Wiesz, nad czym się zastanawiałem, idąc na wywiad?

Nad czym?

Czy będziesz wiedział, co o Tobie myślę.

(śmiech) Nie jestem jasnowidzem, więc nie mam wglądu w cudze myśli. Dopiero po rozłożeniu kart mógłbym je poznać. 

A przejmujesz się tym, co myślą o Tobie inni? 

Jestem asertywny i szczery do bólu. Kilka lat temu mój przyjaciel stwierdził, że można mnie albo kochać, albo nienawidzić…

I chyba coś w tym jest. W internecie znalazłem na Twój temat skrajnie różne opinie. Od zachwytów potwierdzających Twoje umiejętności do komentarzy w stylu: „zwykły hoch-
sztapler”, „oszust”.

Hochsztaplerem nazwał mnie w swoim programie Wojtek Jagielski. Niestety nie przygotował się do naszej rozmowy, operował ogólnikami, był agresywny. Może jednak zaczął wierzyć 
w tarota, bo dwa lata temu mówiłem mu w jego programie, że czekają go niekorzystne zmiany zawodowe w 2015 roku. Wojtek stracił pracę w radiu w maju tego roku. Może teraz żałuje swoich słów? A jeśli chodzi o komentarze w internecie, staram się nimi nie przejmować. W końcu ile ludzi, tyle opinii. Wiem, co potrafię, i nikt mi tego nie odbierze. 

Jesteś pewny siebie. To Cię nigdy nie zgubiło?

Pewność siebie i konsekwencja to cechy, na które pracowałem wiele lat. Mama nauczyła mnie, że trzeba mieć swoje zdanie i nie ulegać wpływom innych. 

Dla przyjaciół jesteś łaskawszy?

Nie mam zbyt wielu przyjaciół. To raczej starannie wyselekcjonowane grono ludzi, którzy są ze mną od lat, niezależnie od tego, co się dzieje. Nigdy się na nich nie zawiodłem. 

Jednym z Twoich fanów jest Kuba Wojewódzki, który nazwał Cię Elvisem Presleyem polskiej ezoteryki i Freddiem Mercurym tarota. Co czujesz, słysząc takie porównania?

Ogromną radość, zwłaszcza że Kuba Wojewódzki słynie z ciętego języka i rzadko kogoś chwali. Uwielbiam swoją pracę i każdego dnia cieszę się, że mogę ją wykonywać. Moim zdaniem sukces można osiągnąć tylko wtedy, kiedy jest się w stu procentach zaangażowanym w to, co się robi. 

Dziennikarze często próbują Cię zdyskredytować, podważając Twoje umiejętności. Nie boisz się konfrontacji?

To zabawne, ale atakują mnie słabi dziennikarze, a chwalą ci, którzy uchodzą za najlepszych w swoim fachu – Kuba Wojewódzki czy Karolina Korwin-Piotrowska. Kilka lat temu zostałem zaproszony przez Dorotę Wellman i Marcina Prokopa do „Dzień Dobry TVN”. Nie sądziłem, że zamiast rozmowy o tarocie czekają mnie słowne przepychanki. Kiedy weszliśmy na wizję, prowadzący od razu zaczęli zadawać prowokacyjne pytania, np. „Dlaczego oszukuje pan ludzi i zarabia na ich nieszczęściu?”. 

 

Jak się wtedy poczułeś?

Fatalnie. W końcu skoro są dziennikarzami, powinni być obiektywni – przygotować się do rozmowy, mieć sensowne argumenty. Na szczęście nie udało im się wyprowadzić mnie z równowagi. Ja też mam cięty język i stać mnie na błyskotliwą ripostę. To smutne, ale w polskich mediach najważniejsza jest sensacja. Dziennikarze uwielbiają robić wokół siebie zamieszanie…

A Ty nie lubisz? 

Nie za wszelką cenę. Staram się nikomu nie szkodzić i nie atakować pierwszy. Ale jeśli ktoś mnie obraża, muszę się bronić. Jeszcze przez wiele lat będę walczył z wizerunkiem wróżbity Macieja, który robi z siebie durnia na antenie – wymachuje 
rękami i krzyczy. To była kreacja stworzona na potrzeby programu w stacji Kosmica TV, z której odszedłem, bo nie odpowiadała mi taka konwencja. 

Twój życiorys mógłby posłużyć za scenariusz amerykańskiego filmu o tym, że wygrywają tylko Ci, którzy wierzą 
w swoje marzenia. Jak to się stało, że zacząłeś wróżyć?

Kuba Wojewódzki w swoim programie nazwał mnie „self-made man”, czyli człowiekiem, który jest w stanie wykreować coś z niczego. (śmiech) Bliscy nigdy nie wierzyli, że uda mi się żyć z wróżenia – traktowali to jako hobby, a nie sposób na życie. Kiedy zakładałem firmę „Wróżbita Maciej” w 2004 roku, musiałem pożyczyć od mamy pieniądze na opłacenie składki w ZUS.

Ale nie poddałeś się. 

Wierzyłem w swój talent i chciałem dzielić się wiedzą z innymi. Chodziłem po rodzinnym Wałbrzychu i rozwieszałem ręcznie napisane ogłoszenia z numerami telefonów. Dzisiaj, kiedy myślę, jak szybko udało mi się pokonać drogę od lichego drewnianego stołu, gdzie po raz pierwszy rozłożyłem karty, do występów w telewizji i wywiadów do najważniejszych tytułów w Polsce, nie mogę nadziwić się swojej determinacji. 

Wszystko zaczęło się, kiedy miałeś 17 lat. Wtedy po raz pierwszy trafiłeś do wróżki…

To były wakacje przed klasą maturalną. Chciałem zdawać na anglistykę i zostać nauczycielem. Udzielałem korepetycji, miałem talent pedagogiczny. Pewnego dnia moja mama szła do swojej wróżki, Stefy. Poprosiła mnie, żebym jej towarzyszył, bo Stefa mieszkała na Palestynie, jednej z najgorszych dzielnic Wałbrzycha. Niechętnie się na to zgodziłem, bo nie wierzyłem we wróżby, a świat kart wydawał mi się czymś zupełnie abstrakcyjnym.

Mimo to dałeś się namówić, żeby Stefa Ci powróżyła. Co od niej wtedy usłyszałeś?

Że będę miał duże pieniądze i wyjadę za granicę. Byłem szczupłym, atrakcyjnym chłopakiem. Stefa powiedziała mi, że dziewczyny uganiają się za mną tabunami i chętnie wskakują do łóżka. Przyłapałem ją wtedy na kłamstwie i uznałem, że tak jak Stefa to potrafi wróżyć każdy, nawet ja. Tego samego dnia kupiłem karty. Na początku kładłem je znajomym. 

Pamiętasz swoją pierwszą wróżbę, która się sprawdziła?

To była choroba mamy – rak płuc. Zobaczyłem w kartach krew. Kilka tygodni później mama zaczęła pluć krwią. 

W swojej książce piszesz o niej bardzo czule, nazywasz ją „najważniejszą kobietą w swoim życiu”. 

Mama zawsze była dla mnie wsparciem. Wychowywała mnie 
i mojego brata, Marka, sama, a mimo to udało jej się stworzyć dom, który był dla nas bezpiecznym azylem. Rodzice rozwiedli się, gdy miałem pięć lat. Tata od zawsze zdradzał mamę, a po rozwodzie ułożył sobie życie z inną kobietą. 

Mama musiała Ci go zastąpić?

Tak, i trzeba przyznać, radziła sobie z tym doskonale. Była bardzo zaradna. Pracowała jako laborantka – wstawała wcześnie, 
robiła dla nas śniadanie i biegła na autobus. Po południu 
czekał na mnie obiad – ulubione pierogi drożdżowe z mięsem 
według przepisu mojej babci, których smak pamiętam do dziś.

Prawdziwa śląska gospodyni!

(śmiech) Wbijała gwoździe w ścianę, paliła w piecu, cerowała 
skarpety, chodziła na wywiadówki… Śmiała się, że ze wszystkich słodyczy najbardziej lubi schabowe. To była konkretna kobieta, która zamiast sukienki nosiła spodnie. Miała silny charakter, nauczyła mnie, że w życiu trzeba mieć twardy tyłek. 

Mimo to opisujesz swoje dzieciństwo jako nieszczęśliwe. Dlaczego?

To wina mojego brata, który się nade mną znęcał. Fizycznej przemocy towarzyszyły takie wyzwiska, jak „ty śmieciu”, „nic z ciebie nie będzie”. Marek był nieobliczalny, nikt nie potrafił nad nim zapanować. Zresztą w ogóle się nie zmienił – potrafił kopnąć swoją żonę, kiedy była w ciąży… Staram się trzymać od niego z daleka, nie utrzymujemy kontaktów. 

Gdzie szukałeś ucieczki przed domowymi kłopotami?

W wyobraźni. Zaszywałem się gdzieś z dala od innych i bawiłem w telewizję lub radio. Na „jamniku” nagrywałem swoje wystąpienia i śpiewałem ulubione piosenki. Albo udawałem, że biurkowa lampka to kamera i kręciłem seriale ze sobą w roli głównej. (śmiech) Od dziecka interesowały mnie media, jakbym przeczuwał, że kiedyś zajmę się tym na poważnie.

A jak radziłeś sobie w szkole?

Byłem wzorcowym prymusem – cichym, wrażliwym chłopcem, który woli spędzać popołudnia nad książkami, niż grać z kolegami w piłkę. Nie uprawiałem sportu, bo jako dziecko cierpiałem na poważną chorobę kolan i groził mi wózek inwalidzki. Nic dziwnego, że nie miałem zbyt wielu przyjaciół. 

Cierpiałeś z tego powodu?

Zupełnie! Towarzystwo babci i mamy mi wystarczało. Wtedy nauczyłem się, że muszę być najlepszy. Każdy rok szkolny kończyłem świadectwem z czerwonym paskiem, co bardzo denerwowało mojego brata.

W szkole trzeba być przebojowym i odważnym, żeby zyskać akceptację rówieśników. 

No właśnie, a ja takich cech nie miałem. Zresztą nadal ich nie mam. Odważny jestem tylko przed kamerą. W rzeczywistości nieśmiały ze mnie facet. Teraz, kiedy promuję swoją książkę, łapię się na tym, że mam tremę przed spotkaniami autorskimi. 

 

Trudno mi w to uwierzyć. W wieku 23 lat postawiłeś wszystko na jedną kartę – założyłeś firmę, zacząłeś przyjmować pierwszych klientów. To chyba wymaga odwagi. 

Jeśli nie spróbowałbym, pewnie dziś żałowałbym swojej decyzji. Poza tym byłem przekonany, że odniosę sukces. Długo zastanawiałem się, jak nazwać swoją firmę. Wymyśliłem pseudonim „Vadam”, ale mama powiedziała mi, że nikt nie pokocha jakiegoś wróżbity Vadama, dlatego powinienem nazwać się po prostu wróżbita Maciej. I tak zostało. 

Gdzie mieścił się Twój pierwszy gabinet?

W moim pokoju! Urządziłem go „magicznie”. Na stoliku leżała brzoza, która symbolizuje runę Berkano (runa bezpieczeństwa, ochrony i radości – przyp. red.), kamienie szlachetne, woreczek z runami, a także kadzidła…

A strój? O to też zadbałeś?

(śmiech) No właśnie nie! Pamiętam minę mojej pierwszej klientki, pani Marii, która zobaczyła przed sobą młodego chłopaka 
w koszulce, dżinsach, z włosami postawionymi na żel. Była przekonana, że człowiek wróżący z kart musi wyglądać jak czarodziej! A ja przecież nie mam nic wspólnego z magikiem. 

Nie?! (śmiech)

Nie potrzebuję szklanej kuli, kota czy różdżki, żeby przepowiadać przyszłość…

Jak przekonałeś do siebie klientów?

Na szczęście moje wróżby okazały się na tyle trafne, że zaczęli polecać moje usługi innym. Pracowałem od rana do wieczora, 
przyjmowałem po dwadzieścia pięć osób dziennie! 

A jak trafiłeś do telewizji?

Współpracowałem z jednym z ezoterycznych portali. Pewnego dnia zadzwoniła do mnie pani ze stacji Kosmica TV i zaproponowała współpracę. To był bardzo trudny moment w moim życiu – choroba mamy postępowała, czuła się fatalnie. Uważałem, że moje miejsce jest przy niej. Kiedy zapytałem ją, co mam zrobić, powiedziała, żebym się nie zastanawiał. Chciała, żebym był samowystarczalny. 31 sierpnia 2009 roku siedziałem już w autobusie do Berlina, skąd emitowano mój program. 

Miałeś tremę?

Program był na żywo, a ja przecież nigdy wcześniej nie występowałem przed kamerą! Czułem się onieśmielony, dlatego starałem się naśladować innych wróżbitów. Po pierwszym odcinku przyszedł do mnie mój szef i powiedział, że padł rekord finansowy. Spodobało mi się to. Zrozumiałem, że ludzie mnie lubią i czują, że mam im coś do przekazania. 

Po kilku miesiącach przestało się układać. Byłeś mobbingowany, pisano na Ciebie donosy…

Podczas programu każdy z wróżbitów widział pod kamerą zegar, który odmierzał trzydzieści sekund. W tym czasie trzeba było odpowiedzieć widzowi na pytanie i zakończyć rozmowę. Nieważne, czy ktoś chciał zasięgnąć jeszcze jakiejś porady albo dłużej porozmawiać. Liczył się zysk – im szybciej odpowiem komuś na pytanie, tym więcej pieniędzy zarobi stacja. Nie wytrzymałem psychicznie tego napięcia i odszedłem z Kosmica TV.

Co robiłeś potem?

Przeszedłem do EZO TV i jestem tu do dziś. W tym samym czasie rozpocząłem współpracę z programem „Sekrety magii”, który jest emitowany w stacji TVN. 

Wróżysz sobie samemu?

Tak, chociaż wielu tarocistów uważa, że nie powinno się tego robić.

Dlaczego?

Bo z wielu możliwych interpretacji kabały wybieramy tę, która nam najbardziej odpowiada.

Jak myślisz, ile jeszcze lat musi upłynąć, by ludzie traktowali pracę wróżbitów poważnie?

Już traktują! Natomiast rzadko się do tego przyznają, bo uważają to za coś wstydliwego. To tak jak z muzyką disco polo – wszyscy jej słuchają, ale nikt nie mówi o tym głośno. 

Na facebooku chwalisz się nowym samochodem, wrzucasz zdjęcia z wakacji. Podoba Ci się życie celebryty?

Chwalę się z kilku powodów. Po pierwsze, chcę utrzeć nosa hejterom, po drugie, traktuję fanów jak przyjaciół, i jeśli ja się z czegoś cieszę, chcę, by oni mogli cieszyć się moim szczęściem. A celebrytą nie jestem. Raczej czuję się zawiedziony światem mediów. 

Zawiedziony czy skrzywdzony?

Ten świat jest pozbawiony skrupułów, dużo w nim fałszu, bezwzględności i zawiści. Kiedyś ktoś na moim facebooku napisał: „Panie Macieju, pan nie jest celebrytą. Celebrytą jest ten, kto jest znany tylko z tego, że jest znany. Za panem stoi wiedza, dorobek i konkretne umiejętności”. 

A nie boisz się, że niedługo minie moda na wróżbitę Macieja?

Nie ma w Polsce drugiego takiego wróżbity jak ja. Zawsze będę pierwszy.