Podczas przedstawienia „Princess Ivona”, cały czas myślałam o tym, jak bardzo Gombrowicz jest aktualny. Bez względu na miejsce, w którym żyjemy, wszędzie rozgrywają się batalie o posiadanie, rysują podziały klasowe, mnożą zawirowania polityczne. Czy obserwacja tego, co dzieje się dookoła, przybliżała Cię do sięgnięcia po literaturę Gombrowicza?

Podoba mi się aspekt uniwersalny tej sztuki. Aspekt człowieka, który jest zestawiony w kontrapunkcie z grupą społeczną. Ta sztuka jest o poszukiwaniu tożsamości, poszukiwaniu zgody ze społeczeństwem i o pewnego rodzaju próbie asymilacji, która jak wiemy ze sztuki, nie jest możliwa. W życiu również nie jest to łatwe. To jest uniwersalne i dla Polaków, dla których społeczeństwo zmienia się bardzo radykalnie, szczególnie w ostatnich latach. Tak zwana większość,  czy dominujące trendy biorą górę i wtedy stawiają w kontrapunkcie innych, którzy starają się odnaleźć siebie w danej konstelacji politycznej. Oczywiście w Ameryce jest to też sprawa codzienna. 

Gdy dłużej mieszka się w Ameryce, tym więcej widzi się tej gombrowiczowskiej rzeczywistości także tutaj?

Wcześniej Amerykę odbierałem poprzez filmy. Wydawało mi się, że można jeździć tu bardzo szybko po autostradzie, że można liczyć na wyzwolenie własnej ekspresji, własnego głosu. Że jest to kraj niezwykle ciekawy, kolorowy i ze szczęśliwym zakończeniem. Albo z takim sznytem hollywoodzkim, gdzie wszystko wygląda dość atrakcyjnie. Rzeczywiście, na ekranie wygląda to wspaniale, natomiast w życiu bardzo różnie. 

Szczególnie Nowy Jork, w którym mieszkasz, jest miejscem, gdzie pewne sprawy rysują się w bardziej jaskrawych barwach, mogą bardzo dokuczać, zaskakiwać, boleć lub po prostu dziwić. 

To co interesujące, to ilość grup społecznych, które poszukują swoich racji, które walczą o swoje prawa w nieustającym dialogu. To co zafascynowało mnie w NY, to świadomość, że nie ma w tym mieście grupy, która totalnie by zdominowała głos społeczny. Są dzielnice, są kultury, są sprawy wielu narodów i jest niepisana zgoda na życie w koegzystencji z innymi kulturami. To powoduje, że miasto NY jest niezwykłe i daje szanse tym, którzy czują się odrębni, którzy mają w sobie jakąś  niezwykłość. I myślę, że Nowy Jork mógłby być rozwiązaniem problemów gombrowiczowskich, w których człowiek jest w ciągłym konflikcie ze społeczeństwem.To co było dla mnie ważne, gdy zabierałem się za sztukę, to chęć przedstawienia historii, która nie byłaby groteskowa, odległa, zabawna, ale niedotycząca nas. A wręcz przeciwnie.  Chciałem, żeby była to opowieść o tym z czym Amerykanin spotyka się na co dzień. Dlatego grupa społeczna w „Princess Ivona” to jest grupa ludzi z tradycją, z pieniędzmi, z manierami, z pewnego rodzaju modus operandi, które im pasuje, z którym żyją, w którym się zamykają, w którym się bronią. I interesowało mnie, jak wyglądałoby zestawienie takiego życia klubowego, elitarnego, z życiem osoby nienależącej do tej grupy. Jak taka społeczność reaguje na to co nowe. Bardzo często Iwona jest przedstawiana w produkcjach jako osoba niespecjalnie atrakcyjna intelektualnie, czy fizycznie.  W takim ujęciu wydawało mi się, że jest postawiona niesprawiedliwie. I jest odrzucona, nie ma prawa do  asymilacji z grupą  o innych wartościach. 

 

Twoje życie osobiste to walka z formatami. Nawet w Ameryce, o której mówi się, że jest demokratyczna i otwarta, musisz walczyć o kreowanie życia tak jak chcesz. Bo jesteś obywatelem amerykańskim, ale polskiego pochodzenia, do tego ciemnoskórym. Jesteś mężczyzną, ale masz męża. Emigrant z Polski, który wykłada na amerykańskiej uczelni. Trzeba mieć dużo siły i samozaparcia. Co by Gombrowicz powiedział na tę twoją prywatną walkę o swoje miejsce na ziemi i w społeczeństwie? 

Gombrowicz już zabrał głos w tej sprawie. To można znaleźć  w jego dziennikach i w jego sztukach. To życie człowieka, który obserwuje rzeczywistość i stara się zrozumieć, i w jakiś sposób do niej przynależeć, żeby być zgodnym z jego naturą, z jego punktem widzenia. Ja postanowiłem potraktować swoje życia jako scenariusz, który sobie piszę. Próbuję podejść do tego w sposób kreatywny. Szukać miejsc, ludzi, sytuacji, z którymi żyje mi się dobrze. Wiem, że mam duży wpływ na to, kim jestem, z kim jestem i gdzie jestem. I uważam, że jest to niezwykły przywilej życia w takim świecie, o który sam zadbałem i sam kreuję, ale który nie istniałby bez ludzi, których znalazłem, bez miejsc, w których jestem, albo za którymi tęsknię. Jestem obywatelem amerykańskim, ale do Polski wracam z sentymentem i powodem profesjonalnym, bo od paru lat prezentujemy tam część festiwalu United Solo, który powstał w Teatrze Row na Manhattanie, jako maraton monodramów. Ostatni sezon przyniósł 150 produkcji z 6 kontynentów. Fragment festiwalu zawozimy do warszawskiego Teatru Syrena i prezentujemy pod nazwą United Solo Europe. Oferujemy tam monodramy,  które uważamy za wzbogacające widza w Polsce.

Wracając do sztuki „Princess Ivona”, która kończy się morderstwem, nasuwa się pytanie, czy Amerykanie przyzwyczajeni do happy endu chcą oglądać sztukę, która zmusza do refleksji nad ich życiem?

Myślę, że jest tu happy end. Przynajmniej analizując fasadę zakończenia. Bo przecież sztuka kończy się bardzo dobrym, udanym, kolorowym zdjęciem rodzinnym. To jest w pewnym sensie dobre zakończenie, dobre dla grupy społecznej, która zabijając Iwonę, usunęła osobę ze zdjęcia, osobę nieproszoną. Udało mi się w ten sposób pogodzić szczęśliwe hollywoodzkie zakończenie z wartością teatru europejskiego – który prowokuje, który nie jest stwarzany generalnie po to, żeby zaspokajać poczucie estetyki, zgody, komfortu a jest teatrem, który ma zadawać pytania, ma prowokować. Tu nam się udało Europę połączyć z formą amerykańską. Myślę, że to się podobało Amerykanom. To, w jaki sposób reagujemy na osobę, której nie znamy. Na ile jesteśmy cierpliwi i zainteresowani wartością osoby, której nie znamy.

Nie jest łatwo wystawić sztukę w Nowym Jorku. Jeśli komuś utalentowanemu wydaje się, że w tym tyglu kulturalnym bardzo go łakną, i że powitają go z otwartymi ramionami, to może się bardzo rozczarować. Tobie się udało.

 Najważniejsza jest pasja. Bo właśnie pasja pozwala realizować amerykański sen. Bez takowej, moje aspiracje rozbiłyby się o sprawy techniczne, finansowe, czasowe. O to, co jest rzeczywistością życia teatralnego szczególnie w  dystrykcie teatralnym na Manhattanie, gdzie konkurencja jest niewyobrażalnie liczna, gdzie koszty produkcyjne są bardzo duże, gdzie liczy się gwarancja sukcesu. Bo nie wygląd to tak, że można wejść z ulicy i wynająć teatr i zagrać to, co w duszy gra. Tylko trzeba spotykać się z ludźmi, którzy prowadzą teatry i którzy są odpowiedzialni za stronę techniczną i produkcyjną. Trzeba przedstawić swoje projekty, mieć w arsenale jakieś dokonania artystyczne, które zagwarantują sukces i potem trzeba mieć całe zaplecze środków finansowych, materiałowych, grupę artystyczną, która zdecyduje się na pracę przy danym projekcie.Ja miałem dużo pasji i spotkałem odpowiednich ludzi. Wszystko udało się m.in. dzięki zaangażowaniu w ten projekt Konsul Alicji Tunk. To ona w nas uwierzyła i zaproponowała przeniesienie przedstawienia poza Williams College. Jeśli znajdzie się takie przychylne osoby, to chce się żyć.

 

Czy Ty jesteś reżyserem z typu „nieomylnych”, czyli chcesz, żeby było tak jak sobie to wyobraziłeś na początku? Czy jednak czerpiesz z pomysłów zespołu ludzi, z którymi pracujesz. Przy tym przedstawieniu pracowały osoby z wspaniałym doświadczeniem na amerykańskich scenach. 

Tak, to znakomici specjaliści. A we mnie nie ma świadomości nieomylności. Gdyby taka była pewnie nie zajmowałbym się sztuką. Świadomość pomyłki, ryzyka, eksperymentu, to jest to co  interesuje mnie w sztuce. Oczywiście myśląc o sztuce, poszukuję własnego zdania na temat historii. Temat, który podejmuję musi dotyczyć mnie samego, żeby był wystarczającym powodem do długiej drogi, w której spotykam wspaniałych twórców. Drogi, do której przekonuję tych, którzy chcą do nas dołączyć. Pomyślałem przy tym przedstawieniu, że będzie bardzo dobrze spotkać się w grupie międzynarodowej. Dlatego poprosiłem Joannę Kuś, scenografa z Polski, żeby zainspirowała nas formą, estetyką opartą na polskich doświadczeniach.

Poprosiłem też twórców z kultowej szkoły tańca Piny Bausch, Pablo i Jorge, których znam od wielu lat i którzy bardzo dużo wnieśli w sferę choreografii. Praca z nimi dawała nowe pomysły estetyczne, psychologiczne dla postaci. Współpracowaliśmy z reżyserem dźwięku, który rozumie funkcję brzmienia w teatrze. Stephen Simalchik pracuje w awangardzie teatru nowojorskiego. To mój dawny student z Williams, który pracował m.in. jako reżyser dźwięku przy produkcji „Czarownic z Salem”.  No i też zaprosiłem  do współpracy byłego studenta, który teraz wykłada dramaturgię na Yale, żeby był naszym kierownikiem literackim. Proces twórczy był bardzo ciekawy, bo zainicjowany rozmową przez Skype. Chłopaki z Teatru Piny byli akurat w Niemczech, w Teatrze Piny Bausch; scenograf była w Warszawie; reżyser dźwięku w Nowym Jorku; a reżyser światła, Coby Chasman-Beck, w Los Angeles, gdzie pracował nad światłem do pokazu mody Toma Forda. Natomiast projektantka odpowiedzialna za kostiumy, Deb Brothers, była z nami w Williams. Łączyliśmy się przez góry, doliny i oceany.

A co dalej będzie z przedstawieniem „Princess Ivona”? 

Sztuka została bardzo dobrze przyjęta i dostaliśmy zaproszenia na dalsze prezentacje. Bardzo ucieszyło mnie zaproszenie także z Warszawy! Teatr Syrena jest zainteresowany przejęciem przedstawienia do swojego repertuaru. Będzie to taka sama forma, jaką prezentowaliśmy na Manhattanie, z tym, że w polskiej wersji językowej i z polskimi aktorami.