DOROTA SZELĄGOWSKA I KATARZYNA GROCHOLA Jak matko wać matce

DOROTA SZELĄGOWSKA I KATARZYNA GROCHOLA Jak matko wać matce Zdjęcia: ONS

„Życie z moją mamą jest przygodą. Czasem bezpieczna, a czasem mniej. Czasem irytująca, a czasem tak zabawna, że obie pokładamy się ze śmiechu” – mówi Dorota Szelągowska o Katarzynie Grocholi. We wspólnej książce „Makatka” pozwalają nam zajrzeć do swojego życia. Z poczuciem humoru i dystansem do siebie opisują je miesiąc po miesiącu, od września 2009 r., do września kolejnego roku. Bawią, wzruszają... zaciekawiają.

Znany pisarz Oscar Wilde powiedział, że pierwszą część życia marnują nam rodzice, a drugą dzieci. Prawda?

KATARZYNA GROCHOLA: Judyta też to wymyśliła: kiedy żyć, skoro najpierw trzeba się troszczyć o dzieci, a potem o rodziców?! Kiedy jest czas dla kobiety? Ale w naszym przypadku uważam, że nikt nikomu nic nie marnuje.

DOROTA SZELĄGOWSKA: Gdyby tak było, to mam przechlapane, ponieważ rok po wyprowadzeniu się z domu urodziłam dziecko. Jak mi tylko matka przestała marnować życie, pojawił się następny agresor (śmiech).

KATARZYNA: Miałam podobnie. A Dorota od szesnastego roku życia wkładała sobie poduszkę w brzuch i mówiła, że będzie miała wcześnie dziecko.

DOROTA: Marzyłam o dorosłości! Zupełnie niesłusznie (śmiech). Wyprowadziłam się z domu tuż po maturze. Potem wróciłam na sekundę, bo się okazało, że nie stać mnie na wynajmowanie mieszkania. A potem wyprowadziłam się już na stałe. Z własną rodziną, własnym dzieckiem. Wyszłam za mąż, ale nie na długo…

Kasia też wcześnie wyszła za mąż.

KATARZYNA: Miałam 21 lat. Małżeństwo też nie trwało długo.

DOROTA: Od 18. roku życia zarabiałam pieniądze. W telewizji prowadziłam „Rower Błażeja”, a potem byłam wydawcą tego programu. Wielka szkoła życia i przygoda – w ręce młodych ludzi oddano antenowe 50 minut w czasie najwyższej oglądalności. Dostałam tę pracę po castingu.

Mama o nim wiedziała?

DOROTA: Nie. Rano, po mojej urodzinowej imprezie wykopali mnie na niego przyjaciele. Więc kiedy parę lat temu prowadziłam „Pytanie na śniadanie” i pojawiły się komentarze: „Mamusia jej załatwiła”, śmiałyśmy się z mamą, bo akurat było odwrotnie. To ja załatwiłam mamie pierwsze wejścia na antenę.

KATARZYNA: Kiedy pierwszy raz przyszłam do TVP z książką „Nigdy w życiu”, panie mówiły: „Ach, to pani jest mamą Dorotki!”.

W Waszej książce Dorota pisze: „Życie z Matką było, jest i będzie największą przygodą”. Na czym polega ta przygoda?

DOROTA: Na absolutnej nieobliczalności matki.

KATARZYNA: Nie, Dorotko, przepraszam cię bardzo. W końcu cię wychowałam.

DOROTA: Pozwól, że odpowiem. Na huśtawce nastrojów od absolutnego zachwytu po poczucie absolutnego bezsensu. A za chwilę to, co było bez sensu, staje się fantastyczne. Nigdy nie wiadomo, jak się ta amplituda rozłoży – czy na minutę, godzinę czy na dni. Więc to też jest przygoda, bo nie wiadomo, na jaki stan mamy się trafi. W ciągu kwadransa wszystko się może zdarzyć!

KATARZYNA: I się zdarza.

DOROTA: Kiedy zaczął się remont mamy domu, rano była w świetnym humorze. Przyjaciółka wykupiła jej fantastyczne spa w Bryzie i nazajutrz miały tam jechać. Przyjeżdżam do mamy, a ona blada jak ściana mówi, że chce umrzeć i nigdzie nie pojedzie, bo zginął jej talizman (śmiech).

KATARZYNA: Nie talizman, tylko ukochany naszyjnik. I nienawidzę wyjeżdżać – dopóki rzecz jasna nie wyjadę – więc postanowiłam, że nie jadę.

DOROTA: Szukamy talizmanu, rozwalamy wszystko. A mama: „Mam gdzieś ten wyjazd, pokryję wszystkie koszty…”. Wtedy ja: „Naprawdę mamo, chcesz zapłacić za tygodniowy pobyt w Bryzie, nie jadąc tam?!”. O 23.23 dostaję od mamy SMS-a: „Znalazłam wisior w miednicy”. A ja na to: „Dobrze, że nie w kolanie. To znak, że przeżyjesz”.

KATARZYNA: Nie przywiązuję wagi do talizmanów, odkąd zginęło mi oczko – piękny opal, z pierścionka, który w 1974 roku dostałam od ojca. Byłam wtedy przekonana, że stanie się coś złego. I tak też było. Przyrzekłam sobie, że już nigdy nie pomyślę, iż cokolwiek zależy od rzeczy. Przywiązując wagę do tej rzeczy, projektujemy rzeczywistość.

Nieobliczalność matki może zachwiać poczuciem bezpieczeństwa dziecka... Czy tak czasem było?

DOROTA: To chwieje mną cały czas. Przygoda niesie ze sobą różne emocje. Jest w nią wpisane ryzyko, jakieś zakręty, rzeczy niebezpieczne. I życie z moją mamą jest przygodą, która ma różne odcienie.

KATARZYNA: Ale bezpieczną.

DOROTA: Czasem tak. Czasem irytującą, a czasem tak zabawną, że pokładamy się ze śmiechu. Nudno nie jest. Nie mogę np. powiedzieć,że wiem, co matka by w danej sytuacji powiedziała. Prócz jednej sytuacji – gdy idziemy do restauracji. Zawsze wtedy mówi, że to, co ja zamówię, będzie lepsze niż jej i każe mi to sobie oddać.

KATARZYNA: A to jest nieprawda...

Wzruszająca i zabawna jest Wasza książka, zwłaszcza kiedy córka przejmuje kontrolę nad życiem, a matce już wszystko wolno. Tak właśnie jest?

DOROTA: A co ja teraz robię? Ciągle wyjmuję matce palce z ust.

KATARZYNA: Czekam, aż mi powie: „Widzisz, ile tu jest zarazków?!” (śmiech). Moja córka ma głębokie przekonanie, że się zatrzymałam na siedemnastym roku życia. Otóż nie. Jestem dorosłą, dojrzałą kobietą.

DOROTA: To być może jedno z twoich alter ego. I to jedno jest dorosłe, a obok ma grupkę siedemnastoletnich pensjonariuszek.

KATARZYNA: Nie jest jej łatwo mnie okiełznać. Przez lata chodziłam na terapię, więc się nie obrażam i chętnie oddaję mojej córce myśl przewodnią, że teraz ona rządzi (śmiech).

DOROTA: Są takie momenty, mamuś, kiedy trzeba cię wziąć za frak.

KATARZYNA: Ale to ja sama biorę siebie za frak.

DOROTA: Nie. Pozwalasz mi na to.

Komentarze