Budzi sympatię. Kiedy się uśmiecha, eksponując potężną szczerbę pomiędzy górnymi jedynkami – rozbraja. Ludzie momentalnie uśmiechają się na jego widok, wzbudza dobre emocje. I wzrusza. Może dlatego, że taki „swojski”, taki „chłopak z sąsiedztwa”. Duży, misiowaty... Ale uwaga! To tylko pozory, od lat podnosi ciężary i trenuje boks w wadze ciężkiej.

Popularność zdobył grubo po trzydziestce. Ale wciąż jest w nim coś z 13-latka, który wie, że zaraz wywinie jakiegoś figla i że ujdzie mu to płazem. We wszystkich swoich rolach pokazuje trochę tego urwisa. Zresztą, jak sam mówi: „cała sztuka z graniem polega na tym, by przepuścić przez siebie każdą historię”.

GALA: Darek, którego grasz w serialu „39 i pół”, to sfrustrowany muzyk, który nie zrobił kariery i porzucił rodzinę. Jego przeciwieństwem jest Paweł, zadowolony z siebie yuppie, któremu udało się odnieść sukces finansowy, ma szczęśliwą rodzinę. Którego lubisz bardziej?

TOMASZ KAROLAK: Obu. Darek wierzy w ideały, ale jest też trochę egoistą. Po siedmiu latach postanawia wrócić do żony i syna, których kiedyś zostawił, bo chciał poszaleć, a rodzina na karku mu w tym przeszkadzała. Paweł ma świetną sytuację, kasę i dom z żoną i dwójką dzieci, o których dba. Jest sytym, spełnionym facetem. Wiecznie doradza swojemu przyjacielowi, co miewa różne konsekwencje. Też zawsze miałem w życiu przyjaciół, którym doradzałem i którzy doradzali mnie. Dziwaczne rzeczy czasem z tego wychodziły, ale muszę przyznać, że generalnie kumple nie doradzali mi źle. W obu tych życiorysach jest wiele rzeczy, które są mi bliskie osobiście, od dylematów miłosnych zaczynając, na niespełnieniu artystycznym kończąc. Lubię, jak bohaterowie, których gram, mają jakiś problem, jakąś radość, coś, co przeżyłem również ja. Wtedy wiem, że jest w nich miejsce dla mnie, Karolaka. Że mogę mówić od siebie.

GALA: To chętnie posłucham o tym artystycznym niespełnieniu.

TOMASZ KAROLAK: (śmiech) Przez wiele lat ludzie mnie pytali: „kim pan jest?”, a kiedy odpowiadałem: „aktorem”, mina im rzedła. „Taaaak, naprawdę?! To dlaczego ja pana nie znam?!”, mówili ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy. Nie chciało mi się im tłumaczyć, że jestem aktorem teatralnym, bo głównie interesował mnie teatr. Pięć lat temu w ogóle nie marzyłem, że będę grał w telewizji czy w filmach, nie dlatego, że pogardzałem tymi mediami, ale zwyczajnie nie były w kręgu moich zainteresowań, a poza tym one nie interesowały się mną.

GALA: Nikt jeszcze w tej branży nie wiedział, że istnieje aktor Karolak. Bolało?

TOMASZ KAROLAK: Nie, ale przez ten cały czas, przez różne głupie i niewybredne komentarze, czułem jakieś zawodowe niespełnienie. To jest też cecha Darka, który chce być muzykiem rockowym, chce być gwiazdą, ale mu się nie udaje. Pracuje w zawodzie, coś tam gra, ale musi dorabiać eventami: prowadzi – świetnie zresztą – różne imprezy. Pogrywa w knajpach na gitarze, wszystko po to, żeby przeżyć. Ja też prowadziłem różnego rodzaju imprezy, raz lepsze, raz gówniane, zdarzało mi się w Géancie stać na scenie i zabawiać klienta. I bardzo proszę, żeby to wydrukować. Kiedy widzę moich nieznanych kolegów aktorów, którzy w ten sposób próbują jakoś przetrwać, mam dla nich szacunek. Dlatego też, jak dziś oglądam siebie na billboardach, nie za bardzo mnie to rusza.

GALA: Przyznasz jednak, że styl życia Pawła – dobry samochód, drogie ciuchy, karnet do klubu sportowego za 3,5 tys. na miesiąc! – wabi i uwodzi.

TOMASZ KAROLAK: Też płacę, żeby ćwiczyć w takim studio (śmiech). Nie dlatego, że to luksusowe miejsce i muszę tam bywać, ale jest w centrum miasta, mogę szybko dojechać, jest wszystko od basenu po siłownię i nie ma zbyt wielu osób naraz. Pracuję 12 godzin na dobę, czas cholernie mi się skurczył, musiałem postawić na wygodę. Oczywiście przychodzi tam też kupa snobów, nie żeby potrenować, tylko „prężyć firany”, czyli pokazać innym swoje nowe adidaski albo dresik. W „Nie kłam, kochanie” obaj z Piotrkiem (Adamczykiem – przyp. red.) takie typy gramy, śmiejąc się z nich jednocześnie. Myślę, że w życiu najważniejszy jest dystans. Do siebie samego, do tego, co się robi, a nawet do tego, co się kocha.

GALA: Kiedyś jeździłeś do Tyńca, żeby trochę się wyciszyć, pozbierać myśli, poukładać. Nadal masz taką potrzebę?

TOMASZ KAROLAK: Już tam nie jeżdżę, bo klasztor w Tyńcu całkiem się skomercjalizował. Kiedy tam bywałem, było błoto, pustka, zwierzaki w zagrodzie, którymi trzeba się opiekować i je karmić. W piwnicy, gdzie można było zaparzyć sobie herbatę i ukroić kromkę chleba z pysznym smalcem, jest droga restauracja. Obok butik z benedyktyńskimi dżemami i miodami po absurdalnych cenach. Nie podoba mi się to. Jeśli mogę, jadę na tydzień, dwa do Jerozolimy, na Bliski Wschód, ogólnie do Arabów, gdzie jeszcze istnieją takie miejsca, w których czas się zatrzymał. Ale w lipcu znikam na półtora miesiąca. Kupiłem bilet lotniczy i lecę do Indii i Królestwa Butanu. Trochę się poszwendam. Pooglądam ślady prastarej cywilizacji, ale będę też gościł w klasztorach. Czas porozmyślać o sobie, o tym wszystkim, co mi się w życiu przytrafiło. Dojrzewałem do tej wyprawy parę lat. Jestem gotowy.

 

GALA: Dużo pracujesz, dobrze zarabiasz. Wszystko wydajesz czy udaje ci się coś oszczędzić?

TOMASZ KAROLAK: Przez wiele lat pracowałem tylko w teatrze, dla idei, i wiodłem żywot na kredyt. Do niedawna spłacałem długi z poprzedniego biednego życia i właściwie wciąż jeszcze wychodzę na prostą. Jasne, że teraz czasami sprawiam sobie jakieś przyjemności, mam trzy albo cztery samochody... nie pamiętam (śmiech). Ale moje pieniądze to nie są bajeczne sumy w porównaniu z tym, co na przykład zarabiają moi rówieśnicy w Niemczech, Anglii czy we Francji. Mamy po 35 lat, ale oni są już ustawieni na całe życie, a ja wciąż jestem na dorobku! Nawet nie mam własnego domu. Za przyzwoite mieszkanie w Warszawie trzeba zapłacić milion złotych, przecież to horror! Dlatego naprawdę lubię ten serial („39 i pół”), bo tam mogę mówić o takich problemach.

GALA: Czyli...?

TOMASZ KAROLAK: Że niby w Polsce diametralnie wszystko się zmieniło. Mamy demokrację, prywatyzację, w sklepach pełno, jest fajnie, ale nie jesteśmy wolni. Nie możesz swoją ciężką pracą zarobić na mieszkanie, chyba że jesteś biznesmenem, ryzykujesz albo kradniesz. Normalny człowiek musi się wpakować w 40-letni kredyt, no, może 35-letni, brzmi lepiej, choć niewiele to zmienia. I jak go spłaci, będzie starcem, o ile w ogóle tej chwili dożyje. Uważam, że to nienormalne. A przede wszystkim trzeba najpierw ten kredyt dostać! Jest w serialu taka scena, kiedy idę do banku po kredyt właśnie. Mam papiery, wyciągi o zarobkach, ale na sobie skórę, pod nią bluzę i wytarte spodnie, więc kredytu nie dostaję. Zjawiam się kilka dni później, z tymi samymi papierami, z tymi samymi gwarancjami, ale w garniturze. Kredyt dostaję. Ale żeby było jasne, osobiście nie mam napinki na posiadanie, na zarabianie. Nigdy nie kupiłbym mieszkania na inwestycję, jak niektórzy moi koledzy aktorzy, bo nie mam do tego głowy. Chcę być aktorem, a nie inwestorem.

GALA: Emeryturę da ci państwo

TOMASZ KAROLAK: Podpuszczasz mnie! Dobrze wiesz, że nasze państwo da mi na koniec 1200 złotych, jak jałmużnę, upadlając mnie w ten sposób po 40 latach pracy.

GALA: Twoi rodzice doświadczają już wątpliwych uroków emerytury?

TOMASZ KAROLAK: Jeszcze nie, ale niedługo nadejdzie ten czas. Mam nadzieję, że będzie mi nadal dobrze szło i będę mógł im pomagać, żeby zbyt boleśnie nie odczuli bryndzy ubezpieczeń społecznych. Trzeba będzie odwdzięczyć się za całe to wychowanie i ja się do tego poczuwam. Chciałbym zapewnić im godną starość. Mam zresztą nadzieję, że nie będą tego stanu jakoś mocno przeżywać, bo mają bardzo dobre usposobienie, takie radosne. I tak już jest fajnie, bo dzięki telewizji stałem się popularny w całym kraju, a rodzicom nigdy do głowy nie przyszło, że to nastąpi.

GALA: Dumni z syna?

TOMASZ KAROLAK: Pewnie tak. Na szczęście, jak mnie widzą na ekranie, nie mają uwag artystycznych. Za to mama się śmieje, żebym np. nie garbił się albo mocniej pudrował nos, bo świeci się do kamery. Rodzice nigdy za bardzo się nie przejmowali troskami życiowymi, mieli luz, bo mieli siebie i zawsze się wspierali. Ja też mam luz. Po co się napinać, co ma być, to będzie. Myślę, że jest jakiś porządek boski, nie ma przypadków.

GALA: Z wiekiem mężczyzna robi się coraz bardziej odpowiedzialny?

TOMASZ KAROLAK: Nie mam pojęcia, myślę, że to zależy od człowieka. A w ogóle co to znaczy „być odpowiedzialnym”? Nie spóźniać się na spotkania, jak coś obiecasz, to dotrzymać słowa? Myślę, że odpowiedzialności nie da się wymierzyć, tylko konkretne czyny o niej świadczą. Ja się spóźniam, zapominam o rzeczach, o sprawach, ale czuję się odpowiedzialny za ludzi, którzy są dookoła, z którymi jestem związany. To ważne, by w pewnym momencie skupienie na samym sobie zamienić na troskę o innych.

GALA: Zaimponowałeś mi.

TOMASZ KAROLAK: Zależy mi, aby tworzyć poczucie bezpieczeństwa i obdarzać nim innych. Dopiero wówczas można doświadczyć prawdziwej wolności i niezależności. Można marzyć, tworzyć i realizować nowe wyzwania. Czując się bezpiecznie, nie zapominam jednak o zaufaniu, a raczej ufności. Ale to już inny wymiar.

GALA: Pracujesz po 12 godzin dziennie, na co zostaje ci czas?

TOMASZ KAROLAK: Na sen, treningi i spotkania z bliskimi. Często w biegu, ale staram się być tam, gdzie powinienem, i nie są to bankiety. Jak skończę serial, będę miał więcej czasu dla bliskich, pójdziemy na spacer. Po prostu będziemy razem. To najważniejsze jest przede mną. Kiedy patrzę w niebo, wiem, że będzie dobrze.