GALA: Denerwujesz się?

OLGA FRYCZ: Chodzi ci o to, że palę?

GALA: Jesteś uzależniona?

OLGA FRYCZ: Palę dużo. To już chyba uzależnienie. Jedni piją, inni palą...

GALA: Chcesz powiedzieć, że nie można żyć bez nałogów?

OLGA FRYCZ: Każdy ma jakąś słabość...

GALA: Początki palenia to zawsze rodzaj buntu. Bunt nastolatki masz już za sobą?

OLGA FRYCZ: Nie miałam się przed czym buntować, bo na dużo mi zawsze pozwalano. Od dziecka byłam bardzo samodzielna. Uczyłam się w szkole muzycznej, miałam mnóstwo zajęć pozaszkolnych. Opiekowałam się młodszymi braćmi i miałam bardzo dużo obowiązków. Wiedziałam, że pewnych rzeczy nie mogę zrobić. Zresztą nie za bardzo miałam na to czas. Jeździłam na obozy sportowe i językowe, miałam wolność i zaufanie rodziców.

GALA: Masz nieoczywistą urodę: jesteś filigranowa, masz porcelanową cerę, ale czasami wyglądasz jak chłopczyca. Jak to jest z Twoim poczuciem kobiecości?

OLGA FRYCZ: Mam wady i zdaję sobie z nich sprawę. I pewnych rzeczy, jak na przykład mojej fizyczności, nie przeskoczę. Ale ją akceptuję. Oczywiście pewne partie ciała lubię bardziej, inne mniej. Staram się mieć dystans do siebie.

GALA: Jak na swój wiek masz go i tak sporo.

OLGA FRYCZ: Generalnie zawsze stoję trochę z boku. Moi bliscy wiedzą, że potrafię być duszą towarzystwa, tylko trzeba umieć kupić moje specyficzne poczucie humoru. Nie każdy je kupuje.

GALA: Nie każdy. Wprawiłaś w osłupienie samego Kubę Wojewódzkiego. Nawet jego zatkało, gdy powiedziałaś, że masz minę „kota srającego na deszczu”.

OLGA FRYCZ: To był program rozrywkowy. Wygłupiałam się. To określenie trzymało się konwencji tego programu.

GALA: Kto Cię uczył dystansu?

OLGA FRYCZ: Myślę, że wpływ na to miało moje wychowanie. Choćbym nie wiem jak chciała, nie mogłam być pępkiem świata. Mam czwórkę rodzeństwa. U nas wszystko było wydzielone. Mama kupowała pięć pomarańczy i dla każdego było po jednej. Kupowała pięć batonów i każdy miał po jednym. Pamiętam, jak chodziliśmy do kuzynów czy znajomych, którzy byli jedynakami i u nich w salonie stały naczynia z ciasteczkami, krakersami, owocami. I tak sobie stały te naczynia przez tydzień i każdy dzióbał po jednym. U nas, gdyby taki talerz pełen czekoladek stanął na stole, to każdy by garściami brał, żeby mieć jak najwięcej. Musieliśmy się liczyć ze sobą nawzajem. Wychowano mnie w poczuciu, że nie jestem najważniejsza. Żyłam w stadzie. Myślę, że to było super.

GALA: To była dobra szkoła przetrwania, ale czy dystansu?

OLGA FRYCZ: Duży wpływ na ten dystans, takie patrzenie z boku, mieli moi rodzice. Tata cały czas jest osobą, która stoi z boku. Dlatego po sukcesie filmów, w których zagrałam, nie miałam parcia, że muszę się wszędzie pokazywać, że muszę się zawsze uśmiechać i być zawsze w dobrym humorze, a do tego jeszcze świetnie wyglądać. Jestem człowiekiem, a nie gwiazdą.

GALA: Unikasz mediów jak ognia.

OLGA FRYCZ: Nie! Uważam, że można z mediami żyć, ale na własnych warunkach. Nie wszystko muszę akceptować. Poza tym jestem głęboko przekonana, że nie można się za bardzo uzewnętrzniać. Tajemnica w człowieku to jest ten najcenniejszy dar, jaki może mieć.

GALA: Ojciec Cię tego nauczył?

OLGA FRYCZ: Tak. On pokazał mi, że najbardziej fascynujące w relacji jest odkrywanie tajemnicy, którą ma drugi człowiek. Dlatego ona musi być chroniona. Zostać w sferze intymnej. To jest okropne, kiedy ludzie się tak wyprzedają na zewnątrz, że już nic nie zostaje dla ich bliskich...

GALA: Czego jeszcze nauczył Cię ojciec?

OLGA FRYCZ: Nauczył mnie też tego, żeby za bardzo się nie cieszyć. Zawsze, gdy coś mi się udawało, bardzo głośno o tym mówiłam. Teraz to się zmienia. Trochę trwało, zanim zrozumiałam, że nie zawsze mam wokół siebie ludzi mi przychylnych. Najpierw ktoś mnie poklepuje po plecach, a za chwilę od tej samej osoby dostaJę takiego kopa, że lecę na drugi koniec świata. Generalnie pracuję nad sobą, nad swoim charakterem.

GALA: Powinnaś być bardziej dyplomatyczna?

OLGA FRYCZ: Powinnam, ale mi to nie wychodzi. Niepotrzebnie wchodzę w dyskusję. Na siłę bronię swojego zdania. Często przekonuję ludzi do jakichś idei i nagle sobie uświadamiam, że w sumie nie zależy mi na tym, by ich przekonywać. Nie lubię tego w sobie. Zadaję sobie pytanie: po co, Olga, pchasz się w te wszystkie konfliktowe sytuacje? Do czego jest ci to potrzebne?

GALA: Konflikty czasem się przydają. Dzięki nim porządkujemy nasze przekonania.

 

OLGA FRYCZ: Lubię dyskutować z ludźmi mądrymi. Czasami oczywiście niektórzy mnie wkurzają, ale mam o czym z nimi porozmawiać. Często nawet potrafią przekonać mnie, że nie mam racji! Mam przyjaciółkę z dzieciństwa, która zawsze ma odmienne zdanie. Denerwuję się na nią okropnie, ale jest mi bardzo bliska.

GALA: Jesteś niezależna, często pokazujesz pazurki. Masz taką kocią naturę?

OLGA FRYCZ: Określiłabym to raczej jako psią naturę. U nas w domu zawsze były psy i traktowano je jak pełnoprawnych członków rodziny. Mama zawsze przygarniała zwierzęta. Nawet gdyby znalazła cielaka, toby go wzięła do naszego mieszkania w kamienicy. Kiedy przeprowadziłam się z Krakowa do Warszawy, powiedziała: „Mieszkasz sama, czasem nie masz z kim pogadać, weź sobie kota”. Opierałam się, bo wiedziałam, że często będę wyjeżdżać. Koniec jest taki, że po trzech latach mam już dwa koty i cały czas myślę o tym, żeby przygarnąć jeszcze psa. Kocham zwierzęta i tylko im ufam.

GALA: Można się czegoś nauczyć od kotów?

OLGA FRYCZ: Zwierzęta nauczyły mnie odpowiedzialności. Wiem, że one beze mnie sobie nie poradzą. Nauczyły mnie, że jeżeli daję komuś miłość, ciepło i zaangażowanie, to muszę automatycznie brać za tę drugą osobę właśnie odpowiedzialność. Niektórzy to się nawet ze mnie śmieją, że zrobiłam z moich kotów panów mego losu.

GALA: Zostałaś aktorką, bo tata jest aktorem?

OLGA FRYCZ: Zostałam aktorką na przekór ojcu! Tata uprzedzał mnie, że to nie jest lekki zawód, ale ja się tym nie przejmowałam.

GALA: Tata przeszkadzał Ci w zdawaniu do szkoły aktorskiej?

OLGA FRYCZ: Dopóki to była zabawa, granie w filmach w wieku lat 11 czy nawet kółko teatralne w liceum – to wszystko było OK. Ale potem zaczęły się schody. To normalne, że rodzice przejmują się swoimi dziećmi i chcą dla nich jak najlepiej. Tata już wiedział, czym jest ten zawód. Ja się o tym dopiero przekonuję.

GALA: Czym jest?

OLGA FRYCZ: Ciężką pracą. Przede wszystkim nad sobą.

GALA: Co trzeba mieć poza talentem, żeby wytrwać w tym zawodzie?

OLGA FRYCZ: Ja postawiłam na intuicję. Mam intuicję i idę za nią. Moja intuicja była taka, żeby nie dać się wciągnąć za bardzo życiu celebryty. Po „Wszystko, co kocham” media się na mnie rzuciły. To wymagało odwagi, żeby się temu oprzeć.

GALA: Niektórzy twierdzą, że należy szybko wykorzystać swoje pięć minut sławy.

OLGA FRYCZ: Zakładam, że będę mieć przynajmniej swoje 15 godzin! Ale też będę dochodzić do tego powolutku. Trzeba mieć dystans i pokorę. Trzeba przejść swoje. I parę razy dostać w dupę.

GALA: Już dostałaś?

OLGA FRYCZ: Tak. Ale myślę, że jeszcze kilka ciosów przede mną.

GALA: Grasz w „Domu nad rozlewiskiem”. Zgodziłaś się na udział w serialu, ty, taka zbuntowana?

OLGA FRYCZ: Nie jestem zbuntowana. Całość tworzy 13 odcinków. Można zbudować postać, a nie tworzyć ją chaotycznie z odcinka na odcinek. Później pojawiła się kolejna część, teraz są plany na kolejne dwie i cieszę się z tego bardzo. Oprócz tego pracuję nad innymi projektami, które dają mi sporo satysfakcji.

GALA: Twoja definicja aktorstwa?

OLGA FRYCZ: Definicji nie mam, ale wiem, jakie aktorstwo lubię i jakie chciałabym uprawiać. Nie widzę siebie np. w filmie kostiumowym. Nie potrzebuję też na razie teatru. Może to objaw tchórzostwa spowodowany ogromną sceną, mnóstwem ludzi na widowni i okresem wielomiesięcznych prób. A może tego, że dykcja to moja słaba strona. Czas pokaże. Teraz pracuję głównie nad sobą. Staram się zniszczyć wszystkie niedoskonałości.

GALA: Jakie?

OLGA FRYCZ: Jestem zbyt nerwowa. Dużo wysiłku wkładam w to, żeby się wyciszyć. Kiedy się skupię, wszystkie błędy znikają.

GALA: Studiowałaś filmoznawstwo. Dlaczego?

OLGA FRYCZ: Bo lubię filmy. To był główny powód. Lubię się uczyć i potrzebuję systematyczności, bo inaczej wariuję, więc studia to idealny pomysł na siebie. Oprócz tego miałam ubezpieczenie zdrowotne (śmiech).

GALA: Jest Ci trudno z Twoim nazwiskiem?

OLGA FRYCZ: Cały czas chciałam coś ludziom udowodnić. Nie skończyłam szkoły teatralnej, więc pokażę wam, że pomimo wszystko jestem aktorką. Jestem córką Jana Frycza, więc muszę udowodnić, że jestem świetna. Nagle się zorientowałam, że ja nikomu niczego nie muszę udowadniać. Poza sobą samą. Że ja sama muszę wiedzieć, czy tego naprawdę chcę, a nie zastanawiać się, czego inni ode mnie oczekują.

GALA: Rozpaczałaś, gdy okazało się, że nie dostałaś się do wymarzonej szkoły teatralnej?

OLGA FRYCZ: Zdawałam tam, bo właśnie chciałam komuś coś udowodnić. A byłam już przecież po kilku filmach. Reżyserzy, z którymi pracowałam, odradzali mi szkołę, ale ja się uparłam, że trzeba mieć papier. Żeby znowu udowodnić, że nie jestem przybłędą, bo wiem, jakie psy wieszają na tych, którzy się do niej nie dostali. Moja rozpacz nie polegała na tym, że odebrano mi marzenia. Ja i tak wiedziałam, że będę to robić. Jednak trochę straciłam grunt pod nogami...

 

GALA: To była duża lekcja pokory.

OLGA FRYCZ: Duuuża. Ale już nie chcę o tym mówić. Jedno jest pewne – dobrze się stało.

GALA: Jesteś góralką?

OLGA FRYCZ: Moja mama wychowała się w Zakopanem. Moja babcia i dziadek są z Zakopanego. Moja siostra mieszka w Zakopanem. Jest nauczycielką angielskiego i instruktorką narciarstwa. Straszy brat jest po marketingu i pracuje w banku. Po mnie jest Michał, który studiuje w Akademii Muzycznej organy i dyrygenturę, oraz Wojtek, który gra na akordeonie i chce zdawać na kompozycję.

GALA: Wychowywaliście się bez głowy rodziny.

OLGA FRYCZ: Była mama i mój straszy brat. Oni mnie w pewien sposób ukształtowali. To oni pełnili tę rolę. Ja natomiast byłam głową rodziny dla młodszych braci. Chociaż właściwie trzeba jasno sobie powiedzieć, że u nas nie było podziałów na role. Wspieraliśmy się ogromnie. Każdy wiedział, co do niego należy, co ma robić. Wychowywaliśmy się nawzajem.

GALA: Masz silne relacje z mamą?

OLGA FRYCZ: Mam do niej ogromne zaufanie, ale nie jesteśmy przyjaciółkami, które razem chodzą na zakupy. Czasami dzwoni do mnie i pyta: „Żyjesz?”. „Tak” – odpowiadam. „A, to OK” – mówi ona. Mamy zdrowe relacje. Moja mama sprawiła, że mam poczucie, że moja rodzina jest wspaniała, że choćby nie wiem co, zawsze będziemy się trzymać razem. Mamy w sobie ogromne wsparcie. Stanowimy taką szaloną drużynę. Często robimy sobie ze wszystkich jaja. Jak znajomi zapraszają nas na święta, to patrzą na nas jak na dziwolągów. Nie jesteśmy sztywni, wygłupiamy się non stop. Kochamy się i jesteśmy na luzie. Nie mówimy sobie tego, ale czujemy to bardzo mocno.

GALA: A ojciec czym Ci imponuje?

OLGA FRYCZ: Tym, że jest wielkim aktorem. Kropka.

GALA: Kropka?!

OLGA FRYCZ: Nie wychowywał nas. Spotkaliśmy się po latach. Ja już dorosła, on coraz starszy. To było fajne, bo od razu wytworzyła się między nami relacja partnerska.

GALA: Chciałaś wziąć na nim odwet za to, że go nie było, gdy go potrzebowałaś?

OLGA FRYCZ: Nie chcę go oceniać, bo jedno, co można powiedzieć o życiu, to to, że jest nieprzewidywalne. Nikogo do niczego nie można zmuszać. Ludzie są razem, ludzie się rozstają. Tyle wiem. Każdy szuka swojego szczęścia. Kropka.

GALA: Komu najwięcej w życiu zawdzięczasz?

OLGA FRYCZ: Mamie. Moja mama jest niesamowita i najwspanialsza na świecie . Mogłabym o niej napisać książkę. Wszystko zawdzięczam jej. Ona wyrzuca pisklaka z gniazda i mówi mu: „Umiesz latać, więc leć. A jeżeli nie umiesz, szybko się nauczysz”. Nigdy nie zaraziła mnie lękiem przed światem. Chciałabym być taką matką jak moja mama.

GALA: Powiedziałaś, że jesteś góralką. Co to znaczy?

OLGA FRYCZ: Prawdziwy góral zadźgałby mnie ciupagą za to określenie. Ale mam góralską krew. Myślę, że to znaczy, że jestem silną kobietą. Potrafię cały dzień ryczeć sama w poduszkę. Ale potem się podnoszę. Nigdy się nie przyznam do tego, że miałam chwile słabości. Ostatnio do mnie dotarło, że czasami trzeba umieć puścić emocje. Wycierpieć, wypłakać, wyśmiać. Żeby obudzić się do nowego życia.

GALA: Od trzech lat mieszkasz w Warszawie. Tęsknisz za swoim rodzinnym Krakowem?

OLGA FRYCZ: Nie. Kraków, grzecznie mówiąc – wyprosił mnie. Usłyszałam: „Pani już dziękujemy”. Wcześniej nie wyobrażałam sobie, że można mieszkać w jakimś innym mieście. Tu była moja rodzina, przyjaciele, najbliżsi. Ale kiedy okazało się, że Kraków nie ma mi nic do zaproponowania w sensie zawodowym – wyfrunęłam do Warszawy. I pokochałam to miasto. Pamiętam pierwsze wrażenie w Warszawie na Dworcu Centralnym – czułam się jak u siebie. Uwielbiałam ten tłum. W Warszawie znalazłam cudownych przyjaciół. Każdy przyjechał tu po coś, coś osiągnąć.

GALA: A za czym tęsknisz?

OLGA FRYCZ: Czasami tęsknię za moim dzieciństwem i za wakacjami z moim rodzeństwem, dlatego gdy mam trochę wolnego czasu, uwielbiam spędzać go z rodziną, chociaż zdaję sobie sprawę że jesteśmy dorośli i każdy ma swoje życie. Tęsknię za wspólnym muzykowaniem w salonie. Przecież moi młodsi bracia są muzykami! W ogóle ludzie mnie fascynują. Dlatego lubię podróżować. Niedawno byłam w Afryce i już za nią tęsknię. Ale zdecydowanie wolę marzyć, niż tęsknić.