17.08.08
drukuj | tekst: A A A

ANNA MUCHA - Jak ona śpiewa? New York, New York!

  • Jak ona śpiewa? New York, New York!Jak ona śpiewa? New York, New York!

Ostatni rok spędziła w Nowym Jorku. Mieszkała na Manhattanie, studiowała w Instytucie Lee Strasberga. Wraca do Polski, by wystąpić w czwartej edycji „ Jak oni śpiewają”. Tylko „Gali” opowiada o swoim życiu w Ameryce.

Wyjechała we wrześniu zeszłego roku. Dostała się na zajęcia w prestiżowej szkole Lee Strasberg Theatre and Film Institute i wynajęła małe studio na Manhattanie. Od czasu do czasu przyjeżdżała na kilka dni do Warszawy – na plan zdjęciowy „M jak miłość” albo na ceremonię wręczania Fryderyków, którą prowadziła z Szymonem Hołownią. Na plotkarskich portalach internetowych ciągle wrzało. Chwytano się każdego powodu, żeby o Ani napisać. Że ma tłuste plecy. Że przytyła albo schudła ponad miarę. Że rozstała się z Kubą Wojewódzkim albo się z nim zeszła, bo zjedli razem śniadanie. Że w Nowym Jorku nie ma gdzie mieszkać, ma narzeczonego dozorcę i dostała rolę u... Że to już nieaktualne, bo podobno wyrzucili ją ze szkoły albo sama zrezygnowała... To tylko niektóre wątki. Jaka jest prawda o nowym życiu Ani? Na pewno dozowana oszczędnie. Pod koniec sierpnia przyjeżdża do Polski – jak mówi – zrealizować marzenia. Nam zdradziła, że wystąpi w czwartej edycji „Jak oni śpiewają”. „Ten pomysł musiał urodzić się w głowie szaleńca” – śmieje się, gdy pytam, czy sama to wymyśliła.

GALA: Wracasz z Ameryki i od razu zaskakujesz. Śpiewająca Mucha – to pobudza wyobraźnię. I słuch.

ANNA MUCHA: Jestem bardzo podekscytowana. Oczywiście nie idę tam po to, żeby nagrywać płytę, ani nie spodziewam się gwałtownego zwrotu w mojej karierze. Jak to określił mój brat – może się okazać, że zostanę „Pudzianem” „Jak oni śpiewają”. Nie wiem tylko, czy myślał o tym, że niespodziewanie dojdę do finału, czy o mojej wadze.

GALA: Zaczęłaś brać lekcje śpiewu?

ANNA MUCHA: Ela Zapendowska powiedziała kiedyś, że jeśli przyjdzie mi do głowy wystąpić w „Jak oni śpiewają”, to ona mnie zabije. Cudownie, umrę młodo na wizji. Producent będzie zachwycony, bo podniosę mu oglądalność. A mówiąc serio, w związku z tym nie mam stresu: skoro autorytety uważają, że nie umiem śpiewać, znaczy – nie umiem. Traktuję to jak czystą rozrywkę. Zostanę jedną z tych osób, które będą poprawiały samopoczucie pani Krystyny, gdy zasiądzie przed telewizorem. Za każdym razem, jak otworzę paszczę i wydam z siebie głos, ona pomyśli: „ Jezu, to nawet ja lepiej potrafię”.

GALA: Widzę, że Ameryka dopieściła twoje dobre samopoczucie. Jakie było twoje pierwsze nowojorskie silne doznanie?

ANNA MUCHA: Samotność. Bolało. Kiedy przyleciałam do Nowego Jorku, nikogo nie znałam. Miałam tylko mojego kota... Mówi się, że najważniejsi przyjaciele to ci, do których możesz zadzwonić o 4 nad ranem. To z perspektywy Nowego Jorku i z powodu 6 godzin różnicy czasu brzmi optymistycznie. Mogłam zadzwonić, do kogo chciałam, ale tu przez pierwsze tygodnie byłam tylko ja i kot. Woody Allen powiedział: „Życie jest pełne bólu, cierpienia i samotności i jeszcze tak szybko przemija”. To prawda. Wynajęłam na Manhattanie mieszkanie, oswoiłam kawałek dzielnicy – znalazłam ulubioną kawiarnię, park, sklepik, ulicę, ale przede wszystkim zaczęłam chodzić na zajęcia. I nawet nie zauważyłam, jak upłynął mi rok.

GALA: Nowy Jork to dla nas mityczne miasto. Pojawił się jakiś powód, dla którego pomyślałaś – szkoda, że się tu nie urodziłam?

ANNA MUCHA: Kilka. Ludzie na ulicy, obcy sobie, uśmiechają się do siebie. Bezinteresownie wysyłają ci dobrą energię na dzień dobry. Mobilizują cię. Tak samo było w szkole, nauczyciele, koledzy zawsze wspierali, chętnie bili brawo po dobrze wykonanej pracy. Dotarło do mnie, że my, Polacy, na co dzień bywamy wobec siebie szczodrzy, jeśli chodzi o zazdrość, zawiść i pretensje. Pozytywnych uczuć brak. Jest taki dowcip o wizytacji w piekle. Były trzy kotły: niemiecki, amerykański i polski. W dwóch pierwszych buzowało. Dyżurne diabły, spocone z wysiłku, musiały zbuntowane towarzystwo uspokajać, wpychać z powrotem do kotła, karać. Polski kocioł bulgotał powolutku, wokół cisza, dyżurny drzemał. Inspektor diabeł wchodzi i zdziwiony pyta: „Co się stało?”. „Nic – zaspany dyżurny na to. – Polacy nie wymagają pilnowania. Sami ściągają się w dół”. Okrutne to, ale niestety celne.

GALA: A ten kolejny powód?

ANNA MUCHA: Język. Jest taka anegdota o Janie Himilsbachu, który dostał propozycję zagrania w amerykańskim filmie i... odmówił. Zapytany o powód swojej niezrozumiałej decyzji, odpowiedział: „Dostałem rolę, będę musiał gadać po angielsku. Nauczę się angielskiego, a oni ze mnie zrezygnują. A wtedy ja, co?! Zostanę jak ten ch... z angielskim!”. Nie miałam swobody językowej, opartej na subtelnościach, niuansach, dowcipie i ironicznym poczuciu humoru. W języku angielskim nie byłam sobą. Dopiero po dwóch miesiącach po raz pierwszy usłyszałam komplement: „Jesteś dowcipna”.

GALA: A pierwszy kryzys?

ANNA MUCHA: To był drugi, może trzeci tydzień szkoły, bardzo intensywne zajęcia, codziennie po wiele godzin. Na ćwiczeniach dostałam banalne w gruncie rzeczy, aktorskie zadanie, ale już po chwili wiedziałam, że mu nie podołam. Tak się skupiłam na zaimkach, przyimkach, przysłówkach i innych duperelach, że nie byłam w stanie nic zagrać. Czułam się jak w szklanej bańce – krzyczałam w środku, ale nikt mnie nie słyszał. Nie potrafiłam przebić się ze swoimi emocjami, myślami, ze swoim światem. To był mój największy kryzys. Tak mnie to sfrustrowało w pewnym momencie, że zareagowałam w najbardziej upokarzający w moim odczuciu sposób – poryczałam się publicznie. Puściło mi wszystko, nie musiałam udawać twardziela. Przyjechałam do Nowego Jorku silna, ambitna, ogolona na łyso – wydawało się, że świat leży u mych stóp...

Tagi: Anna Mucha

Zobacz również

KOMENTARZE:

wszystkich komentarzy: 8