Wzbudził podziw i szacunek całej Polski, kiedy w ubiegłym roku, dzień przed bardzo poważną operacją, powiedział, że choruje na raka płuc. Rzadko zdarza się, by ktoś tak otwarcie mówił o chorobie i z taką determinacją z nią walczył. Pierwszy raz rozmawiałam ze Zbigniewem Religą miesiąc po operacji. Był wtedy ministrem zdrowia, prowadził trudne negocjacje ze strajkującymi pielęgniarkami i lekarzami, przygotowywał ustawy. Mimo to nie zwolnił tempa. W wywiadzie mówił: „Choroba się skończyła, nowotwór w całości wycięto, normalnie żyję, pracuję. Nie boję się przyszłości, ale jestem przygotowany na każdą ewentualność”. Kilka miesięcy później okazało się, że choroba wróciła. Profesor po raz kolejny musiał być operowany. Mimo to nawet na moment się nie poddał. I ciągle akceptuje każde rozwiązanie...

GALA: Jak spędza pan swoje urodziny?

ZBIGNIEW RELIGA: Nie myślę o nich. U mnie w domu nie ma tradycji obchodzenia urodzin, imienin, żadnych rocznic. Zawsze tak było. Mówimy sobie z żoną rano: „Wszystkiego dobrego”.

GALA: Siedemdziesiąte urodziny to nie jest dla pana szczególna data?

ZBIGNIEW RELIGA: Nie ma dla mnie żadnego znaczenia symbolicznego. Nie przywiązuję do tej daty żadnej wagi. Jakaś tam cyferka. Niczym się nie różni od 53 czy 65. Nie wyobrażam sobie żadnej wielkiej fety na moją cześć, nigdy bym się na coś takiego nie zgodził. To byłoby wbrew mnie. Mam tylko nadzieję, że będę się dobrze czuł.

GALA: Myślałam, że może pojedzie pan na urodziny na Wyspy Zielonego Przylądka?

ZBIGNIEW RELIGA: Zawsze mogę tam jechać. Akurat grudzień jest złym terminem. Zima, duże fale, łodzie w ogóle nie wypływają i o łowieniu ryb nie ma mowy. A dla mnie chodzenie tylko po plaży jest bez sensu. Poza tym Wyspy Zielonego Przylądka bardzo zmieniły się na niekorzyść. Wiele lat temu, kiedy przyjechałem tam pierwszy raz, zachwyciły mnie ciszą i spokojem. Był tylko jeden hotel, a teraz jest ich mnóstwo, jeden deptak. A ja nie lubię tłumu. Jeżeli już miałbym gdzieś wyjechać na urodziny, to do południowej Afryki, którą bardzo kocham. Mamy z żoną ulubiony hotel w Johannesburgu, pięć minut samochodem od lotniska.

GALA: Gdyby miał pan określić swoje życie kolorem...

ZBIGNIEW RELIGA: Czerwony. W moim życiu zawsze było dużo walki. Bardzo wiele się działo fajnych rzeczy i też dużo niefajnych, których nie żałuję. Może z rozsądku, bo niemożliwe jest cofnięcie się w czasie i rozegranie pewnych spraw na nowo. Ale kto z nas nie robi błędów, zwłaszcza w tak długim życiu. Na pewno nie zrobiłem nic, o co musiałbym mieć pretensje do siebie. Nikogo nie skrzywdziłem, nigdy w sprawach zasadniczych nie kłamałem. Miałem udane, dobre życie. Nic nie chciałbym w nim zmieniać.

GALA: Do jakich chwil szczególnie lubi pan wracać?

ZBIGNIEW RELIGA: Wiele ich było. Moment przejścia do Zabrza w początkach lat 80. był dla mnie niezwykle ważny, wielki skok. Zostawiłem Warszawę dla prowincjonalnego miasta, nie wiedziałem, co mnie tam czeka. Miałem zbudować klinikę kardiochirurgii. Budynek był w stanie surowym, nie było ludzi, sprzętu. To wielkie szczęście tworzyć coś naprawdę od zera. Wspaniała przygoda dla kogoś, kto ma ambicje.

GALA: I dla kogoś, kto się nie boi prawdziwych życiowych wyzwań.

ZBIGNIEW RELIGA: To prawda. Kilku innych profesorów też miało propozycję przejścia do Zabrza. Przyjeżdżali, oglądali i szybko uciekali. Nigdy nie bałem się wyzwań. Więcej, one mnie nakręcały, wyzwalały energię. Mój pierwszy przeszczep serca pamiętam co do minuty... Serce od młodego człowieka, który zginął w wypadku, przyjechało do Zabrza z Warszawy.

GALA: Jakie to uczucie wyjąć ludzkie serce, trzymać je w rękach?

ZBIGNIEW RELIGA: Niewiarygodne. Nagle patrzy pani w pustą klatkę piersiową. Dziura. Niesamowite wrażenie. Potem wkładałem, przepraszam, że tak mówię, kawałek zimnego mięsa, robiłem zaciski i to nowe serce dostawało ukrwienie. Zaczynało się ruszać, żyć. Drugi wspaniały moment, który jest po prostu cudem. To robiło na mnie wrażenie do końca, zawsze, przy każdym kolejnym przeszczepie.

GALA: Powiedział pan kiedyś: „Nie potrafię tego wytłumaczyć medycznie. To cud”.

ZBIGNIEW RELIGA: Kilka razy nie wierzyłem, że to się mogło stać. Wiele lat temu operowałem w Szpitalu Wolskim młodego mężczyznę z ogromnym nowotworem brzucha. Tak dużym, że nie można było wszystkiego wyciąć. Myśleliśmy, że będzie żył cztery, góra sześć miesięcy. Minęło czterdzieści lat. Ten człowiek żyje i jest w znakomitej formie, przez wiele lat mieszkaliśmy w tym samym domu, często go spotykałem. To był cud czy tak skoncentrowane siły obronne organizmu, które pokonały chorobę? Nie wiem. Miałem też dwa przypadki w kardiochirurgii. Pacjenci właściwie już umierali. Nagle, w sposób całkowicie niewytłumaczalny, następowała poprawa. Naprawdę nie rozumiem tego, co wówczas się stało. Do dziś...

GALA: Praca była dla pana najważniejsza?

ZBIGNIEW RELIGA: Na pewno nie. Praca i rodzina. Wszystko, co robiłem w swoim życiu zawodowym, było też dla mojej rodziny. Nigdy nie myślałem: „mój sukces”. Nie osiągnąłbym tak wiele, gdyby nie moja żona. Powiem więcej, gdyby była kobietą inaczej myślącą, inaczej patrzącą na świat, na mnie, to nasze małżeństwo dawno by się rozpadło. Wtedy nie miałbym siły płynącej z domu, byłoby mi dużo trudniej.

 

GALA: Co takiego niezwykłego jest w pana żonie?

ZBIGNIEW RELIGA: Zrozumienie mnie, duża umiejętność pójścia na kompromis. Chociaż słowo „kompromis” nie bardzo mi tu odpowiada, jest złe. Żona umiała przemilczeć pewne sprawy, reagować wtedy, kiedy uważała to za konieczne. Zawsze była blisko mnie, czułem jej obecność w każdym momencie życia. Dawała mi ogromne wsparcie, bez mówienia o tym. Porozumienie bez słów.

GALA: Szczęściarz z pana.

ZBIGNIEW RELIGA: To prawda. Całe życie jesteśmy razem, 45 lat. Poznaliśmy się na pierwszym roku studiów.

GALA: Zawsze chciał pan być lekarzem?

ZBIGNIEW RELIGA: W liceum chciałem być filozofem. Rodzice wybili mi to z głowy. Wychodzili z założenia, że lekarz zawsze zapracuje na chleb. Zdałem egzaminy na medycynę i ku mojemu zaskoczeniu zostałem przyjęty. Szybko zrozumiałem, że muszę zacząć się uczyć. Wcześniej nienawidziłem szkoły, bo zakładała mi kajdanki. Byłem bardzo złym uczniem.

GALA: To podobnie jak senator Krzysztof Piesiewicz. Opowiadał mi, że ledwo skończył liceum, dwa razy powtarzał klasę.

ZBIGNIEW RELIGA: U mnie tak ostro nie było, ale na maturze miałem dwie czwórki, z zachowania i biologii, poza tym same trójki. Kiedy zdałem sobie sprawę, że mam być lekarzem, nastąpiła we mnie totalna przemiana. Pomyślałem: „Lekarz może być tylko dobry. Na pacjentach nie mogę popełniać błędów”. Przez całe studia potwornie dużo się uczyłem. Na trzecim roku już wiedziałem, że będę chirurgiem. Chciałem się praktycznie uczyć, trafiłem do szpitala na Stępińskiej. Na piątym roku samodzielnie operowałem, oczywiście pod nadzorem lekarzy. Kończąc studia, miałem przeprowadzonych 136 operacji, tyle, co przygotowujący się do specjalizacji.

GALA: Żona Andrzeja Turskiego była u pana na stażu w Szpitalu Wolskim. Powiedział jej pan: „Zosiu, najważniejsze – jak przyjdziesz do pracy, najpierw idziesz do pacjentów, nie do pokoju lekarskiego. Jak wychodzisz, też do nich idziesz”. Piękna lekcja na całe życie.

ZBIGNIEW RELIGA: Cieszę się, że do dziś to pamięta. Mnie takiego podejścia do chorych nauczył docent Józef Dackiewicz. Wspaniały człowiek, któremu dużo zawdzięczam. Bardzo mnie lubił, myślał nawet, że będę jego następcą na urologii. Ale ja wiedziałem, że tylko chirurgia.

GALA: Zawsze chciał pan być najlepszy?

ZBIGNIEW RELIGA: Zawsze chciałem być bardzo dobrym chirurgiem. Najlepszym? Pewnie tak. Doceniłem siebie w wieku 36 lat. Wtedy osiągnąłem to, co chciałem. Uważałem się może nie za najlepszego kardiochirurga, ale na pewno za bardzo dobrego. Miałem wiedzę, bardzo sprawne ręce i intuicję. Trzy najważniejsze rzeczy w chirurgii. Wtedy byłem na stażach w Stanach. Wyjechałem po raz pierwszy w 1973 roku, najpierw na stypendium do Mercy Hospital w stanie Nowy Jork. Tam zetknąłem się z nowoczesną chirurgią naczyniową, innym stylem i warunkami pracy. Miałem szczęście, pozwolono mi objechać wszystkie najważniejsze ośrodki kardiochirurgiczne. Byłem w Bostonie, Cleveland, Houston.

GALA: Nie chciał pan tam zostać, pracować w najlepszych szpitalach?

ZBIGNIEW RELIGA: Nigdy o tym nie myślałem. W 1976 roku dostałem propozycję pracy w jednej z amerykańskich klinik. Odmówiłem. Uważałem, że zawsze tam będę obywatelem klasy B, chociażby ze względu na akcent. Teraz wiem, że to było nieprawdziwe myślenie.

GALA: Ale nie żałuje pan?

ZBIGNIEW RELIGA: Naprawdę niczego nie żałuję. W Stanach byłbym jednym z kilkuset dobrych kardiochirurgów, a w Polsce mogłem coś zrobić jako pierwszy. Życie potwierdziło, że gdyby nie moja obecność tu, kilku rzeczy by nie było albo byłyby dużo później. Z mojej pracy w Polsce mam pełną satysfakcję, mimo że nigdy nie dostałem za nią ani znaczących pieniędzy, ani innej namacalnej nagrody. Ale poczucie własnej wartości i satysfakcja to bardzo dużo.

GALA: W sierpniu pojechał pan do Stanów w podróż sentymentalną. Miało to związek z pana chorobą?

ZBIGNIEW RELIGA: Nie ulega wątpliwości, że tak. Chciałem zobaczyć jeszcze raz wszystkie miejsca, które miały tak duży wpływ na to, kim się stałem. Zacząłem od Mercy Hospital. Nie było tam już ludzi, których znałem. Pojechałem też do Detroit, gdzie miałem ogromne szczęście pracować u samego Adriana Kantrowitza, którego uważam za geniusza. Rosyjski Żyd, dziś ma ponad 100 lat, już nie operuje, ale ma prywatny zakład doświadczalny i pracuje nad sztucznym sercem. Nauczył mnie nierutynowego myślenia. Nie zdążyłem się z nim spotkać. Byliśmy umówieni na obiad, ale musiałem wcześniej wracać do Polski. Wystąpiła u mnie bardzo silna reakcja popromienna. Fatalnie się czułem. Dwa ostatnie dni pobytu w Stanach właściwie umierałem, nie wstawałem z łóżka. Żonie udało się załatwić lot do Polski, o połowę skróciliśmy pobyt.

GALA: Nadal zmaga się pan z chorobą nowotworową?

 

ZBIGNIEW RELIGA: To jest choroba, która z reguły nie kończy się na wycięciu. Ale podchodzę do niej jak do choroby przewlekłej, a nie wyroku. Po wszystkich operacjach starałem się jak najszybciej dochodzić do siebie, nie zwalniać tempa. Po pierwszej, kiedy wycięto mi jedną czwartą płuc, piątego dnia wyszedłem ze szpitala, siódmego łowiłem ryby nad Bugiem. W lutym, po drugiej operacji nadnercza, już czwartego dnia miałem konferencję prasową. Nikt niczego nie zauważył. W czerwcu przeszedłem trzecią operację, brzucha. Po dużym cięciu szóstego dnia pojechałem na zawody wędkarskie. Rozłożyły mnie naświetlania i wcześniej chemioterapia. Były tylko dwa podania, bo dramatycznie spadły mi białe ciałka krwi. Niemal do zera. Na naświetlania zareagowałem jeszcze gorzej. Gdybym nie wrócił ze Stanów do Polski w odpowiednim momencie, tobym umarł...

GALA: Leczy się pan tylko w Polsce?

ZBIGNIEW RELIGA: Mam tu lekarza, który zajmuje się mną na stałe. Nie szukam nikogo innego. Nie mam wrażenia, że za granicą zrobią więcej. W Instytucie Onkologii na Wawelskiej jedna z lekarek powiedziała: „Pan jest pierwszym VIP-em i pierwszym ministrem zdrowia, który leczy się w Polsce”. Do głowy mi nie przyszło, żeby szukać gdzieś poza krajem.

GALA: Teraz jest pan w trakcie leczenia?

ZBIGNIEW RELIGA: Jestem w trakcie leczenia nie choroby, tylko skutków naświetlań. Przechodzę kurację wzmacniającą i likwidującą działanie rozpadów tkankowych związanych z naświetlaniami.

GALA: Ostatnio sporo czasu spędziłam u bliskiej osoby w szpitalu onkologicznym. Wielu chorym daje pan ogromne wsparcie, pokazuje, że z rakiem można normalnie żyć, pracować. Skąd w panu tyle siły?

ZBIGNIEW RELIGA: To wynika z mojego charakteru, usposobienia. Nie chcę się poddać chorobie. I jeszcze jedno. Chcę pokazać gest Kozakiewicza tym wszystkim, którzy chętnie by mnie widzieli bardzo chorego. Jestem już cwanym lisem i zdaję sobie sprawę, że są osoby, które patrzą na mnie i myślą, kiedy się wykończę. To mnie tylko bardzo śmieszy.

GALA: Chyba mówi pan o ludziach ze świata polityki.

ZBIGNIEW RELIGA: Oczywiście, wyłącznie. Czasem denerwuje mnie, że moi przeciwnicy polityczni pewnie chcieliby i mogliby o mnie ostrzej mówić, a hamują się.

GALA: Z żoną nadal nie rozmawia pan o chorobie?

ZBIGNIEW RELIGA: Tylko doraźnie, jak się gorzej czuję. Żadnych egzystencjalnych rozmów dotyczących wartości, sensu życia nie prowadzę. Z nikim, nawet ze sobą. W to, w co wierzyłem, dalej wierzę. Co było istotne, nadal jest istotne.

GALA: Czyli choroba w ogóle pana nie zmieniła?

ZBIGNIEW RELIGA: W najmniejszym stopniu. Choroba jest obok mnie. Mam teraz dużo zajęć zawodowych. Najbliższe dni zapowiadają się pracowicie. Ale proszę mi wierzyć, to nie jest tak, że uciekam od choroby w pracę. To dwie niezależne sprawy.

GALA: Nie lekceważy pan choroby?

ZBIGNIEW RELIGA: W żadnym wypadku. Wiem, że muszę ją leczyć, kontrolować. Ale choroba jest naprawdę obok. Trudno uwierzyć?

GALA: Tak.

ZBIGNIEW RELIGA: Ale tak jest. Daję słowo.

GALA: Zawsze robił pan plany na pięć lat. Nadal tak jest?

ZBIGNIEW RELIGA: Teraz skróciłem czas. Ale roczne plany nadal mam. Tak się teraz zastanawiam nad lotem do południowej Afryki. Chciałbym jeszcze łowić ryby w okolicach Durbanu. Uzależniam to od swojego samopoczucia, bo nie chcę się znaleźć w takiej sytuacji jak w Stanach.

GALA: Wierzy pan, że tę chorobę uda się pokonać?

ZBIGNIEW RELIGA: Jest mi to zupełnie obojętne.

GALA: Nie wierzę, że obojętne jest panu własne życie!

ZBIGNIEW RELIGA: Chciałbym żyć jeszcze długo, ale stanąłem przed faktem takiej choroby, a nie innej. Zdaję sobie sprawę, ile mam lat. Patrzę realnie na wszystko. Na to, że może być pogorszenie i że mogę umrzeć, po prostu. Nic nadzwyczajnego, traktuję to normalnie. Tak się kończy życie. Tak się kończy życie każdego. Daję pani słowo, nie boję się śmierci. Jestem gotów ją zaakceptować. Jest tylko jeden warunek, nie mogę umrzeć w szpitalu, nie zgodzę się na to. Muszę umrzeć w domu. No i tyle.

GALA: Zaniepokoiłam się. Bo jeżeli pan zaakceptował śmierć, to może jest w panu za mało chęci do walki?

ZBIGNIEW RELIGA: Nie, jedno nie ma nic wspólnego z drugim. Walka jest i będę robił do końca wszystko, żeby się leczyć, ale mam wiedzę, rozum i wiem, że może być różnie. Walka i akceptacja. Jednocześnie.

GALA: Ponad rok temu powiedział mi pan, że chciałby na kilka miesięcy uciec od ludzi. Nadal tak jest?

ZBIGNIEW RELIGA: Już nie, wtedy byłem bardzo przepracowany. Chociaż jestem człowiekiem, który nie lubi być wśród ludzi. Pójście na przyjęcie jest dla mnie katorgą. Nie chodzę na żadne już od wielu lat. Rozmawianie z ludźmi o niczym jest straszne. Najlepiej się czuję z żoną na naszej działce pod Warką. Jak jeszcze był pies, to z nim. Rodzina nie przeszkadza mi w wypoczynku (śmiech).