GALA: Dwadzieścia lat temu miał Pan świadomość, że zmienia się epoka?

WŁADYSŁAW FRASYNIUK: Po wyborach czerwcowych jeszcze nie, dopiero pod koniec sierpnia, kiedy Tadeusz Mazowiecki został premierem. Wtedy zmienił się świat. Trudno to opisać... Jeden z najszczęśliwszych momentów w moim życiu. Czułem, że od tej chwili żyję w innej rzeczywistości, o której mogłem tylko śnić. Tadeusz Mazowiecki i Leszek Balcerowicz to ludzie, którzy stworzyli fundament niepodległego państwa, gospodarki rynkowej, instytucji demokratycznych, społeczeństwa obywatelskiego. Bez nich nie budowalibyśmy dalej gmachu. Dla mnie to współcześni bohaterowie. Mazowieckiego kocham, to mój największy autorytet. Nieprawdopodobnie porządny, przyzwoity człowiek. Od nas wszystko się zaczęło, my przewróciliśmy bramę komunizmu, inni przez pół roku patrzyli, czy zaczną do nas strzelać.

GALA: Ale świat myśli, że zaczęło się od muru berlińskiego.

WŁADYSŁAW FRASYNIUK: Bo to efektowne obrazki. Ale strasznie też na to pracujemy, żeby świat o nas nie pamiętał. Jesteśmy bardzo konsekwentnym narodem w pluciu na własną historię i własnych bohaterów.

GALA: Oglądałam niedawno archiwalne materiały z obrad Okrągłego Stołu. Pan wydawał się wtedy lekko zagubiony.

WŁADYSŁAW FRASYNIUK: Pamiętam, jak wchodziliśmy do pałacu przy Krakowskim Przedmieściu – robotnicy z więzień, śmierdzących dołków na komisariatach. A tu szerokie schody, piękne żyrandole i władza, która ma wszystkie narzędzia w ręku. Czułem się tak, jakbym nagle z piwnicy znalazł się na ostatnim piętrze Pałacu Kultury. Wtedy bałem się, że możemy wszystko stracić. Nie mieliśmy za sobą armii, „Solidarność” to była garstka ludzi. Jedyne, co posiadaliśmy, to przyzwoitość i wiarę, że jesteśmy od nich lepsi.

GALA: Popierała Was cała Polska.

WŁADYSŁAW FRASYNIUK: Wszyscy na ulicach mówili: „Widzieliśmy, super, Wałęsa, Bujak, Michnik, Geremek”. Czyli najbardziej trefne nazwiska. Zorientowałem się, że każde włączenie kamery i pokazanie nas w telewizji zmienia nastroje. Ludzie uznali, że nie jesteśmy przestępcami i że już wolno inaczej myśleć.

GALA: Pana syn Michał ma 14 lat, wnuczka Wiktoria – 10. Rozmawia Pan z nimi o tamtych czasach?

WŁADYSŁAW FRASYNIUK: Rzadko, ale staram się im pokazać, że można być przyzwoitym człowiekiem, z charakterem, niezależnie od okoliczności. Chcę nauczyć ich optymizmu, wiary w ludzi, nieustannego szukania. Wnuczka cieszy się, że jestem znany. Ciągle mnie o coś dopytuje, widzę, że jest ze mnie dumna. Fajnie mówi: „Dziadku, ty tyle dobrego zrobiłeś dla Polski”. A moje dzieci, zwłaszcza starsze od Michała córki, na pewno nie myślą, że tata jest bohaterem. Tata to ktoś, przez kogo ciągle były kłopoty, milicja, przeszukania w domu. W szkole słyszały, że jestem kryminalistą, siedzę, bo ukradłem 80 milionów. Gdy wyszedłem z więzienia w 1986 roku, moja córka Dominika przyprowadziła wszystkie koleżanki i kolegów z podwórka, żeby pokazać, że ma tatę.

GALA: Jak Pan tłumaczył córkom, że siedział w więzieniu?

WŁADYSŁAW FRASYNIUK: Mówiłem, że stanąłem w obronie biednych dzieci, którym zabrano zabawki i cukierki. Były ze mnie dumne, ale w pewnym momencie, jak zrobiły się starsze, zorientowały się, że wciskam im kit. Do dzisiaj się ze mnie śmieją. Dzieci mało mnie miały. Kiedy były małe, tatuś albo ukrywał się, albo siedział w więzieniu, kiedy dorosły, tatuś był pyskaty w polityce. Jestem nieustannym zadymiarzem w ich życiu, nie porządkuję im świata. Teraz też widzą, że ojciec stale się z czymś nie zgadza, rozrabia w telewizji.

GALA: Lubi Pan spotkania w szkołach. Ja mam wrażenie, że dla wielu młodych ludzi rok 1989, stan wojenny czy powstanie „Solidarności” to prehistoria.

WŁADYSŁAW FRASYNIUK: Bo trzeba umieć z młodymi rozmawiać. Opowiadam anegdotki ze stanu wojennego, z więzienia. Chcę, żeby zobaczyli, że byliśmy barwnymi postaciami, a nie leśnymi dziadkami. Jak w stanie wojennym Frasyniuka ukrywały kobiety, to też się w nim kochały. Byłem wtedy poszukiwany listem gończym, za pomaganie mi groziło pięć lat więzienia.

GALA: Pana życie to gotowy scenariusz filmowy.

WŁADYSŁAW FRASYNIUK: Od lat szukam kogoś, kto go napisze. Dużo było niesamowitych historii. Dwa razy, jak mnie w więzieniu pobili, to następnego dnia zmarł radziecki przywódca – najpierw Andropow, potem Czernienko. Mówiłem: „Widzicie, jeszcze raz mnie tkniecie, to będzie po następnym”.

GALA: Co dla Pana jest największym sukcesem ostatnich dwudziestu lat?

WŁADYSŁAW FRASYNIUK: Wolność. Zrealizowaliśmy marzenia pokoleń. Ale jeszcze nie do końca umiemy z niej mądrze korzystać. Cieszę się, że młodzi nawet nie wyobrażają sobie życia bez paszportu w szufladzie, z szalejącą cenzurą.

GALA: A co Pana najbardziej drażni?

WŁADYSŁAW FRASYNIUK: Głupota, cynizm, zwłaszcza u osób publicznych. Straszną naszą porażką jest brak autorytetów. Zniszczyliśmy je. Na Geremka z Mazowieckim w pewnym momencie było polowanie z nagonką. Martwi mnie, że w Polsce nie ma pozytywnej legendy „Solidarności”. Ale najbardziej wkurzam się, że tyle w nas wzajemnej niechęci, pogardy, nienawiści. Nie rozumiem tego. W więzieniu uświadomiłem sobie, że człowiek musi być niezwykle otwarty, wręcz naiwny wobec ludzi, dużo im wybaczać. Wiedziałem, że ludzie są słabi, że doniosą, że w każdej celi mam kapusia. I trzeba było w tym świecie żyć.

GALA: Kiedyś mi Pan mówił, że nie interesuje Pana, kto był agentem, kto na Pana doniósł, nie zamierza Pan zaglądać do swojej teczki w IPN.