Rok temu była tylko jedną z wielu początkujących aktorek. Marzyła, by występować na deskach teatralnych. W ciągu tych dwunastu miesięcy w jej karierze zmieniło się jednak prawie wszystko. Wiosną zagrała główną rolę w kinowym hicie „Nie kłam, kochanie” i serialu „Teraz albo nigdy”. Jesienią pojawiła się w „Tańcu z gwiazdami”. W marcu i lipcu była bohaterką okładkowych wywiadów „Gali”. To wszystko sprawiło, że zaledwie 24-letnia Marta w błyskawicznym tempie stała się gwiazdą. Internauci piszą, że jest zjawiskowa, i obwołują ją drugą Joanną Brodzik. Nie było więc dla nas zaskoczeniem, że czytelnicy „Gali” to jej przyznali Różę w kategorii Piękny debiut 2008 roku.

 

GALA: Gdy się na ciebie patrzy, można odnieść wrażenie, że twoje życie jest usłane różami.

 

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: : Zdaję sobie sprawę z tego, że na pierwszy rzut oka tak to może wyglądać, ale uwierz mi, że mam na swoim koncie także porażki. I życie nauczyło mnie przegrywać. Owszem, teraz jest o mnie głośno i dobra passa trwa, ale to się nie stało z dnia na dzień. Bo debiutowałam już jakiś czas temu, po cichu. I trzy lata zajęło mi dojście do tego momentu kariery, w którym jestem teraz.

GALA: Trzy lata to bardzo niewiele.

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Może. Ale to była konsekwentna i ciężka praca. Nie oszczędzałam się, naprawdę. Jak trzeba było wstać o świcie – wstawałam. Gdy trzeba było zostać na planie po zdjęciach – zostawałam. Bez kaprysów, bez fochów, ale za to z nastawieniem, że chcę się jak najwięcej nauczyć i chcę pracować. Bo o tym, żeby być aktorką, marzyłam od dawna. Najpierw wprawdzie odrzuciłam to marzenie, bo uznałam, że ten zawód nie daje żadnej stabilizacji w życiu. Potem jednak to wróciło do mnie ze zdwojoną mocą. I już nie odpuściłam.

GALA: A jak twoje marzenia mają się do rzeczywistości?

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Rzeczywistość mnie trochę rozczarowała, ale ja w ogóle jestem takim typem, który wszystko za bardzo idealizuje. Gdy pierwszy raz zobaczyłam piramidy, żałowałam, bo w mojej wyobraźni były piękniejsze.

 

GALA: Co rozczarowało cię najbardziej?

 

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Chyba ludzie… Wiesz, ja zostałam wychowana w fajnym domu, gdzie uczono mnie szczerości, uczciwości i przyzwoitości. To rodzice wpoili mi, że do celu nie trzeba iść po trupach. I w tym moim małym Przechlewie to wszystko się sprawdzało. Ale w Warszawie spotkałam ludzi, którzy nie mają skrupułów. Nie wiem, dlaczego jest ich tutaj aż tak wielu. Może przez to, że jest większe zaludnienie na metr kwadratowy?

GALA: Wybrałaś też zawód, w którym ludzie się nawzajem wygryzają. Panuje olbrzymia konkurencja.

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Tak, ale to nie znaczy, że nie zdarzają się w tym środowisku prawdziwe przyjaźnie. Znalazłam takich ludzi wśród aktorów i aktorek.

 

GALA: A jak taka dobrze ułożona dziewczyna odnajduje się na planie filmowym, gdzie ludziom często puszczają nerwy, co chwilę padają niecenzuralne słowa?

 

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Ja akurat zawsze trafiam do takich ekip, gdzie kobiety się szanuje. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek była przez kogoś źle potraktowana. Może dlatego że zawsze staram się najpierw zakumplować. Nie tylko z aktorami, ale także z panem od światła, jednym, drugim. Zawsze pytam, co słychać u żony, co u dzieci. Czasem przychodzę rano do kateringu bez make-upu i jak jest chwila, to siadamy, rozmawiamy, śmiejemy się. Nie jestem rozkapryszoną panienką ani jakąś lalą, na którą można tylko patrzeć, a ona się słowem nie odezwie.

 

GALA: Nigdy nie narzekasz?

 

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Kiedy jest czwarta rano, za oknem jest zimno, pada śnieg i wszyscy śpią, nawet mój pies, który do tej pory wstawał razem ze mną, wtedy narzekam, przyznaję się. Ale zaraz potem gryzę się w język. Bo mam koleżanki, które mówią, że oddałyby naprawdę bardzo wiele, żeby się ze mną zamienić na miejsca.

 

GALA:  A gdy twój życiowy partner wyciska z ciebie siódme poty, by przygotować cię do kolejnego odcinka „Tańca z gwiazdami”, nie masz dość?

 

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Miałam kryzys, bo nietrudno o niego, gdy jesteś zmęczona, musisz być codzienie na planie i wiesz, że musisz także przygotować się do następnego odcinka programu. To było wtedy, gdy tańczyłam sambę. Czułam, że odpadnę. Serio. Wszyscy mówili: „Nie kokietuj”, ale ja miałam wewnętrzne przekonanie, że to już koniec, bo nie byłam przygotowana tak, jak powinnam, a poza tym nie wierzyłam w to, co robię. Ale kiedy już przeszłam tę sambę, bardzo dużo sobie uświadomiłam.

 

GALA: Mianowicie?

 

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Wcześniej, może przez to, że media okrzyknęły mnie faworytką, czułam, że muszę się bardzo starać, byłam zestresowana. Nie umiałam się też do końca cieszyć wysokimi notami i sympatią widzów, bo to mnie onieśmielało. Jeśli zaś chodzi o oceny jury, to tylko raz – przy walcu angielskim – uważałam, że zasługuję na cztery dziesiątki. Bo czułam ten taniec całym sercem.

 

GALA: Czy gdybyś miała się porównać do jakiegoś tańca, byłby to właśnie walc?

 

 

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Byłby to zarówno walc, jak i salsa. Bo ja jestem osobą pełną sprzeczności. Potrafię na przykład wpadać w euforię, a zaraz potem w megadół. Jestem otwarta w stosunku do ludzi, ale nieraz się przed nimi chowam w swoich czterech ścianach. Na ogół jestem też bardzo krytyczna wobec siebie i uważam, że wiele rzeczy jeszcze muszę w sobie poprawić. Ale są takie dni, kiedy patrzę na siebie w lustrze i mówię do odbicia: „Jest OK”. Mogłabym takie skrajne przykłady podawać w nieskończoność. A wracając do „Tańca z gwiazdami”, po sambie wyluzowałam. Powiedziałam sobie: „Przestań się, dziewczyno, spinać. Nic nie musisz, więc zacznij czerpać z tego programu to, o co ci chodziło – czyli radość z tańca”. Może stało się tak dlatego, że widzowie zaczęli głosować na kogoś innego.

 

GALA: Nie martwi cię to, że być może wygra ktoś inny?

 

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Przynajmniej nie będę miała problemu, bo nie lubię małych samochodów.

 

GALA: Nie wierzę, że nie byłoby ci przykro.

 

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Na pewno byłoby. Ale przyzwyczaiłam się już do zajmowania drugich miejsc. Zawsze, gdy na przykład startowałam w jakichś zawodach sportowych, z kimś przegrywałam. Dlatego mam dystans do tej sytuacji. Każda przegrana czegoś uczy. Może nie wygram tu, ale wygram gdzie indziej, dzięki temu, że wystąpiłam w tym programie?

GALA: „Taniec z gwiazdami” to nie tylko wysokie noty od jury i sympatia widzów, ale także fala krytyki wobec ciebie, a przede wszystkim wobec twojego partnera – życiowego i tanecznego zarazem. I masa spekulacji. Podobno to Adamowi bardzo zależało, by w tym programie wystąpić.

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Nie zamierzam dementować wszystkich tych bzdur, bo wiem, że to spowoduje kolejną lawinę. Ale powiem ci jedno – w momencie, kiedy dostaliśmy propozycję, by zatańczyć razem, długo biłam się z myślami. I ta decyzja była podejmowana naprawdę w dużych bólach. Bo Adam powiedział: „Mnie ten program nie jest potrzebny, tobie zresztą w tej chwili również nie, ale jeśli chcesz, zrobię to z tobą. Musi to być jednak twoja świadoma decyzja. Ja zaakceptuję każdy twój wybór”. Błagałam go, żeby zdecydował za mnie albo przynajmniej pomógł mi podjąć tę decyzję, ale był niezłomny.

 

GALA: Co w takim razie spowodowało, że się zgodziłaś?

 

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: To też był impuls, bo akurat kiedy zbliżał się termin ostatecznej odpowiedzi, poczułam, że chcę to zrobić. Może pomyślałam przewrotnie: „teraz albo nigdy”? Sama nie wiem. Wcześniej jednak zrobiłam sobie kartkę z plusami i minusami.

 

GALA: Jaki jest największy plus?

 

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Myślę, że taniec. Chociaż wiem, że w tym programie nie on liczy się najbardziej i to jest akurat minus.

 

GALA: A czy to, że tańczysz ze swoim chłopakiem, pomaga ci czy paradoksalnie – przeszkadza?

 

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Na pewno pomaga pod tym względem, że nam te wszystkie emocje łatwiej przychodzą niż innym. Ale i przeszkadza, bo one nie są grane. Dlatego czasem stresuję się, żeby za dużo nie pokazać tym wszystkim obiektywom ustawionym na nas, kiedy tańczymy. Ciężko jest cały czas się pilnować. Ale obiecałam sobie, że skoro już zdecydowałam się wystąpić z Adamem, to chcę to zrobić w odpowiedni sposób. Od początku jednak wiedziałam, że – jeśli chodzi o minusy – w pewnym sensie wystawiam nasz związek na widok publiczny, trochę na ostrzał. Mam nadzieję, że na razie wszystko idzie w dobrym kierunku.

GALA: To znaczy?

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: To znaczy, że nie wszystko jest na sprzedaż. My tylko razem tańczymy.

 

GALA: I przy okazji zupełnie niechcący mówicie, że chcecie mieć piątkę dzieci?

 

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Pamiętam, jak nas męczyli za kulisami, żebyśmy coś pisnęli na ten temat. A myśmy uparcie nic nie chcieli powiedzieć. W końcu odpowiedzieliśmy coś na odczepnego, żartem. I gazety natychmiast to podchwyciły.

GALA: Jak się mówi „a”, potem trzeba być konsekwentnym...

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: Oczywiście chcemy mieć w przyszłości dzieci i byłoby wspaniale, gdyby było ich dużo, ale na wszystko w życiu jest czas.

 

GALA: Między wami jest dwanaście lat różnicy. Sporo...

 

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: To dziwne, ale między nami ta różnica całkowicie się zatarła. A czasami wręcz mam wrażenie, że to ja jestem starsza.

 

GALA: Większość dziewczyn w twoim wieku zmienia chłopaków jak rękawiczki, ty prowadzisz już ustatkowane życie. Nie brakuje ci czasami szaleństwa?

 

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: No właśnie. Czasami też się zastanawiam, dlaczego mnie tak szybko taka fajna miłość spotkała. Nawet nie zdążyłam sobie pobłądzić. Ale gdy tylko tak sobie pomyślę, od razu mówię: „Boże kochany, przecież właśnie dlatego jestem szczęściarą, że mam przy sobie Adama”. Po prostu mi się trafiło. Niektórzy już tak mają, że są w czepku urodzeni.

 

GALA: Ale nawet tym urodzonym w czepku zdarzają się chude lata. Jesteś na nie przygotowana?

 

MARTA ŻMUDA TRZEBIATOWSKA: W tym roku spotkało mnie wiele fantastycznych rzeczy. Spełniłam też swoje marzenie. Bo kiedyś obiecałam sobie, że zaraz po szkole wystąpię w fabule. Udało mi się i to podwójnie, ponieważ wystąpiłam w „Nie kłam, kochanie” i w „Sercu na dłoni”. Gdybyś mi parę lat temu powiedziała, że tak będzie, kazałabym ci się popukać w czoło. To wszystko tak szybko się zaczęło, że równie szybko może się skończyć. I oczywiście nie mogę przewidzieć, co się będzie ze mną działo, gdy telefon nagle przestanie dzwonić. Ale chyba nie byłoby tak źle, bo mam wokół siebie naprawdę fajnych ludzi.