiku vintage. Zdałam sobie sprawę, że z moją pasją do tkanin i mody, doświadczeniem i wiedzą o protokole dyplomatycznym lepiej na tym wyjdę, jak kwestie ubioru i stylizacji wezmę we własne ręce. Miałam wiele okazji do obserwacji życia towarzyskiego, mniej i bardziej oficjalnego. Widziałam, że wiele młodych kobiet, żon i partnerek nie radziło sobie z właściwym wyborem: czarna cekinowa suknia z dekoltem w porze lunchu to zgroza, tak jak strój pasujący do ogródków działkowych – na oficjalne okazje.

GALA: Nie uwierzy pani, ale niedawno w Teatrze Wielkim widziałam wysokiego rangą dostojnika państwowego z partnerką w czarnej, długiej sukni z rozcięciem niemal do pachwiny.

TERESA ROSATI: Na pewne upodobania nie ma sposobu, ale kobietom, które chcą być stosownie ubrane, jestem w stanie pomóc. Dziś moimi klientkami są kobiety ze świata nauki i biznesu, prawniczki i lekarki, osoby publiczne i celebryci. Projektując dla nich, mam na uwadze przede wszystkim ich osobowość, upodobania, środowisko, stanowisko oraz okoliczności, w jakich się pojawią w danym ubiorze. Nie wspominając o figurze i – jednak – wieku. Nigdy nie przebieram nikogo na siłę w najnowszy hit mody. Moje projekty są inspirowane klasyczną elegancją, bo strój powinien podkreślić osobowość kobiety, a nie przesłaniać ją. Ważne jest również, aby projekt uwydatniał walory, tuszował drobne mankamenty, dawał poczucie atrakcyjnego wyglądu.

GALA: Pani maksyma w kwestii ubioru to: „Stosownie do okoliczności”...

TERESA ROSATI: Bo okoliczności są arcyważne. Fantazja jest pożądana, jak to rozcięcie, o którym pani mówiła, ale nie wszędzie można sobie na nią pozwolić, łatwo się ośmieszyć. I strój nie może odwracać uwagi od osoby, której się towarzyszy.

GALA: Po tych słowach poznać żonę dyplomaty. Tak była pani postrzegana 10 lat temu, gdy otwierała pani firmę.

TERESA ROSATI: Byłam przede wszystkim sobą: Teresą Rosati, pasjonatką mody, którą mąż namówił do profesjonalnego zajęcia się projektowaniem. Gdyby nie on, dawno bym się poddała. Jest moim najwierniejszym fanem, a przed pokazem – pierwszym recenzentem kolekcji. Bardzo się liczę z jego zdaniem.

GALA: Które chwile tej dekady wspomina pani najmilej?

TERESA ROSATI: Największym przeżyciem był pokaz w Mediolanie z okazji wejścia Polski do Unii Europejskiej, gdzie jako gość specjalny pokazu włoskich domów mody pokazałam kolekcję All Colors of Europe. Sam pokaz odbył się w pałacu z czasów Napoleona – Bracco Palazzo Serbelloni – tak pięknym, że dech zapierało w piersiach. Panowie w smokingach, panie w wytwornych kreacjach. Wśród wielkich marmurowych kolumn, tafli lustrzanych i fresków włoskie modelki prezentowały moje wieczorowe kreacje, bo tylko stroje i milanowskie jedwabie były polskie – choreograf, modelki, styliści byli Włochami. Był dyplom, podziękowania i ogromny bukiet biało-czerwonych róż, a po pokazie odwiedził mnie na zapleczu niezwykle ceniony i szanowany przez Włochów Lorenzo Riva, nestor włoskich projektantów, z gratulacjami.

GALA: Bywa pani na pokazach innych projektantów?

 

TERESA ROSATI: W soboty i niedziele rzadko, bo to dni tylko dla rodziny. Ale widziałam bardzo ciekawe projekty duetu Paprocki & Brzozowski, Tomka Ossolińskiego, Agnieszki Maciejak i debiutującej Ewy Szabatin. Z przyjemnością oglądam kolekcje Vivien Westwood w Mediolanie, Los Angeles, Paryżu.

GALA: Pani mąż wyznał mi kiedyś, że „córka chyba weszła żonie na głowę”.

TERESA ROSATI: Bo mojej córce bardzo trudno się oprzeć, ma niesamowity dar czarującego przekonywania. Ani się człowiek spostrzeże, a robi dokładnie to, czego sobie zażyczy. Ale myślę, że i mąż też ma ogromną słabość do córki, oboje bardzo lubimy przebywać z nią. W ogóle staramy się całą rodziną spędzać jak najwięcej czasu razem. Jesteśmy w rozjazdach, a wspólne chwile w domu łapiemy, bo są rzadkie, a więc cenne. I fantastycznie czujemy się w swoim towarzystwie. Uwielbiamy siedzieć wieczorami w kuchni i gadać, robiąc kolację. W soboty i niedziele zawsze tradycyjna polska kuchnia, ukochane rosoły mojego męża.

GALA: Skąd biorą się tak oryginalne pomysły jak pamiętna suknia spirala, którą rozsławiła Jolanta Kwaśniewska, wkładając ją na rozdanie Wiktorów?

TERESA ROSATI: Kiedyś ambasador Słowacji w Polsce, Magda Vášáryová – słynna aktorka z filmu „Pociągi pod specjalnym nadzorem” – zaprosiła mnie do udziału w pokazie kolekcji uszytej z papieru. Kupiłam stosy karbowanej bibułki, którą w wiejskich chatach owija się doniczki z fiołkami alpejskimi. Wymyśliłam suknię z falban jak dla hiszpańskiej Carmen. Wyszła interesująco, więc zrobiłam drugą – już z jedwabnej tkaniny. Najpierw tę suknię pokazała Ilona Felicjańska, ale głośno się zrobiło dopiero, gdy na Wiktory włożyła ją prezydentowa Kwaśniewska. Projekty żyją własnym życiem, niezależnym od projektanta.

GALA: Każdy projektant marzy o znakomitych klientkach. Pani projekty chwalą Jolanta Fajkowska, Ewa Wiśniewska, które mówią, że są „ponadczasowe, klasycznie eleganckie”. Bożena Walter mówi, że pani suknie „są proste, bezpretensjonalne, ze znakomitych materiałów”. Entuzjastką pani projektów jest też śliczna modelka Kasia Sowińska.

TERESA ROSATI: Niezwykle cenię sobie pochlebne i miłe opinie wiernych klientek. Przykład: co roku od października odwiedzają mój salon przyszłe maturzystki, przeważnie z rodzicami. Dla dziewcząt przygotowuję specjalną kolekcję na studniówki. Z myślą o rówieśnikach mojej córki, którzy nie są zanadto przywiązani do detalu, stworzyłam w 2006 roku linię For Weronika. Projekty powstają w mojej głowie prawie każdego dnia. Mam wielką satysfakcję, robiąc coś na indywidualne zamówienie – ślub, odbiór prestiżowej nagrody, rocznicę, odnowienie ślubów lub ważną uroczystość rodzinną. A jeszcze większą, gdy po wydarzeniu – oprócz honorarium – dostaję miły list, telefon czy bukiet kwiatów.