Yuka Ebihara to znana japońska tancerka, która kilka lat temu zawitała do Polski. Dla tańca porzuciła Japonię i przyjechała do naszego kraju. Tu robi zawrotną karierą. W 2011 roku związała się z Teatrem Wielkim. Dziś jest pierwszą solistką Polskiego Baletu Narodowego. Yuka Ebihara udzieliła wywiadu Annie Luboń, której opowiedziała, jak odnalazła się w naszym kraju i jak obecnie wygląda jej życie.

Tańczy Pani codziennie?

Tak, mamy próby od 10 rano do 18. Ćwiczymy nawet, kiedy wieczorem jest spektakl. Zdarza się, że na próbach tańczę inny balet niż wieczorem na scenie, bo przygotowujemy się do kolejnej premiery. Ale taniec na tym zyskuje, musimy być rozgrzani, mieć ciało gotowe na skomplikowane układy.

To nie jest męczące?

Jest. Pod koniec tygodnia czuję każdy mięsień. Dlatego trzeba chodzić na masaże i być pod stałą opieką fizjoterapeutów. Dodatkowo chodzę na pilates, mam nawet dyplom trenerki. Taniec zajmuje mi cały dzień, wieczorem w domu mam czas tylko na wspólne gotowanie z mężem, czasem oglądam inscenizacje na DVD w ramach przygotowań do nowego spektaklu. Zdarza się, że wychodzimy gdzieś z przyjaciółmi. A w poniedziałki prowadzę zajęcia z baletu dla dzieci.

Gotuje Pani dania kuchni japońskiej?
Tak. Chociaż nie przepadam za ryżem, wiem, że trudno w to uwierzyć. Ale mój mąż uwielbia, więc gotuję dla niego. On zresztą też świetnie gotuje, potrafi przyrządzać dania kuchni japońskiej. Najbardziej lubię właśnie te wspólne chwile spędzone przy kolacji po całym dniu pracy.

Japonka i Hiszpan w polskim balecie! Jak się poznaliście?

Tu, w zespole baletowym, w Warszawie. Oboje byliśmy nie stąd. I każde z nas miało za sobą długą drogę. Carlos wyjechał z domu, mając 14 lat, chodził do szkoły baletowej w Niemczech. Tańczył nawet w Japonii. Ja w Kanadzie, Norwegii, Chorwacji, Anglii, USA. To są trudne sytuacje, wszędzie trzeba budować swoją pozycję od zera. Ale zawsze marzyłam o teatrach europejskich, a wcale nie jest łatwo się tu dostać. Walczyłam, brałam udział w kolejnych przesłuchaniach. Wreszcie dostałam dłuższy kontrakt w Chorwacji, a potem trafiłam
do Polskiego Baletu Narodowego.

Pani dom jest teraz w Polsce?

Właściwie nie wiem, gdzie jest mój dom. Ślub wzięliśmy w Warszawie, rodzina przyjechała, z wyjątkiem brata, który był zbyt zajęty – jest urzędnikiem ministerstwa w Tokio. Wie pani, nie mam sentymentu do Japonii, nie lubiłam być Japonką. Mój ojciec jest biznesmenem,
przez kilka lat mieszkaliśmy w Chinach, ale potem wróciliśmy do Japonii i nie byłam z tego powodu szczęśliwa. Nie lubiłam japońskiej szkoły baletowej, marzyłam, by studiować taniec za granicą. Udało mi się to dopiero, kiedy skończyłam 18 lat, wtedy poleciałam do Kanady. W tym wieku zaczyna się już karierę profesjonalną, ja dopiero zaczynałam prawdziwa szkołę.

Co to znaczy, ze nie lubiła Pani być Japonka?

Zawsze chciałam być Europejka. Nie lubiłam siebie, swojego ciała. Uważałam, ze balet jest stworzony dla Europejczyków. Musiało minąć wiele lat, zanim uświadomiłam sobie, ze mam japońska mentalność i wrażliwość i na tym polega moja wyjątkowość. Pogodziłam się z tym, że jestem Japonka i nigdy nie będę nikim innym. Dopiero poza rodzinnym krajem uświadomiłam sobie własną tożsamość.

I polubiła Pani swoje ciało?

Lubie je bardziej niż kiedyś. Choć nadal mam kompleksy. Nie polubiłam swoich nóg, bioder, sylwetki. Ale to mnie tylko motywuje, żeby jeszcze ciężej pracować.

Na scenie wygląda Pani, jakby unosiła się w powietrzu. Może jest Pani dla siebie zbyt surowa?

To dzięki technice tańca. Teraz mierzę się z „Jeziorem łabędzim”. Wokół tego baletu jest najwięcej stereotypów i oczekiwań. Tancerka musi być przecież słynnym łabędziem: ta zwinność, ten ruch, ta sylwetka. Tańczyłam już kiedyś „Jezioro” w Londynie, białego i czarnego łabędzia. W naszej wersji, nieco odmiennej od klasycznej, tańczą dwie tancerki, ja jestem czarnym łabędziem. Chyba bywam częściej postrzegana jako czarny łabędź, ale nie wiem, która rola jest mi bliższa. Być może wszystkie tancerki mają w sobie tę dwoistość.

Jest wiele stereotypów na temat baletu. Na przykład, ze sama szkoła jest koszmarnie trudna. Pani ma takie doświadczenia?

Najtrudniejsze było to, ze musiałam jednocześnie uczyć się w szkole baletowej i w zwykłej. Marzyłam, by zająć  się tylko baletem,
ale rodzicom bardzo zależało, żebym poszła na uniwersytet. W Japonii ciężko jest z praca dla tancerzy. Studiowałam przez pół roku komunikacje, ale z każdym dniem utwierdzałam się w przekonaniu, ze chce wyłącznie tańczyć. Wspierała mnie mama, czasem nawet w tajemnicy przed ojcem, który upierał się przy moich studiach. Mama rozumiała moja pasje, kryła mnie, kiedy uczestniczyłam w zajęciach baletowych, zamiast uczyć się do egzaminów. Miałyśmy niesamowicie bliska relacje.

Już nie macie?

W Kanadzie musiałam wydorośleć. Byłam tam sama, zaczynałam szkołę baletową w obcym miejscu. Mama chciała mi pomagać, ale ja wiedziałam, ze jeśli się nie uniezależnię, to sobie nie poradzę.Chciałam czuć się odpowiedzialna za wszystkie swoje decyzje, za porzucenie uniwersytetu i inne wybory. Musiałam zmienić zasady naszej relacji, by stać się silniejsza. Nauczyłam się tego własnie tam, w Kanadzie, kiedy musiałam sobie poradzić z naprawdę trudnymi stronami życia tancerki baletowej. Ale wiedziałam, ze jeśli będę miękka, jeśli będę ciągle się kogoś radzić i na kimś wieszać, nigdy mi się to nie uda.

Tańczy Pani czasem z mężem w jednym spektaklu?

Nie, na szczęście. Oczywiście z partnerem w tańcu trzeba mieć bliską relację, móc mu o wszystkim powiedzieć, i wszystkiego wysłuchać. Ale od życiowego partnera oczekuje więcej niż od tanecznego. Obawiam się, że mogłoby mi zabraknąć koniecznej dyplomacji, gdyby coć poszło nie tak w tańcu z własnym mężem.

Na scenie miedzy tancerzami często nawiązują się romanse. To prawda?

Emocje są silne. Ale ja zawsze umiałam oddzielić uczucia do partnera na scenie od tego, co dzieje się poza nią. Nawet jeśli zakochałam się w kimś na scenie, to uczucie zostawało tylko tam. Bo wiem, ze nie sprawdziłoby się w prawdziwym życiu, poza teatrem.

Co zmieniło w Pani życiu małżeństwo?

Maz dodał mi wiary we własne siły, dzięki niemu stałam się dla siebie trochę łagodniejsza. Kiedyś w moim życiu był naprawdę tylko balet, taniec był ważniejszy niż wszystko. Teraz dostrzegam więcej rzeczy i jestem pewna, że to też pomaga mi jako artystce.

Rodzice oglądają Panią na scenie?

Jeśli akurat są w Warszawie, oczywiście. Myślę, że są ze mnie dumni.

A Pani jest z siebie dumna?

Chyba mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa, że coś mi się udało. Kiedy zaczynałam w Kanadzie, byłam totalnie niepewna siebie i tego, czy podjęłam słuszna decyzje, rzucając studia, czy dokądkolwiek dojdę. Dużo się nauczyłam od tamtej pory. Tutaj, w Warszawie, po roku tańczenia w zespole, po spektaklu „Sen nocy letniej” awansowałam na pierwsza solistkę. Nikt się tego nie spodziewał i nawet szeptano,że japońska tancerka nie powinna zostać pierwszą solistką Polskiego Baletu Narodowego. Dla mnie to był ogromny sukces, choć także wielka odpowiedzialność i presja. Jako solistka czuje, ze wymagania wobec mnie są coraz wyższe. Nie mogę sobie pozwolić na błąd. Muszę być coraz lepsza, żeby zachować pozycję, którą osiągnęłam. Ale na tym polega życie tancerki.