GALA: Fokstrot, walc, samba – w czym jesteś najlepszy?

ZBIGNIEW WODECKI: W twiście! W tym tańcu byłem mistrzem świata. Jest na to dowód – moje zdjęcie z początku lat 60., jak szaleję w kuchni u kolegi podczas jego urodzin. To był jedyny taniec, którym byłem w stanie zaimponować koleżankom. Poza tym w tej dziedzinie jestem surowy. I stąd widocznie zaproszenie przez twórców „Tańca z gwiazdami”.

GALA: Żeby oceniać, nie trzeba umieć tańczyć?

ZBIGNIEW WODECKI: Oni mają gości od wiedzy. Gdybyś tylko usłyszała speach, jaki na temat tańca wygłosił w garderobie Piotruś Galiński! Goethe przy nim to małe piwo.

GALA: Goethe i Galiński, zgadza się tylko pierwsza litera nazwiska.

ZBIGNIEW WODECKI: Po tym, co tam usłyszałem i zobaczyłem, zacząłem doceniać ten rodzaj sportu artystycznego. Wszystko, co wygląda łatwo i pięknie, jest trudne. Ale w odniesieniu do tańca można mi wmówić wszystko. Staram się oceniać uczestników pod względem wrażenia estetycznego, jakie wywierają.

GALA: Za pomocą dwóch tabliczek: „9” i „10”.

ZBIGNIEW WODECKI: Nieprawda, używam również szóstek i siódemek. Sugeruję się uwagami koleżeństwa, ale oceniam zgodnie z własnymi odczuciami. I nie ma znaczenia, czy kogoś darzę sympatią, czy nie, choć dać siódemkę koledze to ból. Trzeba być uczciwym. Chodzi o to, żeby posłuchać ładnej muzyki i obejrzeć dobrze wykonany taniec. Tam nie ma oszustwa, wszystko jest okupione ciężką pracą. Sam wziąłem raz udział w treningu. Taniec trwał minutę, a byłem tak wypompowany, jakbym przez cztery godziny grał na skrzypcach!

GALA: Podobno decyzję o zostaniu muzykiem podjąłeś, gdy przed laty wracałeś ze szkoły i z knajpy wytoczył się pijany facet z instrumentem pod pachą.

ZBIGNIEW WODECKI: Chowałem się w czasach, kiedy pijani muzycy głównie wytaczali się z knajp po robocie. Wzorzec był atrakcyjny, bo później bywało, że sam się wytaczałem. Ale praktycznie nie miałem innego wyjścia, niż zająć się muzyką. Urodziłem się w rodzinie muzyków. Ojciec zakładał orkiestrę Polskiego Radia w Katowicach, a potem Symfoniczną Orkiestrę PR w Krakowie, gdzie od początku był pierwszym trębaczem. Mama to śpiewaczka, sopran koloraturowy. Siostra wiolonczelistka, później aktorka opery i operetki. Ja to pikuś przy nich jestem. I nagle nie dość, że musiałem rywalizować z rodziną, to jeszcze pojawili się nowi rywale: bracia Zielińscy założyli zespół Skaldowie, a ja… grałem w piłkę na łąkach. Nauka mnie nie interesowała. Chyba za wcześnie poszedłem do szkoły. Emocjonalnie dopiero teraz się uspokajam. A mam 59 lat. Ale wyglądam na 58! (śmiech).

GALA: To długo rodzice musieliby czekać z posłaniem cię na nauki...

ZBIGNIEW WODECKI: A wiesz, że i teraz nie zawsze mi wychodzi... Mówię o emocjach. Bo w moim zawodzie trudno być emocjonalnie chłodnym. Ale nie mogę narzekać na los. Kiedy wyrzucili mnie z liceum, poszedłem do średniej muzycznej, a tam spotkałem fantastycznych ludzi, znanych muzyków. Chciałem im dorównać nie tylko w bywaniu i graniu w knajpach, ale także jako artysta. Przypadkiem moją grę usłyszał Grechuta i zaprosił mnie do zespołu Anawa, a później, gdy podczas koncertu coś zaśpiewałem, przygarnęła mnie Ewa Demarczyk.

GALA: Musiało coś w tobie być!

ZBIGNIEW WODECKI: Och, we mnie jest mnóstwo różnych rzeczy!

GALA: Czego najwięcej?

ZBIGNIEW WODECKI: Duże umiejętności w grze na skrzypcach, ciężko wypracowane. Odczuwanie muzyki. Poza tym jestem wybitnie skromnym człowiekiem (śmiech). Ale wiesz, ile utalentowanych osób nie miało fartu?! A kariery robią ci, którzy wciskają kit. Moi rodzice byli gościnni. Przychodziło do nas mnóstwo muzyków, razem grali i śpiewali. Więc miałem szczęście uczyć się od mistrzów. Jeśli coś nie wypadło dobrze, nie było naigrawania się, tylko dyskretna uwaga. Nauczyłem się przy tym jeszcze jednego: w moim domu gościowi włos z głowy spaść nie może.

GALA: Gość w dom, Bóg w dom.

ZBIGNIEW WODECKI: Właśnie. Kiedyś za matki komuny byłem na przyjęciu u kolegi. Romek pracował w okolicach kolei, miał rozległe kontakty i mógł załatwić alkohol. A piliśmy wtedy morza wódki. Chodziliśmy do niego po koncercie. Zawsze była gorzała i towarzystwo. Raz jakiś gość ewidentnie podrywał mu żonę. Godzina wpół do drugiej i naraz ktoś zauważył, co się dzieje. „Romek” – mówi – „ten tam startuje do twojej żony”. A Romek: „Wiem, widzę. W moim mieszkaniu włos mu z głowy nie spadnie. Wyjdzie na ulicę, dostanie w mordę” (śmiech). Podobało mi się, że Romek w stanie upojenia alkoholowego, młody gość, miał takie zasady. Tak samo traktuję swoje działania w „Tańcu…”, gdzie jestem namiastką gospodarza. W kontrze do Kuby Wojewódzkiego. Jest mi za niego głupio, trochę się wstydzę i trochę mi go żal, choć to inteligentny chłopak, gdy pomyślę, co spotyka jego gości, oglądanych przecież przez całe rodziny. Nagle jakiś prezenter, przepraszam za wyrażenie, wymądrza się i robi z gościa durnia. Ja chciałbym, by w programach, w których biorę udział, uczestnicy mieli psychiczny komfort. A nie ma nic trudniejszego, niż być dobrym.

GALA: A co robiłeś, gdy ktoś tobie podrywał żonę?

ZBIGNIEW WODECKI: Nie było takiej sytuacji. Zresztą sam też nigdy nie byłem uczestnikiem afer męsko-damskich.

 

GALA: Oj, Zbyszku, wyglądasz na lat 58, ale masz pamięć jak u stulatka. Pół Polski żyło twoimi romansami.

ZBIGNIEW WODECKI: Naprawdę? Nie pamiętam...

GALA: Zofia Czernicka, Hanna Banaszak, Ewa Sałacka.

ZBIGNIEW WODECKI: To były miłe koleżanki, fajne dziewczyny. Pytałem lekarza, powiedział, że utrzymuję się w dolnych stanach strefy średniej.

GALA: Poszedłeś do lekarza, bo podejrzewałeś siebie o erotomanię?

ZBIGNIEW WODECKI: Ależ skąd! W porównaniu z moimi kolegami miałem mało przygód. Poza tym nie mogę mieć romansów…

GALA: Ponieważ?

ZBIGNIEW WODECKI: Nie wypada mi mieć. No i nie mam na nie czasu.

GALA: Ale sam przecież powiedziałeś, że bez miłości jesteś jak ryba bez wody.

ZBIGNIEW WODECKI: Jak każdy chłop, bo miłość to motor do działania. Chłop się musi przed kimś popisywać. Jak paw, który pióra rozkłada, tak my swoje karty pokazujemy. To nasze zbójeckie prawo dane od natury.

GALA: Ale namiętność wygasa.

ZBIGNIEW WODECKI: Niestety. Na szczęście są środki, które mogą ją pobudzać. Nauka poszła do przodu.

GALA: Chcesz powiedzieć, że przyjmujesz środki?

ZBIGNIEW WODECKI: Nie mam na to czasu, dziecko. Jestem osobą znaną. Gdybym tylko z kimś się pojawił, za chwilę wiedziałaby o tym cała Polska.

GALA: No dobrze, przyjmijmy, że niezasłużenie cieszysz się opinią casanowy. A kryzys wieku średniego masz za sobą?

ZBIGNIEW WODECKI: Miałem parę kryzysów średniego wieku. Kilka razy zdarzyło się, że byłem to na górze, to na dole, gdy nie wiedziałem, czy się utrzymam na powierzchni mętnej wody naszego show-biznesu. Udało się, choć były momenty załamań, gdy lansowano innych, a ja mogłem przepaść z kretesem. Kiedyś przeżyłem wyłącznie dzięki duetowi fortepianowemu Marek i Wacek. Pojechałem z nimi do NRF i zarobiłem tyle, żeby utrzymać rodzinę – troje dzieci i niepracującą żonę, oraz kupić używanego golfa. Podczas stanu wojennego w ogóle nie pracowałem. Trudno było też, gdy po upadku komuny zmieniano fasadę w telewizji i niszczono wszystkich, którzy się z nią kojarzyli. Jednocześnie jestem znany z rozrzutności, więc nie wiem, jakim cudem mi się to wszystko udało. Pamiętam, jak szedłem na swoje pierwsze w życiu nagranie do programu „Wieczór bez gwiazd”. 1971 rok, miałem 21 lat. Wróciłem właśnie ze Świnoujścia, gdzie grałem w orkiestrze symfonicznej. A dzień wcześniej odbył się mój ślub…

GALA: Wcześnie się ożeniłeś.

ZBIGNIEW WODECKI: Z miłości.

GALA: Nie myślałeś, że za wcześnie?

ZBIGNIEW WODECKI: Ja wtedy myślałem o zupełnie innych sprawach (śmiech). Ale dzięki temu jestem młodym dziadkiem. Mam już piątkę wnuków!

GALA: Gratuluję! Tymczasem twoi koledzy, np. Ryszard Rynkowski, mają dzieci młodsze od twoich wnuków...

ZBIGNIEW WODECKI: A ich żony są młodsze od moich córek. Cieszę się, że Rysiowi się udało. On miał zupełnie inny cykl niż ja. Wszystko przyszło do niego później, chociaż należało mu się wcześniej. Ja od razu poszedłem jak burza, a później martwiłem się, jak to towarzystwo utrzymać.

GALA: W jednym z programów telewizyjnych Bogusław Linda mówił o błysku w oku premiera Marcinkiewicza, gdy pokazał się z Isabel. Może trochę zazdrościł Marcinkiewiczowi tego błysku. Ty nie?

ZBIGNIEW WODECKI: No, chłopaki żyją, jak żyją. Marcinkiewicz jest ode mnie młodszy. Boguś pewnie ironizował. A ja? Ja już to wszystko przerabiałem. Jak mówią: „Nie sądź, żebyś nie był sądzony”. Im dłużej ten błysk się pojawia, tym lepiej. Ale skończę historię o mojej pierwszej wizycie w studiu nagraniowym. Więc mam nagrać trzy piosenki i szukam sekcji Mańka Pawlika, znakomitego basisty. Wchodzę do Piwnicy pod Jaszczurami, a tam wita mnie aktor Jurek Cnota: „Lufeczkę walniesz, Zbyniek?”. „Nie mogę, Jureczku, bo idę na nagranie, taksóweczka czeka”. A on: „Walniesz lufeczkę, żeby ci dobrze poszło!”. No i nalał mi coś spod płaszcza do dużej literatki, żeby nie widziała siedząca tam młodzież. Byłem zmarznięty, pomyślałem: „A może mnie to rozgrzeje”. I żeby mu nie robić przykrości, wlewam zawartość szklanki do ust, również schowany za połą płaszcza. W tym momencie czuję, że to czysty spirytus. Nie dało rady przełknąć na raz, musiałem na dwa. Odłożyłem literatkę i wychrypiałem: „Dziękuję” .I tak mi już zostało. Pojechałem do studia. Nie było nagrania. Więc teraz pilnuję, żeby nie zawalić.

GALA: A co nagrywasz?

ZBIGNIEW WODECKI: Płytę. Powyciągałem parę swoich utworów sprzed 2–3 lat. Będę też śpiewał i grał. A jednocześnie przygotowuję się do kolejnego koncertu symfonicznego na dwa chóry i sześciu solistów. Wiem, że gdybym miał pisać jak Mozart, Beethoven czy choćby Szpilman, musiałbym się jeszcze raz urodzić. Ale to taki zawód. Jego istotą jest to, że człowiek cały czas przegrywa z ambicją. Jak ktoś przyzwyczai się do sukcesu, trudno znieść porażkę. A ja od 36 lat jestem na scenie...

GALA: Kiedy tak opowiadasz, przypominają mi się słowa piosenki Georges’a Brassensa, że najpiękniejsze są czasy minione.

 

ZBIGNIEW WODECKI: Bo tak jest. Natura ludzka ma zakodowane pozytywne myślenie o przeszłości. Są miejsca, w których wraca do mnie świat dzieciństwa, a we łbie otwiera się raj. Przenoszą mnie tam też melodie z dzieciństwa. „Hen daleko za mgłą…” (śpiewa). Później były lata burzliwe, trochę idiotyczne. Sam się dziwię, jak je przeżyłem. Byłem straszny wariat w tym, co wyrabiałem. Sypiałem po parę godzin, wracałem po nocach. I to bez ekscesów erotycznych! Słuchaliśmy nagrań rhythm’n’bluesowych piosenkarzy, piliśmy, rozmawialiśmy. To trwało, trwało i nagle rozmawiam z tobą (śmiech).

GALA: Napisałeś dwa oratoria, które miały świetne recenzje, grałeś w orkiestrze symfonicznej. A jednak znany jesteś głównie z piosenki nagranej do „Pszczółki Mai” i z „Tańca z gwiazdami”. To nie boli?

ZBIGNIEW WODECKI: I tak dobrze wylądowałem. Przez sześć lat grałem w orkiestrze symfonicznej. Miałem zadatki na dobrego skrzypka i byłem nim. Zagrałem Karłowicza, dostałem zagraniczne stypendium, szedłem jak burza. A potem zaangażowałem się w życie piwniczne, czyli Piwnicę pod Baranami. Teraz mamy upadek autorytetów, ja pracowałem z samymi autorytetami. To cud, że mnie jeszcze nie zadeptali. Próbują przez cały czas, tylko ja nie dam się zadeptać!

GALA: „Oratorium Niepołomickie” zapowiadałeś jako „coś między Wagnerem a Rubikiem”. Zazdrościsz czegoś Rubikowi?

ZBIGNIEW WODECKI: To był żart. Rubik ma swój styl, a raczej coś między stylem a manierą. I jest zdolny. Osiągnął, co mu się należy.

GALA: Na jednym z forów ktoś zamieścił zdanie: „Napisz pan musical z przebojami”. Może już pora.

ZBIGNIEW WODECKI: To racja. Mam łatwość pisania ładnych rzeczy. Myślę, że część z nich znajdzie się w „Sonacie Belzebuba”.

GALA: Wciąż budzisz wielką sympatię fanów. Myślę, że dlatego, iż kochasz życie.

ZBIGNIEW WODECKI: Aż szkoda, że się kończy.

GALA: Masz dopiero 59 lat!

ZBIGNIEW WODECKI: Nie myślałem, że pożyję dłużej niż 40. Więc to i tak cud. Mama zmarła, gdy miała 52 lata, a ja mam dużo z niej. Pszczółka Maja swoje zaśpiewała. Przede mną pewnie z 10 lat. Mam w sobie dużo pokory. Staram się znajdować jasne punkty życia. Więc myślę, że gdyby coś się stało jutro, pojutrze, to się płyta lepiej sprzeda (śmiech). Żyłem w przerażeniu, że nie będzie mnie na coś stać, że nie zdążę, nie dam rady. I nie pomogą żadne nagrody czy honory, zawsze ten robak będzie we mnie siedział. Spokój, który już powinienem osiągnąć, oddala się ode mnie. Nadal coś mnie goni, czuję się niespełniony. Podobno wyglądam na zarozumiałego, złego bufona, a jestem otwarty i wesoły. Unikam konfliktów, bo szkoda na nie czasu. Staram się być dobry. Z pobudek czysto egoistycznych. Chcę iść do nieba.