GALA: Podjęłaś noworoczne postanowienia?

WERONIKA ROSATI: Owszem. Życzę sobie, żeby już nigdy w moim życiu nie było małych ludzi z wielkim ego. Mam też dość osób podszywających się pod moich przyjaciół, które sprzedają bzdurne plotki o mnie. Nie chcę się już na nikim zawodzić, bo pragnę skupić się na budowaniu, a nie na niszczeniu. Nie chcę też więcej znaleźć się w sytuacjach, których wolałabym uniknąć. I bardzo chciałabym, abyśmy w Polsce więcej uśmiechali się do siebie i na co dzień okazywali sobie więcej życzliwości.

GALA: Co dokładnie masz na myśli, mówiąc o sytuacjach, których wolałabyś uniknąć?

WERONIKA ROSATI: Chodzi mi przede wszystkim o krzywdę emocjonalną. Bo gdy ktoś się nad kimś znęca fizycznie, ponosi za to odpowiedzialność. Ale w przypadku molestowania psychicznego winowajca zwykle pozostaje bezkarny.

GALA: Mówisz o konkretnych osobach?

WERONIKA ROSATI: Mówię o ludziach, którym ufałam, a którzy postanowili skorzystać na szumie wokół mnie. Są osoby, które chyba po prostu tracą głowę, gdy w grę wchodzi ich ego albo możliwość zarobienia pieniędzy. Ale mówię tu także o niektórych mediach, które wyrządziły mi wielką krzywdę, kłamiąc, wyżywając się na mnie, upokarzając mnie, a przy okazji także zarabiając na tym. Smutne jest to, że nawet jeden z poważnych tygodników powiela złośliwe i niesprawdzone plotki o moich rzekomych operacjach plastycznych i wymyślonych romansach, nie mówiąc o innych bzdurach. A w szanowanej telewizji w jednym z programów padło podobno stwierdzenie, że miałam jakąś rozbieraną sesję z byłym partnerem! Proszę mi pokazać tę sesję. Jak można tak kłamać?

GALA: Które z przekłamań boli cię najmocniej?

WERONIKA ROSATI: Choćby to, że mam w życiu wszystko i opływam w nie wiadomo jakie dostatki. Do tego przyczyniają się bezpodstawne i nieprawdziwe informacje od ludzi, którzy świadomie chcą mi zaszkodzić i oczernić moje nazwisko. Dzisiaj jakaś biedna kobieta napisała do mnie list, w którym prosi, bym wspomogła ją określoną sumą pieniędzy. Ta suma to nie jest dla mnie – jak się chyba tej pani zdaje – jeden wypad na zakupy, ale to są pieniądze, za które ja w Nowym Jorku żyję przez trzy miesiące. Mieszkam tam w skromnych warunkach, wynajmuję kawalerkę. W Warszawie też nie mam własnego mieszkania. Zresztą ani tu, ani tam nie mam także własnego auta i to już chyba mówi samo za siebie. Aha, i latam klasą ekonomiczną. Nie za bardzo także rozumiem, skąd wzięło się przekonanie, że role, które dostaję, zawdzięczam nazwisku. Co ciekawe, nigdy nie zarzuca się tego dzieciom aktorów. A przecież moi rodzice nie mają z tym środowiskiem nic wspólnego, bo moja mama jest projektantką mody, a tata profesorem oraz posłem w Parlamencie Europejskim. Jak więc mieliby mi cokolwiek załatwić w świecie filmu? Przecież to jest kompletnie bez sensu! I naprawdę chciałabym, żeby już zaprzestano tych kłamstw na mój temat. Bo ja rozumiem, że nie wszyscy muszą mnie lubić, ale to nie znaczy, że wolno mnie oczerniać. Nie wolno i dlatego będę z tym walczyć.

GALA: W jaki sposób?

WERONIKA ROSATI: W sądzie jest już sprawa dotycząca posądzenia mnie o operacje plastyczne. To był cios poniżej pasa. W ogóle w minionym roku było zdecydowanie za dużo takich wymyślonych ataków. Od najmłodszych lat robię wszystko, by być aktorką. Już w wieku ośmiu lat zapisałam się na zajęcia teatralne, na balet i od zawsze namiętnie oglądałam filmy. Obecnie zaś, zamiast wieść beztroskie i pełne imprez życie w Warszawie, wyjechałam do Nowego Jorku, gdzie mieszkam z dala od rodziny i przyjaciół, skazana na tęsknotę za nimi i samotność. Bo tam mam możliwość zrealizowania swoich marzeń. To znaczy mogę studiować w szkole, do której po raz pierwszy papiery złożyłam w 1998 roku, gdy miałam czternaście lat, i uczyć się metody Stanisławskiego. Ciężko na wszystko pracowałam. Ale cały mój trud, poświęcenie i edukacja idą na marne przez takie nieprawdziwe artykuły, bo wychodzę na osobę pustą i próżną. Czasami zresztą odnoszę wrażenie, że są dwie Weroniki Rosati – ta prawdziwa, która siedzi przed tobą, i ta stworzona przez niektóre media, z którą nie mam nic wspólnego poza nazwiskiem. A ja chyba najbardziej na świecie nienawidzę kłamstwa.

GALA: Sama nigdy nie kłamiesz? Nawet w dobrej sprawie?

WERONIKA ROSATI: Nie kłamię. Tak zostałam wychowana. Jestem prawdomówna, choć wiem, że czasem na tym tracę.

GALA: A lubisz siebie?

WERONIKA ROSATI: Czy siebie lubię? O Jezu, jakie pytanie… Wiesz co? Momentami tak.

GALA: Za co?

 

WERONIKA ROSATI: Ostatnio na przykład bardzo siebie lubiłam za to, że zaufałam swojej intuicji i zabrałam z kliniki weterynaryjnej w Nowym Jorku mojego ukochanego psa. Trafił tam, bo nie chciał nic jeść ani pić i był w fatalnym stanie. Pamiętam, że niosłam go na rękach i płakałam. Ale gdy już znalazł się w tym szpitalu, to z dnia na dzień zamiast lepiej, czuł się gorzej. Po prostu marniał w oczach. Postanowiłam więc, że odłączam go od kroplówek i zabieram do domu. Lekarka oczywiście stwierdziła, że zabijam psa, ale czułam, że mam rację. Później okazało się, że on w tej klinice był cały czas zamknięty w metalowym boksie, o czym nie wiedziałam. Lubię siebie także za to, że im częściej zawodzę się na ludziach, tym bardziej wierzę w istnienie tych dobrych. Nie chcę się poddać, jestem ich ciekawa, zależy mi, by ich zrozumieć. Lubię siebie też za to, że moją największą przyjemnością i słabością jest przebywanie z dziećmi mojego brata. Nie ma nic bardziej wartościowego i miłego niż widok radości na ich twarzach w momencie, kiedy mnie widzą.

GALA: Może tak dobrze się z nimi dogadujesz, bo wciąż masz coś z dziecka?

WERONIKA ROSATI: W końcu jestem aktorką, a każda aktorka ma w sobie coś z dziecka. Poza tym powiem ci, że wydarzenia ubiegłego roku paradoksalnie sprawiły, że znów stałam się spontaniczna. Nie byłam taka przez wiele lat, bo żyłam pod olbrzymią presją, że muszę być trzy razy lepsza od innych, jako córka TYCH rodziców. I chyba nigdy nie czułam się lepiej we własnej skórze niż teraz. Bo dziś, poza spontanicznością, mam też spokój ducha, który wynika z tego, że mimo iż dużo przeżyłam, nie mam wiele na sumieniu. Dzięki temu nie czuję się winna. Nie jestem też zgorzkniała.

GALA: Ale sprawiasz wrażenie smutnej…

WERONIKA ROSATI: Bo często jestem smutna. Codziennie mam jakiś problem. A to pies mi się rozchoruje, a to pokłócę się z kimś, kto jest mi bliski, a to mi coś w szkole nie wyjdzie. Ale jeśli chodzi o taki ogólny smutek, to wynika on chyba z mojej samotności, którą zresztą sama sobie wybrałam. Bo aktorstwo jest samotnością. A może po prostu urodziłam się, żeby cierpieć.

GALA: Wolne żarty…

WERONIKA ROSATI: Powiem ci ciekawą historię. Otóż nazywam się Weronika Anna Dolores Rosati. Święta Weronika otarła Jezusowi twarz. Anna to matka Marii Dziewicy. A Dolores – matka cierpiąca. To ostatnie imię sama sobie wybrałam podczas bierzmowania.

GALA: Może więc po prostu podświadomie pragniesz cierpieć?

WERONIKA ROSATI: Zauważyłam, że zdecydowanie lepiej mi się gra, gdy cierpię. Ale czy to lubię? Powiem tak – lubię żyć. A na życie składa się zarówno radość, jak i cierpienie. Przez ostatni rok doświadczyłam wiele złego. Ale po pierwsze dzięki tej całej nagonce uzmysłowiłam sobie, jaka jestem szczęśliwa, że mam rodzinę, która jest dla mnie naprawdę najważniejsza na świecie, oraz prawdziwych przyjaciół, którzy stoją za mną murem. Po drugie wiem, że już niedługo dla odmiany dostanę od losu coś dobrego.

GALA: Skąd to wiesz?

WERONIKA ROSATI: Jestem pełna nadziei i wierzę, że ten rok będzie dla mnie fajny. A poza tym mam niezłą intuicję. Zresztą od dwóch tygodni jest tak, że aż się boję…

GALA: Zakochałaś się?

WERONIKA ROSATI: Nic nie powiem.

GALA: Nie musisz. Wystarczy, że jak o tym mówisz, błyszczą ci oczy. Łatwo obdarzasz uczuciem innych ludzi?

WERONIKA ROSATI: W domu nauczono mnie, żeby nigdy nie ukrywać swoich uczuć. Moi rodzice, poza tym że są kochającym się, niezwykle czułym i szanującym się małżeństwem, są także dla siebie najlepszymi przyjaciółmi. Ich przykład i to, w jakiej atmosferze się wychowywałam, powoduje, że mam ogromną potrzebę kochania i bycia kochaną.

GALA: A budzi się w tobie instynkt macierzyński?

WERONIKA ROSATI: O, kochana! On się we mnie budzi od 17. roku życia. I wciąż o tym marzę. Ale jestem na tyle odpowiedzialna, że nie chciałabym, aby to stało się teraz, gdy jestem rozdarta między dwoma kontynentami.

GALA: A co byś zrobiła, gdybyś stanęła przed dylematem: rodzina albo kariera?

WERONIKA ROSATI: Rodzina. Bez dwóch zdań. Chyba bym się zapiła na śmierć w samotności, gdybym wybrała inaczej (śmiech). Na razie jednak koncentruję się na pracy, bo w moim życiu prywatnym jest, jak jest, czyli… nie jest. Ale życz mi w tym nowym roku miłości, miłości i jeszcze raz miłości.

GALA: Życzę ci jej, choć jesteś piękna, a mężczyźni boją się takich kobiet.

WERONIKA ROSATI: Oni w ogóle chyba się boją kobiet. Poza tym nie zgadzam się z opinią, że jestem piękna.

GALA: Chcesz powiedzieć, że uważasz się za przeciętną dziewczynę?

WERONIKA ROSATI: Z pewnością jestem inna. Wiem, że niektórym mogę się podobać, a innym nie. Poza tym, nawet jeśli zdaniem kogoś jestem piękna, mnie to szczęścia w życiu nie dało. Bo niektórzy mężczyźni, gdy uważają kobietę za atrakcyjną, mają potrzebę utrzymywania jej w przekonaniu, że jest mniej inteligentna.

GALA: I chcą ją kontrolować na każdym kroku?

WERONIKA ROSATI: W moim przypadku nikomu się to nie udało, więc nie wiem. Ale mimo że jestem uczuciowa, to miłość nie jest dla mnie łatwa. Niestety, często miałam do czynienia z ludźmi, którzy nie potrafią docenić, że druga osoba chce być dobrym człowiekiem. A ja chcę nim być.

GALA: Czy to ze względu na te przykre przeżycia zaciera ci się niekiedy granica między fikcją a rzeczywistością, jak twierdzisz?

WERONIKA ROSATI: Nie, nie o to chodzi. Picasso powiedział kiedyś, że wszystko, co możesz sobie wyobrazić, jest realne. I ja się z nim zgadzam. Bo czym jest wiara i miłość? Dla mnie to jest pewność, że to, czego nie widzisz, istnieje. To jest pewność rzeczy, na które masz nadzieję. Dla mnie świat uczuć, emocji, wiary, miłości i nadziei jest o wiele bardziej realny od często sztucznej i zakłamanej rzeczywistości. Może dlatego tak bardzo chciałam być aktorką, by czasem wychodzić z tej rzeczywistości.

GALA: Jesteś aktorką przez 24 godziny na dobę?

 

WERONIKA ROSATI: Ależ skąd. Nie należę do kobiet w typie Joan Crawford, która powiedziała kiedyś: „ Jestem Joan Crawford, a nie dziewczyną z sąsiedztwa. Jeśli chcecie dziewczyny z sąsiedztwa, proszę zapukać do drzwi obok”. Choć z drugiej strony, gdy gram jakąś postać, nic innego dla mnie wtedy nie istnieje.

GALA: Czujesz się dowartościowana jako aktorka?

WERONIKA ROSATI: Czuję, że uczciwie nad sobą pracuję.

GALA: Ale nie grasz w kasowych przebojach.

WERONIKA ROSATI: Nie myślę o tym, by grać w przebojach kasowych lub w filmach, które będą wygrywały festiwal za festiwalem. Nie o to chodzi.

GALA: A o co?

WERONIKA ROSATI: Póki gram, czuję się szczęśliwa, bo aktor pod tym względem podobny jest do sportowca i musi pracować, żeby nie wyjść z wprawy. Lubię też spotykać na swojej drodze kreatywnych ludzi. Takich jak Piotr Matwiejczyk. Zrobiliśmy ostatnio razem film i jestem dumna, że u niego zagrałam. To dla mnie ważne, że taki człowiek chce ze mną pracować. A chce, bo od brata, który z kolei pracował przy „Pitbullu”, usłyszał, że na planie dałam z siebie wszystko. I to, że ta opinia za mną idzie – jest najważniejsze.

GALA: Kiedy w amerykańskiej szkole masz zagrać radość, przywołujesz właśnie to wspomnienie?

WERONIKA ROSATI: Nie. Odkryłam, że gdy mam zagrać zarówno radość, jak i smutek, przywołuję wspomnienie kogoś, na kim mi bardzo zależało. I na szczęście jest to osoba, o której absolutnie nikt nic nie wie. Dlatego jest to dla mnie tak cenne.