rozmiar tekstu: A A A
Drukuj

EMOCJE GWIAZD | EMMANUEL SEIGNER

Nic już jej nie zaskoczy?

Emmanuelle SeignerEmmanuelle Seigner z córką MorganEmmanuelle Seigner z synem Elvisem

Spotkałyśmy się we wrześniu ubiegłego roku, by porozmawiać o jej ostatniej pasji, muzyce. Emmanuelle, żona Romana Polańskiego, z radością opowiadała mi o nagrywaniu nowej solowej płyty, lekcjach śpiewania, a także o szczęśliwym związku z Romanem Polańskim. Nie przypuszczała wtedy, że to były ostatnie tak beztroskie chwile w jej życiu...

Smutna i zdystansowana do świata. Rzadko się uśmiecha. Gdy spaceruje po paryskich ulicach czy po szwajcarskim kurorcie Gstaad, zamyślona patrzy się w dal. Prawie z nikim nie rozmawia. A na pewno nie rozmawia z dziennikarzami, którzy na każdym kroku zasypują ją pytaniami o Romana Polańskiego. Emmanuelle bardzo się wtedy denerwuje. Robi wszystko, by ochronić prywatność najbliższych. Gdy w połowie października natknęła się pod swoim domem na natrętną redaktorkę, próbującą wyciągnąć z niej informacje o reżyserze, bez zastanowienia rzuciła się na kobietę z pięściami. Dzisiejsza Emmanuelle, często zła i zmęczona po nieprzespanych nocach, w niczym nie przypomina radosnej, patrzącej optymistycznie na świat kobiety, z którą spotkałam się na początku września. Wtedy, zaledwie kilkanaście dni przed aresztowaniem Polańskiego, pełna nadziei opowiadała mi o swoich największych życiowych miłościach. O aktorstwie, nowej płycie „Dingue” i 20-letnim małżeństwie z Romanem. „Gdy tylko się poznaliśmy, nasz związek był wybuchowy jak szampan. Pełen namiętności i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Dzisiaj z kolei, po tylu latach spędzonych razem, łączy nas głęboka więź. Podoba mi się, że nasza relacja jest teraz taka stabilna. Chyba nic już nas nie zaskoczy” – zapewniała mnie. Nie przypuszczała jednak, że największy zwrot akcji w jej znajomości z Polańskim tak naprawdę dopiero nastąpi...

WSPIERAŁ MNIE ROMAN
„Oj, gdyby nie mój mąż, to nie wiem, czy odważyłabym się zająć muzyką” – powiedziała z uśmiechem Emmanuelle podczas wywiadu w warszawskim hotelu Marriott. Ubrana w prosty T-shirt z rockowymi nadrukami i obcisłe granatowe dżinsy nie wyglądała na swoje 43 lata, lecz na co najmniej dziesięć mniej. Choć spotkałyśmy się, by porozmawiać o jej solowej płycie „Dingue”, Emmanuelle chętnie odpowiadała także na bardziej prywatne pytania. Często mówiła o Romanie. Nic dziwnego. W końcu to on tak naprawdę odkrył w niej artystyczną duszę. Gdy miała 18 lat, powierzył jej jedną z głównych ról w filmie „Frantic”. Później współpracowali na planie zdjęciowym jeszcze dwa razy, przy „Dziewiątych wrotach” i „Gorzkich godach”. Choć reżyser zawsze uważał ją za utalentowaną aktorkę, widział ją jednak w roli piosenkarki. Mówił, że tak naprawdę dopiero stojąc na scenie i patrząc na tłumy rozszalałych fanów, będzie mogła sprawdzić samą siebie. „Gdy rozpoczęłam współpracę z zespołem Ultra Orange, bałam się, jak zareaguje na to otoczenie. Na szczęście Roman był przy mnie cały czas. To właśnie on zachęcał mnie, bym zajęła się muzyką. Wspierał mnie na każdym kroku. Dzisiaj jest moim wiernym fanem, ale także krytykiem” – powiedziała. Czy słucha płyt żony w wolnych chwilach? „Oczywiście. Ma moje dwa albumy. Bardziej od „Ultra Orange & Emmanuelle” podoba mu się jednak „Dingue”. Uważa, że lepiej mnie wyraża. Być może dlatego zgodził się nagrać ze mną piosenkę, która znalazła się na płycie” – śmiała się. „Śpiewamy o parze, która po szalonej imprezie wylądowała razem w łóżku. Następnego dnia oboje jednak nie pamiętają, co tak naprawdę się wydarzyło. Dziewczyna wstydzi się nieznajomego chłopaka. On z kolei zapewnia ją o swojej miłości. To bardzo szalona historia. Pomyślałam, że fajnie będzie, jak śpiewając, opowiemy o niej razem z mężem. Nam nigdy nie przydarzyło się coś takiego” – żartowała.

TO JA DYKTUJĘ WARUNKI
Piękna Emmanuelle choć wychowała się w szanowanej i zamożnej rodzinie, nigdy nie lubiła być na czyimś utrzymaniu. Pierwsze pieniądze na drobne wydatki zarobiła już jako 14-latka. Zanim jednak trafiła na plan filmowy, pracowała jako wzięta modelka. „Kiedyś pozowałam do zdjęć, od dawna gram w filmach, ale dopiero jako dojrzała kobieta odkryłam, co przynosi mi największą zawodową satysfakcję. To bez wątpienia muzyka” – powiedziała. Gdy zapytałam ją, czy dla śpiewania zrezygnowałaby z pracy z reżyserami, przez chwilę się zawahała. „Nie, nie porzuciłabym aktorstwa. Ale dopiero gdy weszłam do studia nagraniowego, a potem na scenę, poczułam, na jakim polu artystycznym powinnam się realizować. Pracując z muzykami, mam świadomość, że to ja dyktuję warunki. To ja kontroluję całą sytuację. Wybieram, z kim chciałabym wystąpić, jak będzie wyglądać okładka mojej płyty, o czym mają być teksty. Jako aktorka, to ja jestem przez kogoś wybierana” – wyznała. Seigner jest prawdziwą profesjonalistką. Gdy zdecydowała się spróbować swoich sił jako wokalistka, od razu zapisała się na lekcje śpiewu do Frédérica Faye. „To znakomity nauczyciel. Znamy się już od dawna. Wiele się od niego nauczyłam. Ale trudno opisać słowami to, co dzieje się na naszych spotkaniach. To metafizyka” – zdradziła. Krytycy muzyczni dość ciepło przyjęli najnowszą płytę Seigner. Podobał im się także jej poprzedni album nagrany z zespołem Ultra Orange. Niektórzy żartują, że Emmanuelle zebrała więcej dobrych recenzji jako piosenkarka niż jako aktorka. Ona sama stara się jednak nie czytać tego, co wypisują o niej dziennikarze. Śmieszą ją niektóre ich opinie na temat jej muzyki. „Kiedyś usłyszałam, że to, co robię, jest podobne do twórczości Carli Bruni. Nie wiem jednak, skąd to porównanie. Carla gra francuski folk z gitarowymi brzmieniami. To, co ja z kolei robię, to połączenie popu i rocka. Jedynie może barwę głosu mamy odrobinę podobną” – powiedziała. „Mimo to bardzo cenię muzykę Carli. Podobała mi się jej pierwsza płyta „Quelqu’un m’a dit” – szybko dodała.

Tekst: Magda Tereszczuk
Zdjęcia: Bulls
GALA 6-7/2010


Imie / Nick :
*
Wprowadź kod z obrazka:
*
Komentarz :





Chcesz być informowany na bieżąco o nowinkach ze świata gwiazd?
Zapisz się do naszego newslettera!