Opowiada , komu zawdzięcza zwycięstwo i dlaczego tak wiele to dla niej znaczy . "Oto, co znaczą geny”, pomyślała Helena Guzik, gdy jej córka odbierała Kryształową Kulę dla zwycięzcy show „Taniec z gwiazdami”. Miała łzy w oczach, kiedy Ania wsiadała do czerwonego porsche – głównej nagrody w konkursie. Do końca była pewna, że córka wygra. Wygrała, bo – jak napisał jeden z internautów – „daje się lubić i ma w sobie ogromny ładunek optymizmu”. Ania to dziewczyna z charakterem. Chciała zostać policjantką, teraz „ćwiczy” na scenie reżyserów. „To nie jest żadna aktorska cielęcina – mówi o niej reżyser Grzegorz Chrapkiewicz, który właśnie przygotowuje z Anną premierę »Piaskownicy« w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej. I tłumaczy: – Budując rolę, nieustannie zadaje pytania, każąc reżyserowi zastanawiać się nad sensem tego, co robi”. Wiele wymaga od innych, ale i od siebie. W pracy perfekcjonistka, w życiu prywatnym wciąż samotna. Przyjaciele życzą Ani, by wreszcie znalazła miłość. Bo czy można żyć tylko pracą?

GALA: Jeździłaś już swoim czerwonym porsche? Zatrzymasz je czy sprzedasz?

ANNA GUZIK: Jeszcze nim nie jeździłam. Trzeba załatwić formalności, odprowadzić podatek od nagrody. Każdy, kto mi gratuluje, zamawia sobie przejażdżkę, więc chyba poprowadzę kajecik z zapisami. Moja cytryna (Ania ma niebieskiego Citroena C3 – dop. A.S.) jest trochę zazdrosna. To samochód, który uczył mnie jeździć po Warszawie. Zaliczył niejeden krawężnik. Na razie jako właścicielka porsche jestem w szoku i nie podjęłam żadnej decyzji co do jego przyszłości. Chciałabym się nim nacieszyć!

GALA: Co czułaś, gdy ogłoszono, że wygrałaś „Taniec z gwiazdami”?

ANNA GUZIK: Dziką radość. Przewaga głosów jurorów była po stronie Justyny. Miałyśmy wyrównane szanse: 50 na 50. Kiedy usłyszałam werdykt, wszystko we mnie wybuchło: radość, szczęście, szaleństwo.

GALA: Nie wierzyłaś, że możesz wygrać?

ANNA GUZIK: Znaki na niebie i ziemi mówiły, że będzie dobrze. Dzień wcześniej spotkałam dwóch kominiarzy, potem miałam dobry sen – śniły mi się piękne, gęste, zdrowe włosy. Łukasz znalazł agrafkę na sali treningowej, na co Colin James, choreograf „Tańca z gwiazdami”, powiedział, że to oznacza szczęście. Więc podczas ogłaszania wyników Łukasz trzymał tę agrafkę, a ja spinkę do włosów, którą znalazłam na parkiecie, co w przesądzie teatralnym również jest szczęśliwym znakiem. Gdy odbierałam Kryształową Kulę, musiałam ją dyskretnie upuścić…

GALA: Kiedyś marzyłaś o tym, by być pilotem, lekarką, piosenkarką, a nawet żołnierzem. Przymierzałaś się do szkoły oficerskiej w Szczytnie... A tancerką być nie chciałaś?

ANNA GUZIK: Bardzo lubię tańczyć, ale traktowałam taniec jako przyjemność i sposób na odstresowanie. Taniec zawodowy to wyższa szkoła jazdy. Liczy się nie tylko talent i umiejętności, ale także warunki fizyczne. Tancerki zazwyczaj są niewysokie i drobne. Łukasz mi powiedział, że gdybym była mniejsza, to mógłby mnie dźwigać, ale ponieważ jestem duża, muszę tańczyć sama i stać na własnych nogach. Nie miałam taryfy ulgowej.

GALA: Jak odreagowywałaś krytykę jurorów?

ANNA GUZIK: Mamy z Łukaszem podobne poczucie humoru. Często wyobrażaliśmy sobie, co zrobimy, gdybyśmy mieli odpaść. Na przykład: że nie damy się ściągnąć z parkietu. Albo że zacznę płakać. Inna wersja: rzucamy się na jury. Lub: Łukasz się rzuca, a ja go odciągam i uspokajam. Rozbawiały nas te historyjki, tak że kiedy stawaliśmy przed jurorami, powstrzymywałam się, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Ważne było, żeby wyjść z konkursu z twarzą. A najsroższym jurorem był Łukasz.

GALA: Obawiał się, że możesz go nie lubić, bo bywał wobec ciebie okrutny. Na czym polegało to okrucieństwo?

ANNA GUZIK: On tańczy od dziecka i nie rozumie, że ktoś, kto zaczął się uczyć trzy tygodnie temu, pewnych rzeczy nie jest w stanie wykonać. Spróbuj jednocześnie tańczyć, ściągając barki i chowając żebra. Oboje nie mamy łatwych charakterów, więc czasami kłóciliśmy się. Najśmieszniej było na próbach, bo zachowywaliśmy się jak stare małżeństwo. Wszyscy byli wobec siebie mili, a my na siebie warczeliśmy. Ale żadne z nas się nie obrażało. Bo liczył się cel.

GALA: Miałaś momenty załamania?

ANNA GUZIK: Kilka. To była ciężka praca przez prawie cztery miesiące. A do tego dochodziły zajęcia zawodowe – spektakle wyjazdowe mojego teatru, serial „Na Wspólnej”, sesje zdjęciowe, przymiarki kostiumów pochłaniające sporo czasu itd. Kryzysy zdarzały się co trzy, cztery tygodnie. To był gwałtowny spadek formy psychicznej i fizycznej. Wstawałam z łóżka i wydawało mi się, że nie będę w stanie podnieść nogi, skoncentrować się. Ale mówiłam sobie: „Spokojnie, to tylko niż. Trzeba to przetrzymać”. I odpuszczało.

GALA: Wszyscy cię chwalą. Jak ty to robisz?

ANNA GUZIK: Przyjaciele wiedzą, że mam swoje za uszami. Ale ludzi nie kocha się za to, że nie stwarzają problemów, ale za to, że chociaż je stwarzają, dają dużo z siebie innym. Nie znoszę letnich związków. Jeśli kogoś lubię, oddaję mu całe serce. Wszystko dla niego zrobię.

GALA: Na przykład oddasz swoje duże, służbowe mieszkanie w zamian za mniejsze. Tak jak to zrobiłaś w Bielsku-Białej, gdzie pracujesz w Teatrze Polskim. Marta, koleżanka z tego teatru, jest ci za to wdzięczna.

 

ANNA GUZIK: Nie potrzebuję dużego mieszkania. Poza tym to Marty i Rafała jest bliżej teatru, więc tylko skorzystałam na zamianie. Mam teraz parę minut do pracy, a oni muszą chodzić pod górkę (śmiech). Na moich oczach się poznawali, zakochiwali w sobie, brali ślub, znam ich rodziny, kocham ich dzieci, spędzamy co roku razem wakacje. Obie strony skorzystały na wymianie. Ich syn Antoś od razu zaczął biegać, a ja łatwiej ogarniam przestrzeń mniejszego mieszkania.

GALA: Marcie utkwił w pamięci wasz wyjazd na wakacje w 2001 roku. Pojechaliście w czwórkę, z Tomkiem, kolegą z teatru, a ty zrobiłaś sobie pod namiot tipsy. Zabrałaś też dwa kostiumy kąpielowe: dzienny i wieczorowy, i…

ANNA GUZIK: …wypakowaną po brzegi kosmetyczkę. Oni są skautami, a ja przywykłam do wyjazdów, podczas których leżysz sobie przez dwa tygodnie pod parasolem na plaży. A tu trzeba było się ciągle pakować, wsiadać do samochodu, chodzić w tych samych rozklapanych sandałach. Tipsy miały być środkiem zaradczym na obgryzanie paznokci. Pomogło.

GALA: W Bielsku-Białej zaczynasz właśnie próby do „Piaskownicy”. Reżyseruje Grzegorz Chrapkiewicz, który z premierą czekał specjalnie na ciebie. Żartuje, że trochę się boi pracy z tobą, bo nie dosyć, że nieustannie zadajesz pytania, to jeszcze ciągle się sprzeczasz!

ANNA GUZIK: On też nie jest najłatwiejszy, ale bardzo się lubimy. Cenię go jako reżysera. Czasami „rzucamy słuchawkami”, czyli rozłączamy się w trakcie rozmowy. Ale po godzinie żadne z nas już tego nie pamięta. Od naszego pierwszego zawodowego spotkania czułam jego akceptację. To pomaga w pracy. A zadaję mnóstwo pytań, gdyż podczas prób buduję postać i chcę o niej wiedzieć jak najwięcej.

GALA: Nie chciałabyś wypłynąć na szersze wody? Bo jeśli ktoś nie odbiera TVN i nie mieszka w Bielsku-Białej, nie ma szans cię zobaczyć!

ANNA GUZIK: Wszystko, co mi się przytrafiało do tej pory, było konsekwencją wcześniejszych działań. Jakiś reżyser zobaczył mnie w spektaklu i zapraszał na zdjęcia próbne albo do następnego przedstawienia. Zagrałam w jednym serialu, potem przyszły kolejne. A głową muru się nie przebije! Jeżeli ktoś nie chce z tobą współpracować, nie ma sensu się pchać.

GALA: Koszmar aktorów to milczący telefon. Doświadczyłaś tego?

ANNA GUZIK: Nigdy nie czekałam, aż ktoś do mnie zadzwoni. Gdy miałam mniej spektakli albo nie było prób, sama coś wymyślałam. Szłam na basen, uczyłam się angielskiego lub – z nie najlepszym skutkiem – jeździłam na nartach, odwiedzałam znajomych, oglądałam dobre spektakle. A po takim okresie zazwyczaj następował inny – intensywnej pracy w teatrze. Odmawiałam wtedy udziału w serialach, zdjęciach próbnych.

GALA: A jednak zamiast zagrać w spektaklu, o którym marzą wszystkie młode aktorki, czyli w „Trzech siostrach” Czechowa, pojechałaś grać w serialu „Bao-Bab, czyli zielono mi”…

ANNA GUZIK: I utraciłam teatralne dziewictwo. To była trudna decyzja. Ale uznałam, że trzeba zrobić krok dalej – pokazać się szerszej publiczności. Wiedziałam, że to może na początku boleć. Nie żałuję. Teraz godzę te dwa światy.

GALA: Reżyser Grzegorz Chrapkiewicz lubi dla ciebie gotować, np. łososia na poduszce ze szpinaku polanego sosem serowym z kaparami i sokiem z cytryny. Bo potrafisz się rozkoszować jedzeniem i… mruczysz. „Guzik, ty mruczysz jak kot” – mówi ci wtedy.

ANNA GUZIK: Znajomi się śmieją, że nawet jak jem bułkę z masłem, też mruczę. Ludziom jest ciężko przy mnie zachować dietę. Nie ma siły, wszyscy muszą spróbować tego, co jem.

GALA: Podczas „Tańca z gwiazdami” twoim najwierniejszym kibicem była mama. Ona też chciała kiedyś zostać aktorką. Czy ogląda wszystkie twoje premierowe spektakle?

ANNA GUZIK: Oczywiście. A kiedy coś mi się udaje, mama mówi: „Oto, co znaczą geny!” (śmiech). Bierze wszystko na siebie. Nasze wyprawy w plener zawsze są wypełnione opowieściami mamy o jej przeszłości. Protestuję: „Ja już to słyszałam dziesięć razy!”. A mama: „I usłyszysz jedenasty!” (śmiech). Ale to miłe, to dopełnia jej postać. Znam mamę jako mamę, a dzięki tym opowieściom poznaję jako dziewczynę i kobietę. Mama jest dla mnie oparciem. To rodzaj miłości „pomimo wszystko”. Teraz jestem w dobrym momencie, ludzie mnie lubią. Ale gdyby sytuacja się odwróciła, ona zawsze będzie za mną. Daje mi ogromne poczucie bezpieczeństwa.

GALA: Nazwałaś siebie kiedyś blokersem. Kiedy wspomniałam o tym twojej mamie, oburzyła się.

ANNA GUZIK: Dzisiaj się mówi „blokersi”, kiedyś byliśmy po prostu dziećmi. Wychowałam się w blokach na osiedlu, gdzie wszyscy się znają. Kiedy ksiądz idzie po kolędzie, ludzie stoją na korytarzu i czekają. „Idzie już?” – pyta sąsiad z góry. „Tak, jest na trzecim!” – odpowiada inny z dołu. Całymi dniami siedzieliśmy na podwórku. Niedawno dostałam maila: „Ci, którzy się wychowywali w latach 70.–80., czy pamiętacie, że biegało się z brudnymi rękami, piło z jednego kubka, robiło wszystkie zakazane rzeczy? Jak myśmy to wszystko przeżyli?!”. Jakoś się udało.

GALA: Mama mówiła, że byłaś grzeczną dziewczynką… Poza jednym incydentem – wyjazdem do Pragi na występ zespołu Guns N’Roses, gdy miałaś pojechać z grupą koleżanek, a wybrałaś się z jedną. Miałaś 15 lat.

 

ANNA GUZIK: Mama zawsze miała do mnie zaufanie, dlatego mnie puściła. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że nie zapisałam adresu, pod którym zostawiłyśmy rzeczy i miałyśmy nocować. Nie miałam przy sobie paszportu ani pieniędzy. A nie było wtedy telefonów komórkowych. Na koncercie spotkałyśmy znajomych koleżanki i ona pojechała z nimi wcześniej samochodem. Ja zostałam z inną dziewczyną. Nie wiedziałyśmy, dokąd iść, bo w nocy wszystko wyglądało podobnie. Tamci przez dwie godziny nas szukali. Kiedy wreszcie znaleźli, myślałam, że nas rozszarpią. A my byłyśmy tak szczęśliwe jak rozbitkowie, którzy zobaczyli ląd.

GALA: Masz przyjaciółkę? Podobno o najważniejszych sprawach nie mówisz nikomu.

ANNA GUZIK: Z przyjaciółmi rozmawiam o wielu sprawach. Ale wszystkiego nie mówię nikomu.

GALA: Nawet Jerzemu Waligórze? Jest od ciebie starszy o 30 lat...

ANNA GUZIK: Jemu najwięcej, ale też nie wszystko. Spotkaliśmy się w szczególnym momencie – ja właśnie przyjechałam do teatru w Bielsku- Białej, jemu zmarła mama. Potrzebowaliśmy wsparcia. Bardzo się do siebie zbliżyliśmy. To wspaniały choreograf. Jest lojalny, mamy podobną wrażliwość.

GALA: Wszyscy, łącznie z mamą, bardzo się o ciebie martwią. Chcieliby, żebyś spotkała wielką miłość i ułożyła sobie życie...

ANNA GUZIK: ... (milczenie)

GALA: Kupiłaś w Warszawie mieszkanie. Chcesz tu pozostać?

ANNA GUZIK: Każdego dnia coś się może zdarzyć – telefon z Hamburga albo z Hollywood, kto wie. Tak jak przeprowadzka do Warszawy nie była wynikiem mojej decyzji, tylko rozwoju wydarzeń. Mam charakter zadaniowy: muszę coś robić, żeby czuć swoją wartość. Nie byłabym w stanie pewnego dnia porzucić pracy i powiedzieć: „Teraz jestem matką, żoną i kochanką. Teraz się zajmuję domem”. Będę starała się godzić miłość i pracę. Wierzę, że mi się uda!