Nie mam najmniejszych wątpliwości, że siedzę przed najprawdziwszą królową. W Szwecji nazywają Cię królową nieruchomości?

Tak właśnie jestem tu nazywana.

Koronowałaś się sama?

Można tak powiedzieć. (śmiech) Absolutnie sama.

Jakie były początki Twojego imperium?

Zaczęło się od wielkich marzeń. Kiedy miałam sześć lat, pragnęłam mieć zamek...

Spełniłaś marzenie – masz zamek. A dlaczego chciałaś przyjechać do Szwecji?

Po prostu chciałam wyrwać się z Polski...

Bo?

Nie widziałam tam miejsca dla siebie. Komunizm mnie przytłaczał: wszystko było szare, ograniczone, a ja byłam dziewczyną, która pragnęła czegoś więcej. Marzyłam o zamku, o byciu kobietą sławy, sukcesu i pieniądza. Miałam zupełnie inne pragnienia niż wszystkie moje koleżanki.

Jaka była Twoja rodzina?

Rodzice prowadzili garbarnię w Przasnyszu. Można powiedzieć, że mieli własny biznes. Wtedy mówiło się, że byli ludźmi z tak zwaną prywatną inicjatywą.

Rodzice akceptowali córkę marzycielkę?

Byli dosyć obojętni na to, co chciałam robić w życiu. Powtarzali mi tylko jedno: że uczę się dla siebie, że właściwie wszystko, co robię, to robię tylko dla siebie, wcale nie dla nich. Ja natomiast myślałam odwrotnie – uważałam, że wszystko robię dla swojej rodziny: mamy i taty.

W drodze do Szwecji poznałaś Greka, który został Twoim mężem. Bardzo szybko zdecydowałaś się na małżeństwo.

To była szybka i chwilowa decyzja. Nasze małżeństwo trwało dwa lata. Mój mąż pochodził z arystokratycznej greckiej rodziny. Nie lubił sprzątać, gotować, zajmować się banalnymi rzeczami.

Kochałaś go?

Nie.

To dlaczego za niego wyszłaś?

Bardzo szybko zaszłam w ciążę. Nasz związek miał być bardziej przyjacielski, ale mój przyszły wtedy mąż zakochał się we mnie i poprosił o rękę. A ja się zgodziłam.

Po rozstaniu z nim byłaś w dramatycznej sytuacji. Bez pieniędzy, pracy, mieszkania, w obcym kraju, sama z dzieckiem. Ktoś Ci wtedy pomagał?

Absolutnie nikt. Poza tym nigdy nie korzystałam z żadnej pomocy socjalnej  w Szwecji. Zaznałam straszliwej biedy  i przekonałam się, jak nisko można upaść. Nigdy nie żebrałam na ulicach, bo uważałam, że to byłoby poniżej mojej godności, ale nieraz weszłam do sklepu i coś zjadłam, żeby przetrwać kilka godzin do dnia następnego. Myślałam tylko o tym, kiedy dostanę moją pierwszą wypłatę albo pójdę do kogoś i coś zjem. To były okrutne dni mojego życia.

Gdzie szukałaś pomocy?

Przede wszystkim szukałam pracy. Studiowałam medycynę, w związku  z tym pracowałam po nocach w szpitalu jako pomoc przy chorych.

Nie pomyślałaś wtedy, żeby wrócić do Polski?

Nie było nawet mowy o powrocie. Ja, Koziatkówna, która pojechała zdobyć cały świat? Przetrwałam ten najgorszy okres i pojechałam do ambasady w letnich sandałach, a był grudzień, prosząc o przedłużenie paszportu. Nigdy ani przez moment nie pomyślałam, żeby się poddać.

A były mąż, ojciec dziecka, pomagał Ci, płacił alimenty?

Nie dostałam od niego ani jednej korony. Przeciwnie, mścił się za to, że go zostawiłam. Potrafił to robić w okrutny sposób. Poniżał mnie i straszył. Chciał mi ukraść dziecko. Musiałam wtedy wykazać bardzo dużo sprytu, siły, żeby się przed nim ustrzec i nie stracić pewności siebie jako kobieta  i przede wszystkim jako matka.

Jak doszłaś do wielkich pieniędzy?

Uczyłam się i ciężko pracowałam jednocześnie. Z czasem pomału wychodziłam z tej strasznej biedy. W końcu było mnie stać na własny dom – segment w szeregowcu. I pierwsze duże pieniądze zarobiłam właśnie na jego sprzedaży z wielokrotnym zyskiem.

Pierwszy milion zarobiłaś sama czy ktoś Ci go podarował – na dobry początek?

Zarobiłam sama. Robiłam najróżniejsze biznesy. Sporo współpracowałam z Węgrami w dziedzinie produktów wysokiej technologii, choćby komputerów, kaset wideo, audio, które sama częściowo produkowałam. Przez półtora roku miałam linię produkcyjną w Hongkongu. Później sprzedałam moją pierwszą nieruchomość i jak już mówiłam, te pieniądze dały początek mojej fortunie.

Los Ci znowu zaczął sprzyjać. Również w uczuciach. Jak poznałaś swojego drugiego męża?

Na ulicy. Jakkolwiek to śmiesznie zabrzmi. Zawsze robię z tego żarty... Jechałam tamtego dnia samochodem, a on jechał za mną bardzo eleganckim autem, co natychmiast zwróciło moją uwagę. „Wow! Ależ piękny samochód – taki bym chciała mieć” – pomyślałam.

Czyli wyrwał Cię na brykę?

Tak, miał rzeczywiście superbrykę i zaczęłam się coraz bardziej tej limuzynie przyglądać. Był przekonany, że go podrywam, a mi imponował tylko jego samochód – nic więcej. (śmiech)

Kierowca okazał się fajniejszy niż samochód?

Okazał się fantastycznym człowiekiem, mężczyzną i potem mężem. Rzeczywiście zjawił się w odpowiedniej porze mojego życia. Kochał się we mnie niesamowicie.

Co się takiego stało, że się Wam nie udało?

Myślę, że to sprawa różnicy wieku. Był 27 lat starszy ode mnie.

Może szukałaś w nim bardziej ojca?

Masz rację, ale szukałam również męża, aby stworzyć dla mojego coraz starszego syna rodzinę. Powiedziałam do niego: „Ja szukam męża, a nie przygód. Nie ma w moim życiu miejsca na przelotne romanse”. Usłyszałam od niego: „To świetna propozycja, ale dlaczego aż tak poważna?”. Więc wytłumaczyłam mu, w jakiej jestem sytuacji, a on powiedział: „Wiesz, to ja się z tobą ożenię nawet i z tego powodu”.

I był ojczymem dla Twojego syna Aleksandra, dał mu nazwisko.

Był naprawdę wspaniałym ojcem.

Do chwili aż pojawił się trzeci mąż. W jaki sposób Cię uwiódł?

 

Szaleńczo. Pisał do mnie codziennie. Od pierwszego dnia, kiedy zobaczył mnie na basenie, jak szłam w jedwabnych szortach i koronkowej tunice, na wysokich obcasach. Zauważył mnie w drzwiach hotelu, w drodze na basen. Popatrzył na mnie i stwierdził: „To będzie moja żona”. Przy tym wszystkim był doskonałym kochankiem.

Jak długo byliście razem?

10 lat. Nasze uczucie określano mianem miłości stulecia. Wszyscy o tym mówili.

Jest jeszcze jeden szczególny mężczyzna w Twoim życiu: syn Aleksander. Powiedziałaś mi, że jego życie wisiało na włosku.

Mój syn był okazem piękna, inteligencji, ambicji, a przede wszystkim zdrowia. Porównywany w szkole do J.F. Kennedy’ego. Przez 18 lat nigdy nie chorował i nagle zaczął zapadać na schorzenie, którego nie można było zdiagnozować u niego przez wiele miesięcy. Męczyły go bóle, które przemieszczały się w organizmie, przestał jeść. Miewał częste gorączki. Powiedział do mnie pewnego dnia: „Mamo, musisz mi pomóc zdać maturę. Nie wiem, jak to zrobisz, ale ty masz w sobie taką siłę. Pomóż mi”. Zrobiłam wszystko, co mogłam. Zawoziłam go na egzaminy, opiekowałam się nim. Tak przez kilka miesięcy. Zajmowałam się Aleksandrem jak maleńkim dzieckiem, które trzeba budzić, nosić na rękach. Dosłownie.

Bo on już wtedy nie mógł chodzić…

Wszystkie jego stawy zaatakowała choroba. Cierpiał na anemię. Cały puchł  i nie mógł się ruszać. Najgorsze w tym wszystkim było to, że wyniki krwi  i wszystkich innych badań nie wskazywały na żadną konkretną chorobę. Nikt z lekarzy nie wiedział, co mu jest. Do chwili aż na szpitalnym korytarzu nie pojawiła się młoda profesor medycyny i powiedziała: „Ja chyba wiem, co to jest”. Dała diagnozę: choroba Stilla, niestety nieuleczalna. Nie ma nic gorszego niż choroba dziecka. Wierz mi, że każdy rodzic oddałby wszystko, co ma, by jego dziecko było zdrowe. Aleksander dalej cierpi, ale dzięki temu, że zdiagnozowano chorobę, możemy z nią walczyć. On żyje życiem bardzo specjalnym, ale staramy się, by mógł w miarę normalnie funkcjonować. Tylko my  w rodzinie wiemy, ile kryje się cierpienia za tą piękną fasadą – bólu, płaczu oraz poświęceń.

Pomogła mu Twoja walka o niego, o jego życie?

Pomogła wiara i miłość moja i jego cudownej żony Japonki. Są wspaniałym małżeństwem i mają trójkę dzieci. To najlepszy dowód na to, że miłość potrafi przezwyciężyć wszystkie przeciwności losu.

Siedzimy w zamku, który zbudowano w XVII wieku. Kupiłaś go za ogromne pieniądze. Fortuna życia.

Zamek jest rzeczywiście ukoronowaniem mojego całego imperium w nieruchomościach, a poza tym jeszcze mam kilka innych majątków ziemskich...

Co jeszcze do Ciebie należy w Szwecji?

Wiele domów – jakieś kilkaset, prawie tysiąc mieszkań. Dwa jeziora, własna wyspa, lasy, ulice. Już nie kupuję pojedynczych domów, teraz lubię kupować dzielnice lub całe ulice.

Szwedzi Cię zaakceptowali?

Oni mnie podziwiają i nienawidzą jednocześnie.

To co, Koziatkówna może teraz zaprosić do siebie cały rodzinny Przasnysz?

Oczywiście. (śmiech) I nikt już nie powie, że snuję niestworzone historie  o tym, że będę mieszkać w zamku...