Od półtora roku oswaja Warszawę, ale to nie jest jej miejsce na ziemi. Choć urodziła się w Rosji, uważa się za poznaniankę. „Jestem lokalną patriotką. Jednak poza tym, że lubię tłuste jedzenie, nie mam żadnej cechy przypisywanej poznaniakom. Ani nie jestem oszczędna, ani nie mam wielkiego zamiłowania do porządku. Przeciwnie – straszna ze mnie bałaganiara” – zdradza. Na udział w programie „Gwiazdy tańczą na lodzie” zgodziła się pod wpływem impulsu. Ale choć treningi kosztują ją wiele wysiłku i ma poobijane całe ciało – nie żałuje.

GALA: Jesteś uzależniona od seksu?

WERONIKA KSIĄŻKIEWICZ: Myślę, że w życiu wszystko tak naprawdę kręci się wokół seksu, przy czym dla mnie seks wcale nie musi od razu oznaczać aktu miłosnego. Ale choć można powiedzieć, że uzależnienia to moja specjalność, seksoholiczką nie jestem, chyba że w filmie „Rozmowy nocą”. Miałam nadzieję, że wszyscy to rozumieją.

GALA: Może rozumieliby, gdybyś nie wyznała, że rola Weronki powstawała właśnie z myślą o tobie.

WERONIKA KSIĄŻKIEWICZ.: Fakt. Ale zapewniam, nie mam problemu z uzależnieniem od seksu.

GALA: Z jakimś innym uzależnieniem masz problem?

WERONIKA KSIĄŻKIEWICZ.: Tego nie zdradzę. Mogę powiedzieć tyle, że wiem już, iż jestem osobą podatną na różne nałogi i uzależnienia, ale niekoniecznie mam tu na myśli używki. Bo przecież uzależnić można się od wszystkiego. Gdy skończyłam ósmą klasę, sporo przytyłam. Ponieważ chciałam schudnąć, narzuciłam sobie rygorystyczną dietę i chyba uzależniłam się wtedy od wysiłku fizycznego, bo codziennie biegałam i ćwiczyłam, szczególnie mięśnie brzucha. A potem nagle to rzuciłam.

GALA: Dlaczego?

WERONIKA KSIĄŻKIEWICZ: Do wszystkiego mam słomiany zapał. Najpierw w coś wchodzę na sto procent, ale potem szybko mi się nudzi i już patrzę w inną stronę. A wracając do nałogów, potrafię uzależnić się od ludzi.

GALA: Jak zachowuje się człowiek uzależniony od innych?

WERONIKA KSIĄŻKIEWICZ: Przestaje myśleć o sobie i o tym, co jemu sprawia przyjemność. Zaczyna się zatracać, bo cały świat kręci się wokół tej drugiej osoby. To może się zdarzyć w każdej relacji, nie tylko damsko-męskiej, choć oczywiście najczęściej ma miejsce w związkach miłosnych. Już wiem, że aby związek dobrze funkcjonował, każda ze stron musi zachować swoją suwerenność. Bo tylko wtedy można coś z siebie dać drugiej osobie.

GALA: Przez to rozpadł się twój związek z Kubą Wesołowskim?

WERONIKA KSIĄŻKIEWICZ: Nie chcę o tym mówić. Nigdy nie opowiadaliśmy o nas i niech tak zostanie.

GALA: Z Łukaszem Jóźwiakiem, twoim partnerem z show „Gwiazdy tańczą na lodzie”, także ustaliliście, że nie będziecie komentować doniesień o waszym rzekomym romansie?

WERONIKA KSIĄŻKIEWICZ: Tancerze figurowi od małego mają wpajaną zasadę, że partnerka jest jak siostra. I nie wolno z nią romansować. A jeśli już, to trzeba się z nią potem ożenić. Ja się za mąż nie wybieram.

GALA: A jacy mężczyźni cię pociągają?

WERONIKA KSIĄŻKIEWICZ: Inteligentni i z poczuciem humoru. Lubię dojrzałych mężczyzn, bo dają poczucie bezpieczeństwa. Porusza mnie i rozczula także opiekuńczość.

GALA: Czujesz się już gotowa na nowy związek?

WERONIKA KSIĄŻKIEWICZ: Nie mogę powiedzieć, że jestem gotowa, bo to się zdarza albo nie. Ale nie odczuwam braku partnera i nie szukam go na siłę. Wierzę, że co ma być, to będzie. Wszystko w swoim czasie.

GALA: Z czego wywnioskowałaś, że masz „osobowość borderline”?

WERONIKA KSIĄŻKIEWICZ: Ktoś mi tak powiedział.

GALA: A czy powiedział ci, że to jest bardzo poważne zaburzenie psychiczne?

WERONIKA KSIĄŻKIEWICZ: Nie. Naprawdę jest to takie groźne?

GALA: Naprawdę. Wystarczy spojrzeć na słynącą z autodestrukcyjnych zachowań Amy Winehouse.

WERONIKA KSIĄŻKIEWICZ: Szczerze mówiąc, nie bardzo się tym przejęłam, bo jestem przekonana, że moje skrajne emocje nie są wynikiem jakiegoś zaburzenia tylko mojego temperamentu. Bo ja rzeczywiście, gdy się cieszę, to do łez, a gdy wpadam w rozpacz, to jest ona czarna i ze świecą szukać przysłowiowego światełka w tunelu. Bywam też szalona.

GALA: W czym się przejawia twoje szaleństwo?

WERONIKA KSIĄŻKIEWICZ: W liceum zdarzało się, że z moją przyjaciółką, zamiast iść do szkoły, jechałyśmy nad morze. Jadłyśmy dorsza, potem lody po amerykańsku w polewie czekoladowej, a na koniec popijałyśmy to wszystko wodą mineralną, żeby nie przytyć. No i wracałyśmy do Poznania. Gdy pierwszy raz zrobiłyśmy taki numer, nikt nam nie chciał wierzyć, więc następnym razem przywiozłyśmy ze sobą piasek znad morza.

GALA: To raczej przejaw młodzieńczej spontaniczności niż szaleństwa…

WERONIKA KSIĄŻKIEWICZ: Być może. Ale miewam też autodestrukcyjne myśli i jeszcze nie tak dawno miałam skłonności do obwiniania się za różne rzeczy. Dzisiaj już wiem, że nie wolno tego robić, bo żal do siebie nic nie daje. Złe myśli i złe słowa to zła energia, która może uderzyć człowieka w potylicę ze zdwojoną siłą.

GALA: Lubisz być w centrum zainteresowania?

WERONIKA KSIĄŻKIEWICZ: Czasem lubię, ale gdy jest mi źle, wolę być sama. Nie wychodzę wtedy z domu, staram się odciąć, bo nie chcę zapraszać innych do swojej rozpaczy. Zamiast rozwodzić się nad niepowodzeniami, wolę ćwiczyć. Zauważyłam, że nawet jak mam straszny dół, to pół godziny na bieżni wystarczy, by moje myślenie całkowicie się zmieniło.

 

GALA: Ty ze sportem miałaś do czynienia od dziecka, bo najpierw ćwiczyłaś gimnastykę artystyczną, a potem uczęszczałaś do szkoły baletowej. Jak ją wspominasz?

WERONIKA KSIĄŻKIEWICZ: Ta szkoła dużo mi dała, m.in. pewną grację i gibkość, która dziś mi się przydaje. Z drugiej strony oprócz wspaniałych pedagogów byli tam też i tacy, których moim zdaniem należałoby gdzieś zamknąć, zamiast pozwalać im na kontakt z małymi dziećmi.

GALA: To znaczy?

WERONIKA KSIĄŻKIEWICZ: To byli ludzie, którzy się nad nami znęcali psychicznie. Słyszeliśmy na przykład: za mało się starasz, bo się nie pocisz. Niektóre koleżanki brały więc przed zajęciami aspirynę, by się odpowiednio spocić. Mieliśmy też absolutny zakaz jedzenia pieczywa. I pamiętam, że bagietki z piekarni obok wnosiłyśmy w rękawach, żeby nikt ich nie zobaczył. Rygor obowiązywał nas też poza murami szkoły. Jeśli jadłaś loda i któryś z profesorów to zobaczył – dostawałaś burę. Jeśli miałaś rozpuszczone włosy, zamiast obowiązkowego koka albo tak zwanego koszyczka i ktoś cię zobaczył – także czekała cię nagana.

GALA: Ale przetrwałaś to i jesteś aktorką. Są sceny, których nigdy byś nie zagrała?

WERONIKA KSIĄŻKIEWICZ: Miałam problem, gdy w serialu „Prawo miasta” kręciliśmy scenę pogrzebu. W trumnie leżał Boguś Linda. I ta trumna była otwarta. Dostałam histerii, zaczęłam płakać – mam ogromny lęk przed śmiercią. Nigdy bym się do trumny nie położyła.

GALA: Marzy ci się rola na Zachodzie?

WERONIKA KSIĄŻKIEWICZ: Urodziłam się w Rosji i może dlatego bardziej od Zachodu kręci mnie Wschód.

GALA: Jak wspominasz Rosję?

WERONIKA KSIĄŻKIEWICZ: Przez pierwsze trzy lata życia kursowałam między Związkiem Radzieckim a Polską, bo w Moskwie studiowali moi rodzice, a w Poznaniu mieszkali dziadkowie. I kiedy przyjeżdżałam do rodziców, nie mogłam się doczekać wycieczki do sklepu Świat Dziecka. To był kilkupiętrowy budynek od dołu do góry wypełniony zabawkami, a wchodzących witał niebotycznych rozmiarów zegar w kształcie słońca. Czułam się tam jak w raju. Tym bardziej że to były czasy, kiedy w polskich sklepach nic nie było. Bardzo mnie do Rosji ciągnie. I do ludzi, którzy tam mieszkają, urzeka mnie ich mentalność.

GALA: Na razie jednak jesteś tutaj i kręcisz piruety na lodzie.

WERONIKA KSIĄŻKIEWICZ: Dopiero teraz zaczyna do mnie docierać, co ja najlepszego zrobiłam. Treningi są ciężkie. No i zwyczajnie się boję. W dzieciństwie przeżyłam wypadek na łyżwach i trafiłam do szpitala ze wstrząśnieniem mózgu. Rodzice byli wtedy w Rosji, a ja u dziadków w Polsce. Dokładnie w tym samym czasie, gdy zdarzył się ten wypadek, rodzicom pękło wielkie, zabytkowe lustro i rozbiło się w drobny mak. Od razu wiedzieli, że coś się ze mną stało. Wierzę w przeznaczenie. Gdy na czymś mi zależy, ale żadną miarą nie mogę tego osiągnąć, tłumaczę sobie, że widocznie tak miało być. I że za chwilę pojawi się coś, co będzie dla mnie bardziej odpowiednie.