WYWIADY | KINGA BARANOWSKA
Blondynka na topie
GALA: Powiedz, jak to się stało, że Kaszubka pokochała góry?
KINGA BARANOWSKA: Kaszubka zawsze uwielbiała morze, spacery po plaży, zawody surfingowców, bezkres i dostojeństwo wody. Ale na pierwszym roku geografii moi koledzy wariaci zabrali mnie nocnym pociągiem, przez całą Polskę w Tatry. Wtedy zrozumiałam, na czym polega prawdziwy bezkres. Od tamtego momentu byłam częstym pasażerem pociągu relacji Gdańsk – Zakopane.
GALA: Czyli gdyby zabrali cię w podróż Koleją Transsyberyjską, to jest szansa, że pokochałabyś Pekin albo przynajmniej kaczkę po pekińsku?
KINGA BARANOWSKA: Jeśli chodzi o kaczkę, od dziecka jestem wierna tej w żurawinie, więc po pekińsku odpada. Ale gdyby w Pekinie stał jakiś ośmiotysięcznik, to kto wie? Jako studenci geografii mieliśmy masę naukowych pomysłów. Np. żeby zwiedzić wszystkie stolice Europy podczas jednych wakacji, podróżując stopem bez grosza przy duszy. Między mną a górami po prostu zaiskrzyło. Musiałam wspinać się, zaliczać kolejne kursy. Po prostu musiałam...
GALA: Dziękuję Tatrom za..?
KINGA BARANOWSKA: Gerlach. Zdobywałam go zimą. Wtedy pierwszy raz zrozumiałam, co to są majestatycznie groźne góry. Odkryłam, że wchodzenie na szczyty mnie szalenie kręci.
GALA: Pierwszy ośmiotysięcznik Cho Oyu w Tybecie nie zmienił twojego podejścia?
KINGA BARANOWSKA: Na Cho Oyu dowiedziałam się, że himalaizm to nie pasja ani sport ekstremalny, tylko droga życia, którą się podąża do celu, czyli do bazy. Była to bardzo trudna wyprawa. Nie wiedziałam wielu rzeczy, np. jak zareaguje mój organizm na zmianę ciśnienia, czy wytrzymam psychicznie. Zdobywanie ośmiotysięcznika to potężna, długa wyprawa. Zanim coś się ruszy, trzeba czasem tygodniami czekać w bazie na odpowiednią pogodę, aklimatyzować się. Wtedy jedynym naszym zajęciem jest odgarnianie co godzinę śniegu z namiotu. Nawet w nocy. Nie wszyscy wytrzymują psychicznie taką stagnację. Dlatego tylko 30 procent z nas zdobywa później szczyt.
GALA: Ale z drugim ośmiotysięcznikiem było już lepiej?
KINGA BARANOWSKA: Właśnie nie. Na Cho Oyu nabawiłam się bardzo poważnych odmrożeń. I to stało się moją fobią. Szalenie bałam się, że znowu mi się to przytrafi. A jeszcze na dodatek wchodziłam z kolegą Piotrkiem Pustelnikiem, który też miał swoje fobie. Więc razem stworzyliśmy specyficzny duet. Szczyt Broad Peak Piotr starał się zdobyć czwarty raz. Trzy poprzednie skończyły się niepowodzeniem, bo albo ktoś spadł na jego oczach i zginął, albo złamał nogę i trzeba było zorganizować akcje ratunkową. W każdym razie uważał, że góra mści się na nim i na pewno za każdym razem coś wymyśli. Ale udało nam się, chociaż moja fobia pozostała.
GALA: Jakie to uczucie, kiedy czyta się o jakieś górze, marzy się o niej, śni, organizuje wyprawę, wchodzi i tuż przed szczytem trzeba zawrócić?
KINGA BARANOWSKA: Góry uczą pokory, grożąc palcem, ale jednocześnie zachwycają, zadziwiają swoim widokiem. Podczas wspinaczki na Dhaulagiri musiałam zawrócić 100 metrów od szczytu. Można powiedzieć – tylko 100 metrów, ale w pionie to jakieś trzy godziny wspinaczki. Pogoda była okropna, strasznie wiało. Policzyliśmy, że dojdziemy, zanim się ściemni, ale już nie zdążymy wrócić za dnia. Musielibyśmy spać gdzieś bez śpiwora, namiotu. Ciężka to była decyzja, ale postanowiliśmy zawrócić. Następne dni były jeszcze gorsze, a my wycieńczeni fizycznie, nie mieliśmy już czasu na odpoczynek i czekanie na lepsza aurę. Pamiętam, że wtedy chciało mi się płakać, ale nie czułam żalu.
GALA: Skąd w takiej małej, drobnej blondynce tyle determinacji i potrzeby życia na krawędzi? Czy warto tak nieustannie kusić los?
KINGA BARANOWSKA: To nie jest tak, że ja uwielbiam ryzykować. Wierz mi, jeżeli przez siedem tygodni ciągle byłabym pod wpływem adrenaliny, to ona w końcu by mnie wypaliła. Tak naprawdę to nie lubię ryzykować, nie wykonam najmniejszego ruchu, jeżeli nie jestem pewna, że jest on bezpieczny. Może dzięki takiemu podejściu nie miałam jeszcze żadnego poważnego wypadku. Czasami czuję się bardziej zagrożona, jadąc krajową siódemką do rodziców do Gdańska, niż na 8 tys. m n.p.m.
GALA: A jak twoi rodzice reagują na to, co robisz? Nie mówią ci: „Kinga, na Boga, zacznij zachowywać się jak kobieta, znajdź sobie męża, pomyśl o dziecku, zegar tyka”?
KINGA BARANOWSKA: Na początku było ciężej, teraz już się przyzwyczaili do tego, co robię. Nie wiem, czy to akceptują, ale na pewno tolerują.
GALA: Ale czy to nie jest szczyt egoizmu z twojej strony, że serwujesz im taki stres?
KINGA BARANOWSKA: Faktycznie jest tak, że kiedy przebywam w górach, ich życie jest podporządkowane czekaniu na SMS-a czy telefon ode mnie. Ale teraz już się nie denerwują tak jak kiedyś. Zwłaszcza od momentu, kiedy postraszyłam mamę, że myśląc negatywnie, przyciągnie do mnie zło. Potem, kiedy zadzwoniłam do niej z bazy, już bezpieczna, pierwsze co od niej usłyszałam, to było zapewnienie, że wcale negatywnie nie myślała.
Rozmawia: Marta Kordyl
Zdjęcia: Darek Iwański/Newsweek/Forum
GALA 49/2008




