GALA: Wciąż jesteś „w nastroju nieprzysiadalnym”?

MARCIN DOROCIŃSKI:  Po prostu nie lubię mizdrzenia się ani w życiu, ani na scenie. Gazety czy telewizja wyolbrzymiają pewne zjawiska. „Rozklepują” każdego delikwenta na bardzo cienki kotlet, przez który wszystko widać, i prywatnie nic mu nie zostaje. Każdy ma swoje słabości, każdy musi sobie z nimi radzić. To są rzeczy kruche i ulotne, i jak się opowie o wszystkim, to nic nie zostanie w środku.

GALA: Czujesz się „rozklepywany”?

MARCIN DOROCIŃSKI: Jeszcze nie, ale czuję, że lodówka jest otwarta. Mięso tam leży.

GALA: Decydując się na bycie aktorem, musisz być przygotowany na to, że stajesz się osobą publiczną.

MARCIN DOROCIŃSKI: Wiem. Gram i sukcesywnie zamykam lodówkę.

GALA: I tak się szarpiemy przy tych drzwiach lodówki, bo chcesz czy nie, jesteś amantem filmowym.

MARCIN DOROCIŃSKI: Ale w ostatnich filmach byłem i obleśny, i brudny. Co ze mnie za amant? Amantami można było nazywać przedwojennych aktorów. Rudolf Valentino – to był amant. Eteryczna uroda i granie na przydechu.W dzisiejszych czasach taki typ nie istnieje.

GALA: Można by słowo „amant” zmienić na „ciacho”. Tak o tobie piszą w internecie.

MARCIN DOROCIŃSKI: O Jezus Maria! Nie! To wolę być amantem.

GALA: Jak byś się nazwał?

MARCIN DOROCIŃSKI: Dobry aktor. Aktor. Po prostu. Dzwoni komórka Marcina. Słyszę, jak grzecznie tłumaczy agentce, żeby znalazła za niego zastępstwo w teatrze, bo w weekend chce zostać z dziećmi.

GALA: Wolisz być z dziećmi, niż grać?!

MARCIN DOROCIŃSKI: Ostatnio tak. Podoba mi się bycie tatą. Lubię to. To mi daje odskocznię. I jakoś mnie to zajmowanie się maluchami wcale nie stresuje.

GALA: Dwuipółletni syn i czteromiesięczna córeczka. To nie może być łatwe...

MARCIN DOROCIŃSKI: To jest ciężka robota, ale bardzo sympatyczna.

GALA: Ulubiona zabawa Stasia i Janiny?

MARCIN DOROCIŃSKI: Fajnie jest oglądać razem filmy rysunkowe. Można też rzucać kolorowe gumowe rzeczy na okna i patrzeć, jak spadają. Albo rysować. Albo się po prostu wygłupiać. Bardzo lubimy, na przykład, jeździć samochodem.

GALA: Samochód jest dobry do usypiania dzieci.

MARCIN DOROCIŃSKI: To działa na Stasia. Rzeczywiście usypiam go w samochodzie, a później przekładam do wózka lub do łóżeczka.

 

GALA: Czujesz pokoleniową różnicę w podejściu do dzieci? Nasi ojcowie tak chętnie nie biegali z wózeczkami.

MARCIN DOROCIŃSKI: Kiedyś rodzice nie mogli tyle czasu poświęcać swoim dzieciom, ponieważ musieli ciężko pracować, żeby zarobić pieniądze, więc dzieci musiały wychowywać się same. Dlatego mój zawód jest fajny, bo mogę pracować przez dłuższy czas, a później np. trzy miesiące w ogóle nie pracować i siedzieć z dziećmi.

GALA: Ile ci zajmuje zmiana pieluchy?

MARCIN DOROCIŃSKI: Chodzi o to, żeby pieluchę założyć dobrze, a nie szybko.

GALA: Komisarz Desperski wśród pieluszek?

MARCIN DOROCIŃSKI: Tak. I świetnie się z tym czuję.

GALA: Kiedy myślisz „ojcostwo”, to jakie obrazy stają ci przed oczyma?

MARCIN DOROCIŃSKI: Moje dzieci. Każdy dzień i każda noc. Codziennie jest niby tak samo, ale jednak inaczej.

GALA: Do ojcostwa się dojrzewa?

MARCIN DOROCIŃSKI: Od samego początku, kiedy się dowiedziałem, że jesteśmy w ciąży, poczułem się ojcem. Nie stało się to przy rytualnym przecinaniu pępowiny ani przy pierwszym uśmiechu dziecka. Czasami tylko zaskakuje mnie to, że na coś się umawiałem z tym młodym człowiekiem, a tu jednak majtki są przelane. Ale to też jest fajne. Praca nad sobą, żeby się nie zirytować za szybko i za łatwo, jest dużym wyzwaniem dla młodego ojca.

GALA: Co ci pomaga w byciu tatą? Czytasz na ten temat?

MARCIN DOROCIŃSKI: Czasami fajne artykuły w internecie się zdarzają. Chociaż wiem, że trzeba to przeżyć samemu i każdy przypadek jest inny. To nie są jakieś małe robociki, tylko indywidualności, i trzeba im pomóc, żeby urosły jak najfajniejsze.

GALA: Masz grupę ojców, z którymi sobie o tym rozmawiasz?

MARCIN DOROCIŃSKI: Tak, mieszkają w naszej dzielnicy przyjaciele po fachu. Odwiedzamy się, rozmawiamy o tym co i jak. Czasami ktoś podpowie, co jest lepsze na kolki albo czy to coś na kolki dawać przed jedzeniem, czy po. Mamy szczęście, że nasza przyjaciółka Marta Balicka, z którą mieszkamy przez ścianę, przyjmowała nasze dzieci na świat, jest lekarzem wysokiej klasy i sama ma dzieci.

GALA: Pukacie w ścianę i przychodzi?

MARCIN DOROCIŃSKI: Powiem więcej – wchodzimy do niej bez pukania.

GALA: A zagubienie i bezradność?

MARCIN DOROCIŃSKI: Zdarza się. Jak się już nie ma argumentów, a z drugiej strony nie ma współpracy, to czasami jest się bezradnym. Ale te momenty trzeba przetrwać. Mam świetny wzorzec w mojej żonie, więc uczę się od mistrza.

GALA: Małe dzieci, mały kłopot, duże dzieci, duży kłopot?

MARCIN DOROCIŃSKI: Tak mówią.

GALA: Wiesz to, bo masz w domu także nastolatka.

MARCIN DOROCIŃSKI: Ale Kuba (syn żony Marcina z poprzedniego związku – przyp. red.) akurat jest najmądrzejszy z nas wszystkich, poza tym ma fajną dziewczynę oraz bardzo ładnie i często gra na perkusji.

GALA: Twoja definicja rodziny? Ucieczka przed samotnością czy realizacja siebie?

 

MARCIN DOROCIŃSKI: Mnie się ciśnie na usta tylko jedno słowo związane z rodziną: „miłość”. Bo jeżeli tego nie ma, to kapota. Wszystko inne jest wtórne.

GALA: Ale przecież miłość raz jest, raz jej nie ma...

MARCIN DOROCIŃSKI: Miłość niejedno ma imię... Najfajniejsze rzeczy rodzą się z miłości. Miłość jest największą inspiracją. Miłość w codzienności, miłość poprzez zmęczenie, cierpliwość, walkę ze swoimi słabościami. Miłość mimo wszystko wygrywa. Choć jest ciężko, jest trudno, człowiek nie ma siły, to ten jeden uśmiech kochanej osoby rekompensuje wszystko.

GALA: A co się dzieje, jak miłość umiera?

MARCIN DOROCIŃSKI: Nie chcę nawet o tym myśleć.

GALA: W komedii „Idealny facet dla mojej dziewczyny”, gdzie grasz główną rolę, ściera się kilka światopoglądów, m.in. feministyczny z katolickim. Lubisz feministki?

MARCIN DOROCIŃSKI: Nie rozumiem, że ktoś nie może dostać pracy, bo jest kobietą. Albo ktoś tę pracę traci, bo urodził dziecko. Nie dziwię się, że kobiety wzięły sprawy w swoje ręce i w ruchach feministycznych walczą o swoje prawa. Ja jednak staram się skupiać na tym, co mogę zrobić dla kobiet w moim otoczeniu, żeby im było jak najlepiej. Myślę, że jeśli każdy skupiłby się na kobiecie najbliższej swojego serca czy swojej dłoni, to nie byłoby źle.

GALA: I dlatego w ramach równouprawnienia bez szemrania zostajesz z dziećmi, gdy twoja żona idzie do pracy?

MARCIN DOROCIŃSKI: Jakie równouprawnienie!? Dla mnie to jest naturalne, że jak się jest we dwoje i razem się żyje, trzeba sobie pomagać. Nie wyobrażam sobie inaczej.

GALA: „Idealny facet dla mojej dziewczyny” w gruncie rzeczy kpi z kobiet.

MARCIN DOROCIŃSKI: Chłopaki obśmiewają pewne ekstremalne zachowania. Też nie lubię pewnych ekstremów, wszelkiego rodzaju przejaskrawień – narodowościowych czy na tle płci i wiary.

GALA: Ci, którzy mówią głośno o swoich przekonaniach, są drażniący?

MARCIN DOROCIŃSKI: O swoich przekonaniach trzeba mówić głośno. Nie ma się co wstydzić tego, w co się wierzy czy jak się żyje. Natomiast nie ma co przekonywać innych, że jest się lepszym.

GALA: Co ważnego pojawiło się w tym scenariuszu, że zdecydowałeś się zagrać w komedii erotycznej?

MARCIN DOROCIŃSKI: Wydawało mi się, że jest to o człowieku i jego słabościach. Ale też o radzeniu sobie z sobą samym. Postać, którą gram, nie jest oczywista. To outsider z marzeniami. Ma niezwykle bogatą wyobraźnię. Ale marzy o jednym: żeby się zakochać i mieć dzieci.

GALA: Ostatecznie wszyscy lądują z tym jednym marzeniem?

MARCIN DOROCIŃSKI: Tak. I to jest fajne. W tym się spełniam. Tego chciałem, więc to mam.

GALA: Powiedziałeś kiedyś, że drogowskazami w twoim życiu są miłość i wiara. Co to znaczy być człowiekiem wierzącym?

MARCIN DOROCIŃSKI: Bóg jest miłością, a więc miłość jest w życiu najważniejsza.

GALA: Czy w swoich wyborach zawodowych kierujesz się wiarą?

MARCIN DOROCIŃSKI: W pracy chcę przeczytać dobry scenariusz i on mnie ma zapalić do robienia filmu.

GALA: A potem widzimy cię na plakacie z nagą Magdą Boczarską. Wymowa filmu nie ma dla ciebie znaczenia?

MARCIN DOROCIŃSKI: Gdy mieliśmy robić ten film, to się pytałem, czy chłopaki nie chcą sobie „drzeć łacha” z Kościoła i z wiary. Powiedzieli, że nie. Andrzej Saramonowicz był nawet cztery razy na pielgrzymce do Częstochowy. Wywnioskowałem, że wiara jest dla niego czymś ważnym. Powiedziałem: „OK, róbmy to”.

GALA: Czyli całkowicie zaufałeś reżyserowi?

MARCIN DOROCIŃSKI: Tak. Aktor oczywiście ponosi odpowiedzialność za swoje czyny i za to, co robi, ale ostatecznie zawsze jest użyty.

GALA: I jak się z tym czujesz?

MARCIN DOROCIŃSKI: Nie zastanawiam się nad tym. Staram się skoncentrować na pracy, żeby po prostu zrobić to, co umiem jak najlepiej. Reszta nie należy już do mnie. Nie jest tak, że każdy nowy projekt wywołuje u mnie myśli: „Co to będzie? Jak to będzie wyglądało na koniec?”. Chyba że na etapie prób czuję, że mi to nie leży. Wtedy się wycofuję.

GALA: Starasz się pracować z ludźmi, którzy myślą jak ty?

MARCIN DOROCIŃSKI: Niekoniecznie. Film to nie jest spotkanie prywatne i poglądy nie powinny mieć wpływu na życie zawodowe. W życie zawodowe wchodzimy już ukształtowani. Myślę, że jednak najwięcej człowiek wynosi z młodości, z domu, z otoczenia, w którym przebywa. To kształtuje najbardziej. Dla mnie najważniejszy jest człowiek. I to, jaki jesteś dla innego człowieka, jest odzwierciedleniem tego, jaki jesteś naprawdę. Możesz coś udawać, nawet przed samym sobą, uciekać, ale to wyłazi.

GALA: Co z ciebie wyłazi?

MARCIN DOROCIŃSKI: Po co taka klasyfikacja?! Jestem normalnym kolesiem, który spędził kilkanaście lat swojego życia na wsi wśród mnóstwa cudownych rówieśników, bawiąc się w to samo co miliony dzieci w Polsce.

GALA: Twoją bajką jest prowincja.

MARCIN DOROCIŃSKI: Tak, ale wyjechałem, mając 19 lat, i potem radziłem już sobie sam. Na to, kim jestem, mieli wpływ ludzie, których spotykałem tu, w Warszawie. Niektórzy mi pomogli, niektórym ja pomogłem. Niektórych niechcący skrzywdziłem, niektórzy mnie skrzywdzili. Życie...

GALA: Prowincja daje siłę czy wpędza w kompleksy?

 

MARCIN DOROCIŃSKI: Prowincja to nie żaden kompleks. Inna rzecz może cię obciążać. To, czy jesteś akceptowany, i to, co ci przekazują rodzice, jak jest u ciebie w domu. Jak rodzina da ci siłę, to nie masz żadnych kompleksów. Dostałem od moich rodziców dużo wsparcia.

GALA: O co chodzi w aktorstwie?

MARCIN DOROCIŃSKI: Nie wiem.

GALA: Powiedziałeś kiedyś: „Zrozumiałem, o co chodzi w aktorstwie”.

MARCIN DOROCIŃSKI: Powiedziałem tak? To byłem głupi. Nadal nie mam pojęcia, o co w tym chodzi.

GALA: Doświadczyłeś czegoś tak wyjątkowego jak praca u Krystiana Lupy. Na czym polega niezwykłość tego reżysera?

MARCIN DOROCIŃSKI: Pracując z Krystianem, człowiek jest tyle razy w śmiechu, w płaczu, w szczęśliwości, w upokorzeniu! I ciągle doświadcza tego, jak mało wie. Krystian Lupa nauczył mnie jednej wyjątkowej rzeczy – żeby nie spełniać czyichś oczekiwań, żeby nie schlebiać reżyserowi. On uczył, żeby myśleć samemu. Przetworzyć te wszystkie dane, które daje reżyser, i stworzyć coś niezwykłego i własnego.

GALA: Grasz w Teatrze Dramatycznym od jedenastu lat. Masz silne relacje z personelem teatralnym?

MARCIN DOROCIŃSKI: Tak. W tym roku odszedł z pracy pan Józef Sobota, który był najstarszym garderobianym w kraju. 52 lata pracował w zawodzie. Pan Józef miał dar przepowiadania. Prawdopodobieństwo było duże, że będzie taka premiera, jak pan Józef powiedział. Wszyscy go uwielbiali, choć często prawił komplementy, które brzmiały jak wbicie szpilki. Przechadzał się swoim wolnym krokiem, w niebieskim fartuchu, z igłą z nitką wbitą w klapę. To była kopalnia wiedzy i doświadczenia.

GALA: Teatr mieści się w Palacu Kultury, są tu marmury, skrzypiące schody. Lubisz to miejsce?

MARCIN DOROCIŃSKI: Można się tu zapodziać na bankiecie po spektaklu. A jak ktoś się „zanietrzeźwi”, to może zaginąć. Ale to też ma swój urok. Kiedyś porywaliśmy wszystkich pracowników do węża, którym opasaliśmy pół Pałacu. Wszyscy wspominają to do dziś. Taka była zabawa.

GALA: W komedii „Idealny facet dla mojej dziewczyny” grasz kompozytora muzyki sakralnej. Masz ulubioną muzykę, taką prawie świętą?

MARCIN DOROCIŃSKI: Pamiętam, jak leżałem na łóżku u siebie w pokoju, gdy byłem nastolatkiem, i słuchałem płyty „Rattle and Hum” zespołu U2. Albo kiedy słyszałem gitarę The Edge’a w „Where the Streets Have No Name”, to mnie gdzieś niosło w inny świat. Ale może była to tęsknota za nieznanym? Oni śpiewali po angielsku i nie do końca to rozumiałem, ale chciałem być gdzie indziej. Teraz mam tak przy hip-hopie. Bardzo lubię Paktofonikę, niektóre utwory przenoszą mnie gdzieś daleko, czy Kaliber 44. Czy jak słucham „If You’re Going to San Francisco” Scotta McKenzie, Bena Harpera czy Isaaca Hayesa, Red Hot Chili Peppers. Mam tak z różną muzyką. Ale czy to jest przeżycie sakralne?