Córki Zbigniewa Wodeckiego to najważniejsze kobiety w jego życiu. Artysta zadbał, aby Katarzyna i Joanna miały wykształcenie muzyczne. Ale nie zostały śpiewającymi skrzypaczkami. Za to jak ojciec pokochały wolność i uprawiają wolne zawody. Wodecki całe życie spędził na walizkach. Jego córki też szukały swojego miejsca na Ziemi. I znalazły je w rodzinnym Krakowie. Zrozumiały też, że Zbigniew Wodecki jest ich najbliższym przyjacielem. Do tańca i do różańca. Z nim można żartować nawet ze spraw ostatecznych. Zwolniłem je z obecności na moim pogrzebie, żeby nie miały dyskomfortu – śmieje się Wodecki, który po raz pierwszy zgodził się na wywiad z udziałem jego córek: Joanny i Katarzyny. Poniżej przeczytacie nasz archiwalny wywiad, a w galerii obejrzycie sesję Wodeckiego z córkami, jaka ukazała się przed laty w "Gali".

GALA: Uważacie się za normalną rodzinę?

ZBIGNIEW WODECKI: Jak sama widzisz, jesteśmy typową polską rodziną. O 14.30 zamawiamy butelkę Chardonnay i mule (śmiech).

KATARZYNA: Butelka to za dużo w biały dzień. To jest nienormalne, tatku.

JOANNA: To zbyt dużo, ojciec. Muszę niedługo iść do dziecka.

KATARZYNA: Tym bardziej się napij (śmiech).

JOANNA: No, pięknie... Ten wywiad już staje się zupełną ciekawostką.

GALA: Co Wy z tego ojca macie, dziewczyny?

ZBIGNIEW WODECKI:Mieszkania, auta, telefony.

JOANNA: Oj, ty materialisto!

ZBIGNIEW WODECKI:No, już dobrze. Proza życia jest prozą życia, ale tak naprawdę to nas do siebie ciągnie. Coś scala tę rodzinę. One obydwie mają fantastyczne poczucie humoru i nawet w sytuacjach, gdy dochodzi do zgrzytów, potrafią palnąć coś takiego, że można ze śmiechu wpaść pod stół.

KATARZYNA: Nie jestem jednak pewna, czy wszyscy unieśliby te nasze żarty.

JOANNA: To specyficzne poczucie humoru.

ZBIGNIEW WODECKI:Choć czasem wszystko jest na granicy brzytwy. Za moich młodych lat ta rodzina była parę razy na granicy rozstroju.

KATARZYNA: Jakoś przeżyliśmy twój bunt i dojrzewanie, tatku.

ZBIGNIEW WODECKI:Przestań pyskować, córko. A ty, Haniu, naprawdę chcesz, żeby one przy mnie mówiły o mnie?! Nie, lepiej zjemy te mule i ja sobie pójdę. Wtedy pogadacie.

KATARZYNA: Chyba tak. Będzie lepiej jak sobie pójdziesz (śmiech). Widzisz? Oto próbka. Takie żarciki jak teraz robimy sobie nieustannie. Kompletnie abstrakcyjne dowcipy sytuacyjne. Nasz szybki Monty Python.

ZBIGNIEW WODECKI: Ja sam jestem bardzo szybki. Od dziecka chodziłem po cztery schody i do dziś nie potrafię chodzić normalnie, mimo że serce już ledwie zipie, bo mam sześć dych. Niecierpliwię się, wszystko chciałbym przyspieszyć. Gdy ktoś do mnie mówi, ja już chcę puentę, bo wiem, co on chce powiedzieć i szlag mnie trafia, że chce mi to jeszcze tłumaczyć. To bardzo właściwe dla filmów z Jamesem Bondem.

JOANNA: Jestem taka sama!

ZBIGNIEW WODECKI: Joaśka jest tak szybka, że przelatuje niezauważenie nawet to, co miała zrobić. Obiad rodzinny zjada w 4 minuty.

JOANNA: Potwór!

GALA: A jaka jest Kaśka?

KATARZYNA: Ciekawe, co tatko powie...

ZBIGNIEW WODECKI: Jest dyrektorką w rodzinie.

KATARZYNA: To nie był najlepszy komplement na świecie, wiesz?

ZBIGNIEW WODECKI: Mam jeszcze syna, który ma dwójkę wspaniałych córek, łazi po górach. Jest fizjoterapeutą, chodzi na siłownię i ma taką rękę jak ja nogę. Jak Pudzian. Paweł to duży indywidualista. Mamy ze sobą średni kontakt, jak to z chłopakiem w tym wieku.

GALA: To więc nastolatek?!

ZBIGNIEW WODECKI: Skąd. Rocznik 1975.

GALA: Dokładna data?

ZBIGNIEW WODECKI: Grudzień...

GALA: Dzień?

ZBIGNIEW WODECKI: A dajcie mi spokój, dobrze?

JOANNA: Ojciec pamięta za to o imieninach. Przypomina nam zawsze: „Zadzwoń do cioci, do mamy, do brata".

KATARZYNA: Kolejność jest taka: najpierw ciocia Ela dzwoni do taty, by mu przypomnieć, a potem on wydzwania do wszystkich. Oszaleć można... Skąd taka mina, panie tato?

ZBIGNIEW WODECKI: Od dziecka mam taką minę. Czasem ludzie pytają mnie: „A coś ty taki zły? Zdenerwowałeś się?”. To mnie strasznie wkurza, bo tak naprawdę to mój normalny fizis. Nawet gdy mam wyluzowaną, wypoczętą twarz to i tak wyglądam jak...

JOANNA: Jakbyś chciał kogoś poćwiartować.

GALA: A ojciec jest przystojny?

ZBIGNIEW WODECKI: Ja uważam, że nie. Całe życie chciałem być podobny do Alaina Delona.

KATARZYNA: Niedawno wyprzystojniałeś.

JOANNA: Zawsze był, nie przesadzaj.

ZBIGNIEW WODECKI: Widzisz? One ciągle się kłócą.

GALA: Bałyście się ojca jako dzieci?

KATARZYNA: No, wiesz, tata w domu nie bywał aż tak często. Z perspektywy czasu widzę, że tak było lepiej (śmiech).

JOANNA: Ja się chowałam i uciekałam.

ZBIGNIEW WODECKI: Raz wyszła z domu i policja musiała jej szukać po całym Krakowie.

JOANNA: Szukałam pochodu pierwszomajowego. Do tej pory, gdy słyszę dźwięk trąbki lub puzonu, coś mnie do nich ciągnie.

GALA: A gdy słyszysz „Pszczółkę Maję”?

JOANNA: To piosenka, której jakoś tak dojmująco nie zauważyłam w swoim życiu.

ZBIGNIEW WODECKI: Wszystkie moje dzieci chodziły do szkoły muzycznej, czego nie mogę sobie do dziś darować. Status artysty w tym kraju tak opadł, że znalazł się nawet poniżej statusu aktora i polityka, którzy zawsze byli najniżej. Ludzi, którzy się nie znają na muzyce, a to trudna szuflada, jest w naszym społeczeństwie coraz więcej. Obecnie mówi się o nas: muzykant albo grajek. Świat się cofnął! Żyjemy w czasach, gdy ludzie bardziej cenią aktora, który gra pianistę, niż pianistę. A ten zawód wymaga przecież, nie dość, że palca Boga to jeszcze mnóstwa pracy. Ach, i jeszcze trzeba mieć hopla.

KATARZYNA: Jednak moje dzieci też pójdą do szkoły muzycznej. Potem zrobią z tym, co chcą, ale to znakomita edukacja podstawowa. Umiejętność słuchania muzyki. Odczuwania. Widzenia świata. To hierarchia wartości.

ZBIGNIEW WODECKI: Choć bywa, że wielcy artyści są równocześnie wielkimi tumanami. Znam takich...

JOANNA: Tato, proszę, nie przy mulach! ZBIGNIEW: (śmiech).

GALA: Ojciec zmuszał Was do grania?

JOANNA: Wolałam, jak go nie było, bo inaczej kazał mi ćwiczyć. W tamtych czasach był strasznym nerwusem. Teraz troszkę się wyciszył, dojrzał sobie w międzyczasie.

 

ZBIGNIEW WODECKI: Byłem młody i głupi. Przeprosiłem moje dzieci, szczególnie Pawła za to, że się nad nim znęcałem, gdy biedny grał na fortepianie. Nie mogę sobie tego darować... Teraz jest przeproszony i wiecie co? Powiedział, że mi nie odda. To już coś. Zresztą, on ma już swoją, zupełnie inną fajną bajkę, o której już chyba wspomniałem?

GALA: Paweł jest fizjoterapeutą, a jak wy zarabiacie na życie?

KATARZYNA: Jestem po „plastyku” i skończyłam produkcję filmową. Poruszam się między projektowaniem wnętrz a produkcją filmów.

JOANNA: Jestem po szkole charakteryzacji pani Dziewulskiej i uczyłam się w Chorwacji. Pasjonuję się fotografią i kolekcjonuję instrumenty, będąc orkiestrą symfoniczną na prywatny, radosny użytek.

KATARZYNA: Widzisz, obydwie mamy wolne zawody. To wynika pewnie z naszej wczesnej edukacji. To szkoła ojca.

GALA: Czego jeszcze Was nauczył?

KATARZYNA: Dystansu i robienia wszystkiego do końca. To jego styl. Wytrenował w nas też potrzebę stałego kontaktu z rodziną. Czasem myślę, że żyjemy w uzależnieniu.

JOANNA: Cały czas nas na siebie napuszcza. Można zwariować: „Zadzwoń, zobacz, co się stało, sprawdź, czy się dobrze czuje".

ZBIGNIEW WODECKI: Od 18. roku życia jestem non stop w rozjazdach. W domu bywam 1/3 roku. Większa część mojego życia odbywa się gdzieś, ale... codziennie do wszystkich dzwonię. Może to wynik tego, że kiedyś ja, idiota, nie do końca zdawałem sobie sprawę, że za mało czasu poświęcam dzieciom? Miałem 21 lat, a facet powinien mieć dzieci dopiero jak ma 40. Co najmniej! Teraz dopiero po wnukach widzę, ile straciłem.

GALA: Macie pretensje do ojca?

KATARZYNA: Nie, żadnej martyrologii nie musimy uprawiać. Dziś wiemy, że robił swoje.

GALA: A w okresie buntu jak było?

JOANNA: Gdy podpalałam Radomskie, tata przyniósł mi Marlboro.

ZBIGNIEW WODECKI: Żeby było jasne – ja mam trzy cechy. Jestem bardzo dowcipny, bardzo inteligentny i bardzo skromny (śmiech). Wiedziałem, że moje córki same muszą się rozbić o własny bunt. Pamiętam, że jako dziecko uprzedzałem swojego kolegę Jacka, by nie opierał się o rozgrzane do czerwoności drzwiczki. Nie posłuchał. Na tyłku wypalił sobie przepiękny secesyjny wzorek w kwiaty. Pomyślałem sobie wtedy, że każdy musi się o wszystkim przekonać na własnej skórze. I coś w tym musi być. Popatrz sama, jak dobrze wychowane są te kobiety. Jest godzina 15.00, a one są jeszcze trzeźwe.

GALA: Która cecha ojca jest powodem do największej dumy?

KATARZYNA: Jest dżentelmenem. I nie śpiewa disco polo (śmiech).

GALA: Nie wstydzicie się żadnej jego piosenki?

ZBIGNIEW WODECKI: Mów, Kasia, proszę bardzo. Sam się dowiem z przyjemnością.

KATARZYNA: Ja nie lubię serii Chałup.

JOANNA: Bo my wiemy, że ojciec nie jest estradowym artystą, ale znakomitym muzykiem. Stąd bunt.

ZBIGNIEW WODECKI: One są przyzwyczajone i wychowane na muzyce poważnej, więc taki nagły pastisz knajpianej muzyki jak „Chałupy” jest dla nich nie do zaakceptowania. Choć to nieprawdopodobne, bo gdy wychodzę na scenę, ludzie, jak się okazuje, potrzebują także tego. Pamiętam taki jeden piękny koncert, pełną salę, w trzecim rzędzie elegancka para w mocno średnim wieku. Pomyślałem sobie wtedy: „Warto było ćwiczyć, wymyślać te piosenki, starać się”. Po koncercie owa para przychodzi do garderoby i mówi, że uwielbia, bierze autograf, robi zdjęcia. Jestem wzruszony. A wtedy oni równie wzruszeni oświadczają: „A najlepsza to była i tak Pszczółka Maja”.

GALA: Uważacie, że udział ojca w „Tańcu z gwiazdami” to komercja i obciach?

ZBIGNIEW WODECKI: Było tak, że otrzymałem propozycję z innej stacji. Na wszelki wypadek zadzwoniłem jednak do TVN, z którym byłem związany Nigdy nie czytam umów, a kiedyś miałem taką z nimi przygodę, że facet zaskarżył mnie na 200 tysięcy złotych. Bydlę, jeśli czyta ten wywiad, doskonale wie, że to o nim mówię. Niech wie! No więc, TVN nie miał nic przeciwko, ale po chwili znów stamtąd zadzwoniono: „Po co się będziesz błąkał po obcych stacjach, zasiądziesz u nas, w jury »Tańca z gwiazdami«”. Zatelefonowałem więc do męża Kaśki, Anglika, by dowiedzieć się, co to w ogóle jest. Nigel powiedział, że to znany i lubiany program. To mi wystarczyło. Myślałem, że będzie to jeden-dwa odcinki. Tymczasem z artysty muzyka zmieniłem się w jurora, ale i tak się staram! Zawsze zresztą, jak byłem na jakimś festiwalu, starałem się dobrze wypaść, żeby dzieci się mnie nie wstydziły.

KATARZYNA: No, coś ty?

ZBIGNIEW WODECKI:Tylko i wyłącznie o to mi chodziło. Staram się dzieciom nie komplikować życia, jednocześnie komplikując je swoimi notorycznymi telefonami. Ale za to zwolniłem je z obecności na własnym pogrzebie. Oficjalnie. Nie zniosę tego, żeby miały jakikolwiek dyskomfort i musiały ronić łzy. JOANNA: I wiesz, jak to działa? Zupełnie odwrotnie, czyli jeśli tata nie dzwoni przez jedną dobę, to już zaczynamy się martwić.

GALA: Boże, tak się wszyscy rozumiecie, staracie, to wygląda tak sielsko, że aż...

KATARZYNA: Nie zawsze tak było. Dopiero od jakichś 20 lat porozumiewamy się na tym samym poziomie i tym samym językiem.

ZBIGNIEW WODECKI: Udało nam się nie skomplikować sobie nawzajem życia (mówię to całkiem świadomie) w dużej mierze dzięki temu, że ciągle mnie nie było w domu.

 

KATARZYNA: Pewnie nie bylibyśmy tak spokojni, gdyby nie fakt, że mama opiekowała się domem przez nasze pierwsze 20 lat. Robiła to z przyjemnością, bez żalu. Myślę, że dlatego udało nam się utrzymać relacje nie tylko rodzinne, ale też przyjacielskie. Bez względu na sytuacje życiowe trzymamy się razem, choć każdy z nas próbował życia gdzie indziej: ja mieszkałam w Londynie, Indonezji, Warszawie, Aśka w Chorwacji. Jednak w momencie, gdy zaczęło się moje własne życie rodzinne, wróciłam do Krakowa. Wydaje mi się, że jest on miastem na rodzinę i na miłość. Chodzę po plantach, idę do rynku z dzieciakami, nie muszę jeździć autem. Taki wybór to nie przypadek. Wszyscy mieszkamy w zasięgu kilometra.

ZBIGNIEW WODECKI: Duża w tym zasługa tego, że moja żona nie jest w tzw. branży. Dwóch aktorów nie może być szczęśliwym małżeństwem, dwóch muzyków również. Za dużo pretensji. Jeśli żona źle ci wchodzi z Bachem przez dwadzieścia lat z rzędu, to można ją chyba zabić tą altówką. Miłość szlag trafia.

GALA: Wasi partnerzy są podobni do ojca?

ZBIGNIEW WODECKI: Kaśka z Nigelem byli przedwczoraj u teściów w Anglii i ci spytali syna, czy dobrze czuje się w Polsce, czy to nie jest dziwny kraj. Na co Nigel odpowiedział, że teraz to Anglia wydaje mu się dziwnym krajem. Kaśka porwała go do Polski 7 lat temu. Przyjechał do Krakowa, nie znając naszej rodziny, akurat w dniu urodzin Pawła.

JOANNA: Tata zabrał na rynek całą rodzinę, przy stole w restauracji siedziało 12 osób.

KATARZYNA: Nigel był pewien, że jedzie do krainy białych niedźwiedzi. Weszliśmy na rynek, a tam cała rodzinka na obiedzie, słońce, żarty, śmiech, mnóstwo pierogów. Podeszliśmy, a ojciec wziął swoją porcję pierogów i oddał Nigelowi, żeby nie musiał już czekać. A on? Prawie zemdlał z wrażenia.

ZBIGNIEW WODECKI: Wcześniej chciałem sprawdzić, czy on ją naprawdę kocha. Wymyśliłem, by kupić w Desie starą kartkę przedstawiającą rodzinę Eskimosów z dzidami na tle igloo i wysłać mu pozdrowienia z Polski.

GALA: A Twój mężczyzna, Joasiu?

ZBIGNIEW WODECKI: Który?

JOANNA: Oj, tatku. Nie mogłam mieć jednego do czterdziestki. To byłoby chore. Mój mężczyzna ma poczucie humoru. Takie jak ja. Czyli takie jak ojciec.

GALA: Ojciec sprawdzał jego uczucia do Ciebie?

JOANNA: Tata spytał: „To fajny chłop? Dobrze ci z nim? To w porządku”.

ZBIGNIEW WODECKI: Nie wtrącam się.

KATARZYNA: Ale kilka złotych zasad było od początku: partnerstwo, żadnego prania skarpet męża.

ZBIGNIEW WODECKI: Wiesz co, ja się świetnie czuję w roli dziadka, choć wytrzymuję kwadrans. Ale to po Wodeckich. Dziadek i ojciec też byli niecierpliwi. Brak mi zdolności pedagogicznych. Jednak jestem pewien jednego – gdyby coś się działo, to bez zastanowienia skoczyłbym dla nich w ogień. Jeśli ktoś chciałby zrobić krzywdę moim bliskim, nie zawahałbym się przegryźć mu grdyki. Nie wiem, czy to jest po chrześcijańsku, ale tak właśnie ze mną jest. Jak w Starym Testamencie. Oko za oko, ząb za ząb.

GALA: Co najbardziej imponuje Ci u wnuków?

ZBIGNIEW WODECKI: Że w tym wieku znają język angielski, czego mi się nie udało nigdy dokonać. Leo będzie mnie uczył.

GALA: A u dzieci?

JOANNA: Wstydzi się powiedzieć.

KATARZYNA: Jaka cisza!

ZBIGNIEW WODECKI: Nie kradną, nie piją, mądre dziewczyny. Jestem pewien, że jeśli mnie sparaliżuje, to jedna przez drugą będą przeskakiwać, by mi pomóc. Nocnik i szklankę herbaty podać. A jeśli będę widział, że nie chce im się podejść, to natychmiast odejdzie ode mnie uczucie pragnienia. Żartuję, ale tak serio uważam, że my wszyscy jesteśmy z sobą szczęśliwi. Mamy co jeść, ręce i nogi, mamy pokorę, umiemy się dzielić – to jest najważniejsze. Bardzo współczuję ludziom, którzy nie potrafią cieszyć się z tego, że można zrobić innym przyjemność. To wielka kara. Lądują w przepięknych willach z drutem pod napięciem oraz obstawą. Samotni... Nie, to nie dla nas, co, dziewczyny? Szczerze mówiąc, te mule, to ni pies, ni wydra... No, dobrze, to ja już sobie idę.

Z OSTATNIEJ CHWILI: Zbigniew Wodecki miał udar! W jakim jest stanie?