WOJCIECH MANN Manifest na 60-kę

Udostępnij

Uwielbia umierać ze śmiechu. Lubi whisky i pracę w radiu. Nie lubi się spóźniać. Czasem zatańczy latino. Gdy późno wraca do domu, mówi szczerze: „Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie”. Właśnie skończył 60 lat. Nie stara się na siłę być młody, ale i na emeryturę się nie wybiera. „Zaprogramowałem sobie głowę na więcej radości niż biadolenia” – zdradza nam swoje sposoby na życie.

WOJCIECH MANN Manifest na 60-kę

Przyjaciel Krzysztof Materna nazywa Manna potworem: „Potworna inteligencja połączona z potworną wiedzą, okraszona jeszcze bardziej potworną przebiegłością”. Syn Marcin mówi wprost: „Jego wiedza muzyczna wciąż mnie szokuje. I znajomość angielskiego. Imponuje mi swoją pracowitością i zdeterminowaniem. Gdy ma coś zrobić, nic go od tego nie odciągnie”.

Spotykamy się w słoneczny piątkowy poranek. Tego dnia – już od szóstej na nogach – Wojciech Mann dyskretnie bawi w porannej audycji Trójki. Właśnie puścił na pożegnanie ze słuchaczami „najgłupszą piosenkę świata” i już po 20 minutach zasiada do wywiadu. W czerwonym dresie i koszulce z gotyckimi napisami rzeczywiście nie wygląda na kogoś, kto właśnie skończył 60 lat.

GALA: Zdmuchnął pan 60 świeczek naraz, czy musiał pan, jako palacz recydywista, próbować kilka razy?

WOJCIECH MA NN: Na wszelki wypadek ostrzegłem bliskich, żeby mi żadnych świeczek nie stawiali, bo to pogłębia świadomość, jak wiele lat już mam. Przyznaję, że pięćdziesiąte, czterdzieste urodziny przeszedłem, nie zauważając ich specjalnie, a tutaj miałem paraliżującą świadomość, że to jednak poważny wynik.

GALA: Czy w dniu takich urodzin można sobie powiedzieć: to dobry początek czegoś nowego?

W.M.: Jestem programowo źle nastawiony do rożnych początków typu: pierwszego stycznia obiecuję sobie, że przestanę jeść kiełbasę albo rzucam palenie z okazji okrągłej rocznicy. Ja podejmuję decyzje, kiedy one we mnie dojrzeją. Stąd nawet palić przestałem 20 grudnia, żeby nie było równo. W każdym razie zaprogramowałem sobie głowę z okazji tej rocznicy tak, żeby było więcej radości niż biadolenia w związku z moimi urodzinami. Absolutnie nie wybieram się jeszcze na emeryturę.

GALA: OK, więc świeczek pan nie zdmuchiwał, ale czy tort chociaż był?

W.M.: Nie, bo ja niespecjalnie jadam słodycze. Za to dostałem świetny prezent – zawodową procę. Znajomy pomyślał, że widocznie nie jestem za stary na taką procę. Ogromnie mnie to ucieszyło. Proszę pani, ona ma zawodowy uchwyt i nie jest z gumki od majtek! Nawet nie chcę mówić, czym można z niej strzelać, żeby nie prowokować złych wydarzeń. Na razie trzymam ją w pudełku.

GALA: Jak to jest starzeć się w show-biznesie?

W.M.: Niebezpiecznie, bo można się zagapić. Niech pani spojrzy, co ja mam na sobie. To nie jest strój faceta, który ma 60 lat skończone! Właśnie przyszedł taki moment, że zastanawiam się, czy nie przekraczam granicy śmieszności w stroju, zachowaniu. Na szczęście barometrem są reakcje publiczności, słuchaczy. Na razie nie spotkałem strasznej krytyki.

GALA: Czas pożera nas. Kiedy pan to pierwszy raz poczuł?

W.M.: Uświadamiamy sobie, że jesteśmy starsi, kiedy policjanci są coraz młodsi. Najpierw się ich boimy, a potem się zastanawiamy, czego od nas chce ten dzieciak w mundurze. A tak poważnie to poczułem się staro, gdy zrozumiałem, czym jest odpowiedzialność. Tak w okolicach trzydziestki. Pierwsze małżeństwo było dla mnie takim progiem. Wtedy dojmująco zrozumiałem, że nie mogę już być wolnym elektronem. Wydoroślałem. Troszeczkę.

GALA: Dlaczego tamto małżeństwo się rozpadło?

W.M.: Będę łagodny dla mojej byłej żony: nie dojrzeliśmy. Obydwoje.

GALA: Podkreśla pan, że trzeba uważać, żeby nie być infantylnym, ale gdy widzę pana w programie „Duże dzieci” w hawajskiej koszuli, mam wrażenie, że trudno pana zupełnie poważnie potraktować.

W.M.: Eee, to tylko kostium. Niech mi pani wierzy, nie staram się na siłę być młody. Tak naprawdę bardzo pilnuję tzw. różnicy pokoleniowej. Robię to ze względu na syna. On ma 17 lat i potrzebuje autorytetu, nie kumpla. Mnie się to nawet podoba, że Marcin się ze mnie naśmiewa, bo nie używam Gadu-Gadu albo nie znam czegoś w nowych trendach muzycznych. Tak być powinno.

GALA: W muzyce czas płynie inaczej? Trzeba gonić za nowinkami?

W.M.: Muzyka jest dobrym sposobem na oszukanie czasu. Gdybym chciał iść za modą, byłbym ciężko doświadczony, bo mi się wiele rzeczy nie podoba, a tak mogę się schować w tę muzykę, która trwa, a ja ją lubię. Muzyka daje dystans. Dla mnie jest jak kokon bezpieczeństwa.

GALA: Czas staje w miejscu, gdy słucha pan genialnego utworu? Wpada pan w „dziurę czasową”, uniesienie, odlot, który nie wiadomo ile trwa?

W.M.: Tak. I wtedy wyjątkowo źle znoszę, gdy ktoś inaczej czuje niż ja. Przez lata zamęczałem ludzi. Sadzałem ich w domu, kazałem słuchać płyt. Nie pozwalałem mówić. Tłumaczyłem teksty, a oni mieli siedzieć i chłonąć. Gdy ktoś mruknął, zostawał moim wrogiem na lata. Przyznaję, byłem tyranem.

GALA: Nie frustruje pana ulotność radia?

W.M.: Kiedyś mnie frustrowało, że to wszystko znika w eterze, ale ja je tak lubię! Poza tym, proszę pani, wszystko jest ulotne. Życie jest ulotne. Dobrze jest być dobrze zapamiętanym, ale żeby dzieci się o mnie miały uczyć, to już nie. Kocham radio i jestem wdzięczny Panu Bogu, że przez lata nie budziłem się rano, myśląc, że idę do ohydnej pracy. Wręcz odwrotnie, miałem bardzo udane życie.

GALA: Ale magia szklanego ekranu też pana wessała.

 

W.M.: W telewizji wszystko jest większe. Większe pieniądze, szybsza sława, ale też większe zawiści i boleśniejsze upadki. Niesprawiedliwe jest to, że człowiek cztery razy przeczyta pogodę i jest bardziej znany niż radiowiec z 20-letnim stażem.

GALA: Proszę mi wyjaśnić, bo nie byłam w stanie tego ustalić: czy w młodości był pan hipisem, rockandrollowcem, czy jeszcze kimś innym?

W.M.: Ha, to się sprowadzało głównie do tego, że jak mi jeszcze włosy rosły, to im pozwalałem rosnąć. Miałem loki do ramion. Wyglądało to komicznie. Byłem na marginesie różnych subkultur. Ocierałem się o ruch hipisowski. Działałem po prostu w środowisku skupionym wokół klubu muzycznego, który jeszcze w liceum założyliśmy z Andrzejem Olechowskim. Proszę pamiętać, że wszystkie te sformułowania biorą w łeb w wypadku ludzi zza żelaznej kurtyny. Tu rock and rollem był i Nat King Cole, i Presley, i Cliff Richard. Potrafili wszystko do jednego wora wrzucić. I zawsze było to podejrzane i złe. Dlatego poznawanie zachodniej muzyki było dla mnie w latach 60. jak błądzenie po nieznanej krainie. Każde nowe odkrycie było świętem.

Do dzisiaj pamiętam zapach zagranicznej płyty po otwarciu. Był cały zestaw rytuałów związanych z umieszczeniem jej w gramofonie. Do tej pory nerwowo reaguję, gdy ktoś przy mnie niewłaściwie włoży analogową płytę do koperty. To jest irracjonalne, ale gdy widzę tych kolegów od skreczowania, gdzie oni palcami dotykają czarnej płyty i się nią bawią, odczuwam to jak rysowanie nożem po tablicy. Ja latami przecież te analogi przecierałem szmatką! Były też technologie prostowania płyt. To jest wielka wiedza, proszę pani.

GALA: Więc kim pan jest skoro nie hippisem ani rockandrollowcem? Luzakiem?

W.M.: Tak. W komunie w rubryczkę zawód wpisywałem: inteligent pracujący. Ze mną jest kłopot, bo nie wiadomo, jaki mam gust. Jedno jest pewne: nie znoszę muzyki klubowej. Country też mnie już nie kręci.

GALA: A Bach, Chopin pana kręcą?

W.M.: Za mało wiem o tej muzyce. Miałem złe doświadczenia z operą. Raz byłem z narzeczoną i zapomniałem, że do tylnej kieszeni spodni wsadziłem czekoladę, żeby nią poczęstować koleżankę w antrakcie. Bardzo się potem dziwiła owa dziewczyna, że spocony stałem całą przerwę tyłem do ściany. A z „Jeziora łabędziego” wyszedłem za wcześnie i dopiero w taksówce uświadomiłem sobie, że ten łabędź nie umarł i w szatni było jakoś tak pusto. Po tych doświadczeniach nie pałałem miłością do muzyki poważnej.

GALA: Przez lata prowadził pan programy satyryczne z Materną. Czuje pan terror śmiechu wokół pana?

W.M.: Jest taki syndrom i to jest koszmarne. Jak gdzieś wchodzę, wszyscy się spodziewają, że będzie śmiesznie. Czy gdy się spotyka znanego boksera, należy się spodziewać, że da w mordę? Lubię żartować, ale bez przesady.

GALA: A czy humor pomagał panu w sytuacjach małżeńskich?

W.M.: Gdy kiedyś zasłuchałem się, zapatrzyłem, zapomniałem, już sam nie wiem gdzie i wróciłem o tej strrrraaasznej porze do domu, moja żona oniemiała, gdy powiedziałem: Nic nie mam na swoje usprawiedliwienie. Czasami ratuje mnie rola sierotki.

GALA: Często umiera pan ze śmiechu?

W.M.: Uwielbiam to. Wtedy muszę mieć dużo chustek, bo się usmarczę i łzy mi lecą.

GALA: Ile rodzajów śmiechu pan ma?

W.M.: Z 10. Spróbuję zrobić klasyfi kację. Śmiech zbywający – gdy osoba, którą lubię, opowie koszmarny żart. Śmiech wyczekujący, otwarty – gdy coś się dobrze zapowiada. Beztroski – gdy rozbawią mnie dzieci. Wewnętrzny – jak moja asystentka się potknie.

GALA: Śmiano się z pana w zły sposób?

W.M.: Oczywiście. Chodziło o moją tuszę. Albo że sapię lub siorbię w radiu.

GALA: Jak się pan bronił jako dziecko przed wyśmiewaniem?

W.M.: Praktycznie całe życie musiałem sobie radzić z tym, że jestem grubszy od innych. I jeszcze okulary nosiłem. Walka z tym nie ma sensu. Wolałem pewne rzeczy uprzedzać. Starałem się czymś innym imponować.

GALA: „Śmieszno i strasznie” – z czym się panu to sformułowanie kojarzy?

W.M.: Z PRL-em. Nie byłem dysydentem, ale ciągle trzeba było uciekać przed idiotyzmem tamtych czasów. Gdy chciałem dostać paszport, a nie miałem pieczątek, bo nigdzie nie pracowałem, wmówiłem takiemu gościowi, że jestem poetą. I że nie należę do Związku Literatów, bo jestem na razie młodym poetą. „Gdzie pan pracuje?” – pytał. „W domu. Piszę wiersze”. „Ale musi pan mieć poświadczenie” – naciskał. „Mama mogłaby wystawić” – odpowiadałem. „Ale ona nie ma pieczątek” – konstatował tamten. „No nie ma” – odpowiadałem. I straszno, i śmiesznie było.

GALA: Podobno pisał pan teksty piosenek?

W.M.: Tak. Dramatycznie miłosne były te teksty, byłem bowiem pod silnym wpływem Leonarda Cohena.

GALA: Tańce latynoskie jeszcze pan wykonuje?

W.M.: Zdarza mi się. Ale audytorium musi być wąskie. Bo jak się rozpędzę, mogę w kogoś uderzyć.

GALA: Łapał pan doła przez muzykę?

W.M.: Oczywiście. Ten sam kawałek może mnie rozbawić albo wprowadzić w takie stany, że gdybym jeszcze to podlał alkoholem, strach pomyśleć, co by było. Przy Nicku Cavie miewałem takie dziwne stany.

GALA: Pracując w radiu, czuł pan, że ma władzę nad ludźmi?

 

W.M.: Głównie nocą. Jeżeli pod drzwiami studia zjawia się dziewczyna ze Śląska i mówi: „Już jestem”, a na zdanie: „Ale my chyba nie byliśmy umówieni” wyciąga bukiet kwiatów, a potem śpi pod drzwiami na podłodze, to coś z tym trzeba zrobić. Bywały też listy z propozycjami małżeństwa, ale szybko zrobiłem coming out, w sensie mojego wizerunku, i się skończyło.

GALA: A pana muzyka popchnęła do dziwnych zachowań?

W.M.: Czasami za komuny wyrywaliśmy importowych artystów z ramion PAGART-u i zabieraliśmy na dzikie imprezy w mieście. Raz zrobiłem coś niewiarygodnego. Stevie Wonder przekonał mnie do zaśpiewania razem z nim piosenki. Gdy sobie to przypomnę, resztki włosów stają mi na głowie! Wyobraża sobie pani mnie śpiewającego „I just called to say I love you” na Stadionie Dziesięciolecia?!

GALA: Muzyka to narkotyk?

W.M.: Chyba tak, skoro tyle lat mnie kręci. Tyle lat chcę się nią dzielić z innymi. Cały czas uważam, że odkryję coś ważnego. To wkręca, uzależnia. Całe lata wariowałem z powodu płyt. Mam siatkę informatorów na całym świecie, którzy stają do licytacji. Zmusiłem kolegę z Nowego Jorku, żeby wziął udział w aukcji w Teksasie. Pojechał po jeden mały czarny singielek. To jest szajba. Ale nigdy nie ukradłem płyty.

GALA: Inne „muzyczne” uzależnienia?

W.M.: Marihuana mnie nie wciągnęła, bo po niej ma się apetyt, a ja muszę uważać na wagę. Pamiętam, jak na jednej imprezie zjadłem cały tort chochlą do zupy. Ostatnio ktoś źle zareagował na moje wyznanie, że lubię whisky: „Wielkie panisko, a kiedyś grzał gorzałę”. Tak, ale teraz wolę coś innego.

GALA: To prawda, że pan jest niedoszłym saksofonistą?

W.M.: To było moje marzenie: błyszczący saksofon, rozmarzony wzrok kobiet, a ja dmę... Ale jedyny instrument, który został mi zakupiony, to gitara produkcji krajowej. Niestety, nie dało się na niej grać, nawet gdybym miał talent. Zniechęciłem się po kilku dniach, bo palce miałem we krwi. Więc moje próby zostania muzykiem zakończyły się gitarą w wersalce.

GALA: Pana rodzice byli lwowiakami.

W.M.: Długi czas nawet zaciągałem z lwowska lub podobnie mówiłem, np.: „Ta, przecież nie masz szalika”. Parę lat temu znalazłem we Lwowie dom, który zbudował mój dziadek. Zniszczono tam wszystkie oznaki polskości, ale – o dziwo – nie skuli naszego herbu nad wejściem. Dziadek był inżynierem rolnikiem, a ojciec skończył studia malarskie w Wiedniu. Dziadka uwielbiałem, choć słabo go pamiętam. Wiem, że wyszedł ze Lwowa tylko ze srebrną laską i w smokingu.

GALA: A co to za historia z wyrzuceniem pana ze studiów w 1968?

W.M.: Podpadłem, bo roznosiłem ulotki i zamieszałem się w zadymę pod Politechniką. Nie lubię tego opowiadać, bo nic mi się takiego strasznego nie stało. Wywalili mnie z SGPiS-u i wylądowałem na anglistyce. W sumie tylko na tym zyskałem.

GALA: I nie dostał pan wilczego biletu?

W.M.: Nie. Ścigałem się z policją i tyle. Poruszyło mnie to, że na UW można było napisać na murze: „Demokracji, a nie pałek”. Ale za bardzo świadomy to ja nie byłem. Nagonkę antysemicką też boleśnie przeżyłem, bo w klubie muzycznym, który prowadziłem, byli koledzy pochodzenia żydowskiego. Często uczestniczyłem w pożegnaniach na Dworcu Gdańskim, skąd koledzy wyjeżdżali z paszportem w jedną stronę. To było okropne.

GALA: Jak słucha muzyki Mann?

W.M.: Gdy jest coś dobrego, to ciarki mi chodzą po krzyżu, mam motyle w brzuchu i pożądanie płyty. Chcę ją natychmiast mieć.

Komentarze

Marcelina Zawadzka

Vero Moda - Sweter

Kup teraz

129.9 zł

Spódnica sp25

Kup teraz

89 zł

Carinii - Szpilki

Kup teraz

179.9 zł

Mango - Płaszcz Manuela

Kup teraz

199.9 zł