Gala: Pochodzi Pan z Brzezin, małej miejscowości niedaleko Łodzi. Często Pan tam jeździ. Dlaczego?

Zbigniew Zamachowski: Mam emocjonalny stosunek do tego miejsca, ale też sentyment. Zresztą, im jestem starszy, tym większy. Rozmawiałem kiedyś  z Kaziem Kutzem na ten temat. On twierdzi, że każdy musi mieć swój heimat, czyli małą  ojczyznę. I Brzeziny są moim heimatem, którego nigdy się nie wyprę, ani nie będę starał się o nim zapomnieć.

Jak Pan widzi to miejsce teraz?

Dzieciństwo, które tam spędziłem, i młodość do 18. roku życia, były szczęśliwe, więc tym bardziej jawi mi się to miejsce coraz fajniej. Myślę o nim i tamtych czasach jak o idylli. Urodziłem się i przez kilkanaście lat mieszkałem w pięknym pofabrykanckim pałacyku, w którym po wojnie zasiedlono kilka  rodzin. Obecnie mieści się w nim muzeum regionalne. Pracuje tam naprawdę fajny  kustosz, Paweł Zybała, z którym wspólnie wymyśliliśmy projekt „Koncerty u Zbyszka na podwórku”. Odbywają się od ośmiu lat, zawsze w ostatnią sobotę sierpnia. Do udziału w nich udało mi się zaprosić tak znamienite gwiazdy jak Magda Umer, Piotr Machalica, Grzesiek Turnau, Staszek Soyka, Natalia  Kukulska, Artur Andrus, Rysio Rynkowski, Grupa MoCarta. W tym roku był też Piotrek Polk,mój przyjaciel.

Jak dużo osób przychodzi na te koncerty?

Siedemset–osiemset. Myślę, że to całkiem niezły rezultat jak na 12-tysięczne miasteczko.

Jakie to uczucie?

Fantastyczne! Świetne! Nieopisywalne zupełnie! Musiałbym być poetą chyba, by to wyrazić. Stojąc na scenie, widzę okna mojego rodzinnego domu. To wielka satysfakcja, że miejsce, w którym się urodziłem, nadal jest w moim życiu ważne. Ani nie muszę się go wstydzić, ani unikać odpowiedzi na pytania, skąd pochodzę.

Czy z biegiem lat intensywność tych emocji jest coraz większa?

Im dłużej idę przez życie, tym większego  nabieram przekonania, że moje dzieciństwo oraz to miejsce mnie ukształtowały.

Za czym Pan tęskni najbardziej?

Za zapachem jaśminu, bzu, akacji, światłem zachodu słońca. Zdaję sobie sprawę, że uderzam teraz w ton, być może, zbyt romantyczny, ale rzeczywiście tak jest. I jeszcze tęsknię za atmosferą naszego podwórka,  na którym zawsze było mnóstwo dzieci, psów i kotów. Taki przyjemny chaos towarzyszył temu miejscu. Pamiętam, że biegaliśmy boso, umorusani od stóp do głów.  Pamiętam kąpiele w wielkiej cynkowanej balii, które fundowała nam wieczorami  nasza babcia – trzeba było w końcu zmyć  ten trud całodziennych zabaw.

Jaki był Pana dom rodzinny?

Właściwie miałem dwa domy. Jeden w pałacyku, o którym opowiadam, i drugi w bloku w mieście, do którego przeprowadzili się  moi rodzice, kiedy miałem 12 lat. Blok też  był szczególny, typowy dla lat 60.: długi, bez centralnego ogrzewania, bez ciepłej wody,  z piecami. Czyli właściwie jakby połączenie nowoczesności z przeszłością. Mam więc  takie dwutorowe wspomnienia: wakacyjno-letnie, gdy bywaliśmy u mojej babci – od maja do września, czasami nawet do połowy października, dopóki na dworze było w miarę ciepło – oraz zimowe, związane z mieszkaniem na pierwszym piętrze w bloku  przy ulicy wówczas 15 Grudnia, a obecnie św. Anny. I to są też cudowne wspomnienia. Pamiętam choinkę, którą ubieraliśmy zawsze wspólnie z rodzicami. I dźwięk sań jeżdżących po ulicach...

Bardzo nostalgiczne wspomnienia.

Może już się starzeję.

ZOBACZ TEŻ: Monika Zamachowska po raz pierwszy tak szczerze: "Mam wyrzuty sumienia..."

Często myśli Pan o upływającym czasie?

Odkąd pamiętam. Bez względu na to, czy miałem 18, 30, czy – jak teraz – prawie 60 lat, świadomość, że czas płynie, była zawsze dla mnie dość dojmująca. Z różnych powodów. Nie chcę się wdawać w szczegóły. Kiedy się myśli o życiu z perspektywy jego końca,  to upływ czasu nie jest taki straszny.

Nie boi się Pan?

Tak mi się wydaje. Jakoś strachu we mnie nie ma ani przed uciekającym czasem, ani przed odejściem – jeżeli już musimy mówić  o rzeczach niezwykle poważnych. Wiadomo, że to nas prędzej czy później spotka. Oby później. Jestem spokojny, jeśli o to chodzi. Zwłaszcza że jakoś to moje życie fajnie się potoczyło. Na różnych płaszczyznach, mimo wielu turbulencji. Mam czworo cudownych, fantastycznych, mądrych dzieci, z których troje jest już – nominalnie przynajmniej  – dorosłych. Najmłodsza córka jest niezwykle utalentowana i mam nadzieję, że ten  talent spożytkuje fajnie.

Jest Pan dumny z Broni?

Bardzo. Niezwykle. Kiedy rok temu na festiwalu w Gdyni, jeszcze w towarzystwie Andrzeja Wajdy, oglądałem „Powidoki”,  w których zagrała, byłem absolutnie dumny. Emocje, które mi wtedy towarzyszyły, były większe niż te związane z jakąkolwiek premierą z moim własnym udziałem. A kończąc jeszcze ten temat, wszystko, co mi się udało w życiu zrobić, daje mi taki spokój, że właściwie w każdej chwili mógłbym… powiedzieć temu światu „do widzenia”. I nie czułbym  z tego powodu żalu.

Rozumiem, że czuje się Pan spełniony.

W jakiś sposób tak. Absolutnie. W moim mniemaniu los obdarował mnie ponad miarę. To znaczy: nigdy nie oczekiwałem tyle  od życia, ile dostałem. A dostałem dużo więcej, niż mi się wydawało, że mogę dostać  jako chłopiec z małego miasteczka.

Ma Pan w sobie dużo pokory.

Myślę, że można tak powiedzieć. Tak. Nie  lubię się ścigać. Ani z czasem, ani z przeznaczeniem, ani z czymkolwiek innym. Mój  syn Tadeusz, dziecko numer trzy, skończył  w sierpniu 18 lat i raduje mnie to niepomiernie.

Dlaczego? Bo stał się już samodzielny czy dlatego że doczekał Pan tego momentu?

Tak. Że doczekałem się dorosłych istot,  z którymi mogę w sposób absolutnie dorosły porozmawiać, porozumieć się. Mój ojciec dość wcześnie zmarł, kiedy miałem lat 18. Dlatego jest chyba we mnie pewien rodzaj radości, że moje dzieci wchodzą w dorosłość, mając ojca. Równie dobrze mogłoby być inaczej. Mojego zabrakło mi wtedy,  gdy najbardziej go potrzebowałem… (cisza) Zmieniamy temat.

Dobrze. Porozmawiajmy zatem o czymś lżejszym: czy to prawda, że przez całe  życie Pan się odchudza?

Jak widać. Całe życie byłem aktywnym człowiekiem i staram się taki być i teraz. Uwielbiam sport. Trenowałem piłkę nożną, oczywiście amatorsko. W szkole filmowej ćwiczyłem akrobatykę – robiłem podstawowe figury akrobatyczne na ścieżce. Na bardzo wysokim poziomie mieliśmy też szermierkę. Trenowałem judo, karate, gram  w tenisa, w tenisa stołowego. Nie mówiąc  o tym, że kiedy tylko pogoda pozwala, wsiadam na rower i tak poruszam się po mieście, albo na piechotę.

ZOBACZ TEŻ: Dlaczego komornik zajął konto Zbigniewa Zamachowskiego? Sprawdź!

To skąd ten problem?

Niestety, wbrew mojej woli, natura obdarzyła mnie skłonnością do otyłości. A ja jestem człowiekiem, który kocha życie we wszelkich jego aspektach, i uwielbiam jeść. Gdybym jednak jadł tyle, ile lubię, pewnie musiałbym siedzieć teraz trochę dalej od pani. (śmiech)

Ogranicza się Pan?

O, całe życie! Przytycie kilku kilogramów nie jest takim problemem jak ich zrzucenie. Co jakiś czas robię sobie więc radykalną dietę. Aby się lepiej czuć. Nie chodzi przecież  o to, że chcę być Adonisem – nigdy nim nie byłem i nigdy nie aspirowałem do tego miana. Po prostu zawód, który wykonuję, wymaga ode mnie sprawności. Kilka miesięcy temu miała miejsce premiera „Szwejka”  w Och-Teatrze u Krystyny Jandy. W przedstawieniu tym jestem półtorej godziny non stop na scenie: cały czas biegam, skaczę, mówię. I gdyby nie to, że jako tako panuję nad moją fizycznością i nie pozwalam sobie na zupełne „zapuszczenie się”, tobym nigdy w życiu nie sprostał takiemu wyzwaniu  zawodowemu.

A więc życie pełne samych wyrzeczeń?

Samych nie. Ja w ogóle jestem jak najdalszy  od wyrzeczeń. Wręcz przeciwnie, lubię zjeść, lubię dobre alkohole, parę rzeczy innych jeszcze i nie zamierzam z tego rezygnować. Muszę sobie to tylko jakoś umiejętnie dozować, bo w przeciwnym razie mógłbym grać wyłącznie Falstaffa.

Gotuje Pan w domu?

Nie, nie gotuję. Nawet nie wiem, czy umiem, bo nie próbowałem.

Niemożliwe! Uwielbia Pan jeść, a nie próbował gotować?

Tak, ponieważ mam żonę, która gotuje  fenomenalnie. Monika robi to naprawdę zjawiskowo.

Czy żona spełnia Pana zachcianki  kulinarne?

Nie wiem, czy powinniśmy o tym mówić. Weszlibyśmy w ten sposób w obszar dość  intymny.

Jesteście zgodnym małżeństwem?

Nie. Burzliwym. W typie włoskim, można  powiedzieć. Co ma, myślę, dobre strony też. Jeśli przebywa się z drugim człowiekiem dłużej niż pół godziny, emocje, które są w każdym z nas, muszą od czasu do czasu eksplo- dować. Ale po każdej burzy wychodzi słońce  i tak, na razie, jakoś nam się toczy to życie.

Wydajecie się osobami z zupełnie  różnych światów. Pan waży słowa,  jest opanowany, spokojny, Monika  – ekstrawertyczna i ekspresyjna.

Przyznaję, że iskrzy troszkę też na tej płaszczyźnie między nami… Ale mój obraz jest  mylący – ja wcale nie jestem krainą łagodności, jestem cholerykiem.

A co Pana najczęściej wyprowadza  z równowagi?

Mnóstwo rzeczy. Głupota ludzka na przykład. Wolałbym, aby nie jechała pani ze mną samochodem, kiedy prowadzę i jestem świadkiem głupot, jakie ludzie wyczyniają na jezdni. Czasem więc trąbię, czasem sobie pokrzyczę, czasem używam słów nieparlamentarnych i to mnie jakoś rozładowuje przy okazji. Głupota moja własna też mnie niekiedy irytuje niezwykle. Zdarza się, że człowiek robi rzeczy, których naprawdę  nie powinien. I wtedy się na siebie złoszczę. Mój kot najnowszy też mnie denerwuje…

Ile macie kotów?

Dwa. I psa. Felek jest wielkim czarnym kastratem, ma sześć lat. Jest też biała suczka,  bolonka, wabi się Dżamba. Dopóki był jeden kot i jeden pies, panowała w domu równowaga. Od niedawna jest z nami jednak drugi  kotek, którego zapragnęła moja pasierbica  Zosia. Nazwaliśmy go Dżindżer, czyli Rudy. No i Rudy rozsadził całą tę misterną domową strukturę układaną przez kilka lat. Pracujemy więc teraz nad tym, aby nasze życie, chociaż z grubsza, wróciło do normy. Jest jeszcze mały, ale wydaje mu się, że jest kierownikiem kuli ziemskiej. Absolutnie. I nie ma siły, aby wybić mu to z głowy. Uwielbiam koty, ale to, co on nam uczynił…

To nie kot Pana denerwuje, tylko fakt,  że nagle zmienił się dotychczasowy  porządek. (śmiech)

Tak, ale because of kot. (śmiech)

Niedawno była w Polsce Pana siostra. Wasze wspólne zdjęcie, które Monika wrzuciła na Instagram, wzbudziło duże zainteresowanie, ponieważ jesteście  zaskakująco do siebie podobni. Łączy  Was silna więź?

Moja siostra uciekła z Polski do Stanów  w 1982 roku, do swojego narzeczonego,  obecnie męża – mieszka tam już od 35 lat.  I szczerze mówiąc, do tego momentu nie mieliśmy jakiegoś specjalnie bliskiego „przelotu”. Po pierwsze, jestem bratem, po drugie, o trzy lata młodszym. Tak naprawdę odkryłem, że mam siostrę, gdy po raz pierwszy  do niej pojechałem. To był rok 86 albo 87. Obydwoje byliśmy już dorosłymi ludźmi.  Im jestem starszy, tym bardziej odczuwam tę bliskość. Jola jest osobą, do której zawsze mogę się zwrócić z rzeczami, z którymi nie zwróciłbym się do kogoś innego, mimo że dzieli nas kilka tysięcy kilometrów. Widujemy się, kiedy tylko to możliwe – często bywam w Stanach z powodów zawodowych, Jola też przyjeżdża do Polski, chociaż ostatnio rzadziej, bo trochę podupadła na zdrowiu.

Jakie mieliście relacje w dzieciństwie?

Naparzaliśmy się, jak każde rodzeństwo chyba. Pamiętam rozbity talerz na mojej  głowie, rozbitą szybę w drzwiach do pokoju… Ale też to, jak siedzieliśmy przy choince,  zerkając na ulicę, po której sunęły sanie. Wspólnie przeżywaliśmy tego rodzaju  wrażenia i emocje.

To były trochę inne czasy. Bardziej sprzyjające bliższym więziom.

Trochę? Kompletnie! To był zupełnie inny świat. W miejscu, gdzie się urodziłem, w 61 roku na ulicy leżał bruk i nie było prądu – moja mama rodziła przy lampach naftowych. Mam poczucie, że jestem uczestnikiem niewiarygodnego skoku cywilizacyjnego.

Rozmawia Pan o tym ze swoimi dziećmi?

Tak. Pamiętam, jak puściłem im „Misia”  Barei i „Rejs” Piwowskiego. Długo musiałem tłumaczyć, z czego i dlaczego się śmieję. Moje dzieci muszą nazbierać jeszcze w życiu wiele różnych doświadczeń, aby uświadomić sobie, że czas upływa również i w tym aspekcie.  Że świat, w którym się rodzimy, i ten, w którym będziemy odchodzić, to są dwa zupełnie różne światy.

Z jednej strony podkreśla Pan, że lubi  celebrować życie, ale z drugiej ma  w sobie dużo refleksyjności.

Zdaję sobie sprawę z tego, jak to zabrzmi,  ale tak, mam. Nigdy nie byłem i nie będę człowiekiem, który w sylwestra pójdzie  na plac Zamkowy i będzie szalał, odpalał  race, pił szampana, bratał się ze wszystkimi.

Nie lubi Pan tłumów?

Bardzo nie lubię. Na co dzień spotykam tylu ludzi, że nadmierna chęć poznawania nowych niekoniecznie mi odpowiada. A wracając do sylwestra – nie widzę powodu, by cieszyć się z nadejścia nowego roku. Wydaje  mi się, że to raczej pretekst do zastanowienia się, choćby nad upływającym czasem właśnie. Smutasem nie jestem, ale też nie duszą towarzystwa. Jeśli znajdę się w grupce, która ma więcej niż cztery osoby, to najchętniej włożyłbym czapkę niewidkę. Mam dwóch przyjaciół, fantastycznych, cudownych: Piotra Polka i Wojtka Malajkata. Nie mam prywatnego profilu na Facebooku, ponieważ nie wyobrażam sobie, że można mieć dwa i pół tysiąca znajomych. To jest  dla mnie w ogóle jakiś absurd! Wiem, że gadam jak stary pierdziel. Ilu pani ma znajomych na Facebooku?

Niecałych trzystu.

To i tak dużo. A ja mam znajomych, którzy mają po pięć tysięcy. To jest w ogóle jakaś  chora historia.

O! Używa Pan chusteczek do nosa  z materiału?!

Tak, jak pani widzi.

Rzeczywiście jest Pan z XIX wieku! (śmiech)

Bardzo sobie to chwalę. Widzi pani, jak ten świat zabrnął? Zadziwia panią chusteczka  z materiału. A ile innych przedmiotów odejdzie jeszcze w zapomnienie...

Nie ma Pan Facebooka ani Instagramu. A pocztę?

Owszem, używam poczty… jak się mówi?  Mailowa, tak?

Tak. Elektroniczna.

Używam jej jednak tylko na takim poziomie, który jest konieczny. Na przykład  odbieram scenariusze. Generalnie… Gdzie mam telefon? Nie mam. Chciałem pani  pokazać w nim taką ikonkę: „687 nieode- branych wiadomości”. I nie zamierzam zmieniać tego faktu. Staroświecki jestem. Ma pani przed sobą dinozaura. (śmiech)

Co Pan sobie ceni najbardziej w swoim obecnym życiu?

Ceniłem, cenię i pewnie będę cenił tak zwany święty spokój. Cokolwiek on oznacza.  I niedobór owego odczuwałem zawsze i odczuwam. Pojmuję go jako taki stan, kiedy  nie trzeba się spieszyć, pędzić, w ogóle nie trzeba. Najlepiej się czuję, gdy siedzę sobie  w deszczowe dni i gapię się w okno. Wiem,  że to brzmi banalnie. Andrzej Domalik, reżyser „Szwejka”, powiedział mi niedawno, do czego przyznał mu się w jednej z ich ostatnich rozmów Marcin Jarnuszkiewicz, cudowny człowiek i fantastyczny scenograf (zm. 5.09.2016, przyp. red.): „Wiesz, w czym  jestem najlepszy? W słuchaniu muzyki”.  I to mnie tak ujęło, bo ja też jestem najlepszy w słuchaniu muzyki. Najchętniej usiadłbym przy moich głośnikach i tylko zmieniał płyty. I mógłbym tak, myślę, spędzić życie. To jest dla mnie święty spokój. Żeby mi nikt dupy nie zawracał.

Jak to pogodzić z życiem rodzinnym?

No właśnie. Nie tylko z rodzinnym, z zawodowym również. Nie da się. Ale tak sobie myślę, że chyba – przynajmniej czas jakiś  – czułbym się z tym dobrze, gdyby coś  takiego nastąpiło.