WYWIADY | KAYAH
Podróżować to żyć
GALA: Spotkałyśmy się ostatnio, gdy ruszałaś na tournée. Czy muzyk musi być ciągle „w trasie”? Jest człowiekiem drogi?
KAYAH: Muzyk to trubadur. Odwieczny Cygan, dla którego tabor to właściwy dom na kółkach. W minionym roku miałam czarne serie koncertów. Obliczyłam, że tygodniowo jechałam nawet 3,5 tys. km. To jak stąd na Syberię. Latem to jeszcze nie takie straszne. Lepsze drogi, można rozwinąć szybkość... Ale poźną jesienią, kiedy miałam trasę koncertową „Skała Akustycznie”, było już o wiele niebezpieczniej. Na szczęście nasz Ricardo to wytrawny kierowca. Jego refleks nieraz uratował nam życie. Jeździmy razem już ponad 10 lat. Szczerze mówiąc, podróżowanie koncertowe nie nosi znamion turystyki. Rzadko mam możliwość przyjrzeć się miastu, w którym gram koncert. Na ogół jest pęd, wszystko w pośpiechu. Miasta poznaję przez ludzi, których spotykam po koncertach. Czasem też przyklejam nos do szyby i patrzę, jak zasypiają w swoich domach, gasząc pomału światła, a ja właśnie wtedy dopiero jadę do domu i przede mną np. 300 km powrotnej drogi. Hotele są wygodne, ale ... one zawsze potęgują moją samotność i tęsknotę za domem.
GALA: Więc w sumie nie lubisz się przemieszczać?
KAYAH: Myślę, że to co powiem, może być odebrane jako niezła schizofrenia. Zawsze tęsknię za tym, co w danej chwili jest odległe. Gdy siedzę w domu, marzę o wyjeździe, a gdy wyjeżdżam i zamyka się moja brama, mam w oczach łzy. To się nazywa chyba niezrównoważenie emocjonalne (śmiech). Czasem dobrze mi z tym zasiedzeniem.
GALA: Kayah domatorka?
KAYAH: Mieszkam pod Warszawą, mam ogród, który żyje własnym życiem, ignoruje wiadomości wieczorne, doniesienia o atakach, bombach, terroryźmie czy obradach Sejmu. Kiedy zapada noc i wszyscy domownicy oddychają przez sen miarowym rytmem, myślę sobie, że to raj na ziemi. Mój raj. Wszystko jest wyciszone, ułożone w moim porządku, w moim guście... Po co mi ruchliwe ulice Manhattanu czy Bombaju? Po co mi kanały Amsterdamu i londyńskie Selfridges? Dlatego, gdy wyjeżdżam, mam łzy w oczach. Z przerażenia, że tam, dokąd jadę, jest porządek, ale już nie mój, harmider, może wręcz na mnie coś czyha. Potem ląduję w takim zgiełku i... nie mogę wyjść z podziwu dla kolorów, tempa, inspiracji... Wtedy myślę: „Boże, to takie nierealne, tu to, a tam, u mnie sikorki wiszą na kolbie... Czy straciłabym własną tożsamość, zlewając się na dłużej z tym tłumem? Doszłam więc do wniosku, że kocham podróżować, jedynie nie znoszę wyjeżdżać... Skądkolwiek.
GALA: Trudny do rozwiązania paradoks...
KAYAH: Póki są to wyjazdy koncertowe, dziki pęd nie pozwala mi na sentymenty. Choć w minionym roku na próbie Festiwalu Chórów, na którym przyszło mi występować, rozkleiłam się i popłakałam. Był to już kolejny koncert z rzędu i znów bardzo daleko, więc emocje były silne. Kiedy zaś jestem poza domem i nie pracuję, krytycznym momentem jest chwila, gdy zapada zmrok. Zamykają się sklepy, ludzie gdzieś się spieszą, spotykają się w knajpkach na romantycznych kolacjach lub pędzą do swoich domów, gdzie zapewne ktoś na nich czeka, jak nie partner, to może pies lub kot. I wtedy jest mi nieraz bardzo samotnie. I tęsknię do entej potęgi.
GALA: Podróż życia? Jeszcze przed Tobą?
KAYAH: No pewnie! Wiele widziałam, ale ziemia to bogactwo, wiele jeszcze przede mną. Nie chcę pozycjonować tych podróży, bo każda przynosi inne doznania. Myślę, że z wiekiem również jesteśmy bardziej otwarci i wrażliwi na coraz to inne bodźce. Poznajemy głębiej, mocniej i refleksyjniej. Umiemy odróżnić klejnot od robaczka świętojańskiego, choć obydwa świecą. Więcej w nas współczucia, zrozumienia, umiemy też bardziej docenić, co sami posiadamy. Pamiętam, jak w Senegalu widziałam małego chłopca z dumą ciągnącego patyk. Nawet nie na sznurku, który pewnie byłby luksusem, ale na powrozie ze zwiniętej plastikowej torby na śmieci. Miał minę, jakby prowadził psa na smyczy. Był szczęśliwy. A mój syn potrafi się nabzdyczyć, jeśli trafię w niewłaściwą grę komputerową, bo chciał inną. Obiecałam sobie, że mój syn zobaczy na własne oczy, jak żyją inni. Jak w przypowieści o facecie, który narzekał, że nie ma butów, póki nie spotkał faceta, który nie miał stóp... Ważne, by doceniać i cieszyć się z tego, co się ma.
GALA: Twoja pierwsza ważna podróż?
KAYAH: Pierwsza ważna odbyła się z Gdańska do Warszawy, nocą, pociągiem. Wracałam ze ślubu przyjaciółki w wielkiej tęsknocie do mojego pierwszego narzeczonego, który został w Warszawie. Bałam się, miałam niecałe 14 lat, a tu noc i pociąg pełen pijanych żołnierzy. Ale dałam radę i wiedziałam od tej pory, że jestem samodzielna.
GALA: A podróże dzieciństwa?
KAYAH: Moje dzieciństwo przypadło na tępy czas gierkowskich obietnic i izolacji. Jeździło się do Złotych Piasków, Odessy, Budapesztu. A szczytem marzeń była Jugosławia. Mój ojciec przywiózł ze swojej naukowej placówki piękną renówkę 16, imponująco prezentującą się obok moskwiczy, maluchów i dużych fiatów. Mieliśmy kwadrofonię, najnowsze nagrania, jeansy, „szetlandy” z warkoczem i stukające hipisowskie chodaki na nogach. I choć wcale się nam nie przelewało, to byliśmy z innej planety. Wzbudzaliśmy naszym wyglądem ciekawość, a wiedeńską rejestracją – respekt. Dużo jeździliśmy. Niestety niewiele z obrazków migających zza szyby pamiętam. Miałam chorobę lokomocyjną, więc byłam skutecznie wyłączana za pomocą aviomarinu. Kiedy ojciec na stałe wyjechał do Wiednia, otrzymując tym samym status uciekiniera i zdrajcy, jeździłam w odwiedziny do jego nowej rodziny. Z początku pełna kompleksów prowincjuszki. Dopiero kiedy zamieszkałam tam przez rok, nabrałam pewności siebie. Jako zbuntowany podlotek i rastamanka (śmiech) za mekkę uważałam Sopot i pola namiotowe, gdzie jak w komunie żyło się z wieloma mi podobnymi dzieciakami. W ciągu dnia grało się na „Monciaku”, wieczorami bawiło na plaży. Bardzo niewinny czas. Dziś pewnie wyglądałoby to już inaczej. Mówię o tym z żalem. Dziś mój syn miałby kategoryczny zakaz takich przygód.
Rozmawiała: Anna Kaplińska
Zdjęcie: ons




