Piąty rząd w teatrze Geralda Schoenfelda na nowojorskim Broadwayu to ulubione miejsce VIP-ów. Świetnie widać scenę, a jednocześnie można się ukryć przed spojrzeniami wścibskich. Właśnie stąd przedstawienie „All My Sons”, w którym jedną z głównych ról gra Katie Holmes, oglądali – jej mąż Tom Cruise i najbliżsi przyjaciele Victoria i David Beckhamowie. „Nawet nie wiedziałem, że to oni siedzieli tuż obok mnie” – opowiadał jeden z widzów. „Zaraz po owacji na stojąco zniknęli za kulisami. Nawet nie zdążyliśmy się im przyjrzeć”.

To był kolejny spektakl Katie przy pełnej publiczności. Jak zauważyli krytycy z pism teatralnych, prawie wszystkie zakończyły się długimi brawami i kilkukrotnym wywoływaniem aktorów na scenę. „Katie udowodniła, że naprawdę ma talent. Wymarzyła sobie Broadway i konsekwentnie dążyła do celu” – chwalił ją dziennikarz magazynu „People”. Jej mężowi poświęcił w tekście tylko jedno zdanie. Czy to oznacza, że nadszedł koniec gwiazdora? Najnowszy film Toma, „Walkiria”, pojawi się w kinach w USA 25 grudnia. Jednak już teraz wiadomo, że to dla Toma być albo nie być w show-biznesie. „Jeżeli ten projekt nie wypali, będzie oznaczać koniec kariery aktora. Łagodnie mówiąc, ostatnie dwa lata to już równia pochyła” – komentował na swoim blogu Perez Hilton.

Bardziej opiniotwórcze media piszą w podobnym tonie. „Kiedy Tom obejmował stery United Artists razem z wieloletnią wspólniczką i przyjaciółką Paulą Wagner, obiecali wytwórni MGM, mającej większościowy pakiet, kilka filmów rocznie. I zyski na poziomie kilkuset milionów. Do tej pory wyprodukowali dwa obrazy – »Ukrytą strategię« i »Walkirię«. To niewiele jak na szumne zapowiedzi” – podał „Los Angeles Times”. Niedawno z UA wycofała się Paula Wagner. Wtedy zawrzało. „Opuszcza tonący okręt” – szeptano w środowisku. A Tom, pytany o przyszłość, tylko się uśmiechał. Przestało mu być do śmiechu, kiedy szefowie MGM zdecydowali o przesunięciu premiery „Walkirii”. Planowana pierwotnie na 4 lipca zaczęła krążyć po kalendarzu. Najpierw przełożono ją na 8 sierpnia, potem na 3 października, a nawet na luty 2009 roku. W końcu ustalono, że film wejdzie na ekrany 25 grudnia.

Oficjalnie przesuwanie terminu tłumaczono konfliktami z innymi ważnymi premierami. Jednak prawdziwym powodem takiej żonglerki było złe przyjęcie pierwszej wersji przez widzów. Pokazy testowe kończyły się gwizdami, a kiedy na ekranie pojawiał się Tom, widownia aż zanosiła się śmiechem. „Emocje na poziomie dwuletniej Suri. Albo hollywoodzki uśmiech, albo minka rozkapryszonej dziewczynki. Dramat” – pisali internauci. „Do tego jeszcze ten amerykański akcent, który w filmie o nazistach brzmiał absurdalnie”. Film powtórnie trafił do montażu. Dokręcono też kilka ujęć. Wciąż jednak nie wiadomo, jak zareagują na niego widzowie. A aktor wie, jak wiele od tego zależy. Czyżby to były ostatnie chwile uśmiechniętego Toma?