MARILYN MONROE Jaka była naprawdę?

MARILYN MONROE Jaka była naprawdę? Zdjęcia: ONS, EAST NEWS

Dla jednych to najseksowniejsza i najzdolniejsza aktorka świata. Dla innych banalna i rozhisteryzowana gwiazda. Choć od śmierci Marilyn minęło prawie 50 lat, nie przestaje fascynować i zadziwiać, a na jaw wychodzą nieznane dotąd fakty z jej życia. Dzięki opublikowanym zapiskom gwiazdy, nowym biografiom czy filmowi „My Week with Marilyn”, który miał niedawno światową premierę, spod maski pustej blond piękności wyłania się kobieta wielowymiarowa – inteligentna, utalentowana, obsesyjnie poszukująca miłości. Czy nadszedł czas na rozprawienie się z mitami, które narosły wokół symbolu seksu XX wieku?

Nieprzyjemne skurcze brzucha, ciarki na plecach i bóle kolan od opinającego je grubego paska. Choć od ostatniego klapsa na planie filmu „My Week with Marilyn” minęło już kilka miesięcy, odtwórczyni głównej roli Michelle Williams wciąż doskonale pamięta, jak czuła się, grając legendarną gwiazdę kina lat 50. „Codziennie powstrzymywałam się od płaczu. Zaciskałam zęby i modliłam się w duchu, by nie uciec sprzed kamery” – zdradziła dziennikarzom 31-letnia aktorka, która promuje właśnie za oceanem dzieło w reżyserii Simona Curtisa. Michelle przygotowywała się do roli Marilyn przez wiele tygodni. „Oglądałam filmy z jej udziałem, czytałam zapiski. Próbowałam też mówić tak jak ona, a także chodzić, co oczywiście nie było takie proste. Związywałam sobie kolana, by seksownie ruszać pupą” – opowiadała.

Najtrudniejsze dla Michelle było jednak poznanie skomplikowanej, lecz zarazem niezwykle fascynującej psychiki Marilyn. „Jestem dogłębnie poruszona Monroe. Granie jej było dla mnie ogromnym przeżyciem i zaskoczeniem. Jako mała dziewczynka wieszałam sobie nad łóżkiem plakaty z jej seksownym wizerunkiem. Jeszcze do niedawna widziałam w niej tylko blond anioła. Jednak gdy zaczęłam poznawać ją bliżej, dotarło do mnie, że Marilyn była nie tylko wrażliwą, ale przede wszystkim piekielnie inteligentną kobietą. Właśnie taką chciałam ją pokazać” – powiedziała Michelle.

Film „My Week with Marilyn” nie jest jednak jedynym dziełem próbującym ukazać inną, zaskakującą twarz ikony. Rok temu opublikowano nieznane dotąd listy i zapiski artystki, które znalazła Anna Strasberg – wdowa po przyjacielu Marilyn i założycielu słynnej szkoły aktorskiej Lee Strasbergu. Poruszona głębią notatek postanowiła je opublikować. Książka „Marilyn Monroe. Fragmenty. Wiersze, zapiski intymne, listy” okazała się hitem. „Seksowna bogini miała nie tylko piękne ciało, ale również piękny umysł” – wciąż powtarzają zachwyceni książką wielbiciele aktorki. Ale czy Monroe faktycznie taka była? Może to tylko kolejny mit na jej temat? W końcu wielu twórców, znających Marilyn, przez lata powtarzało, że ta blond gwiazda była pustą i głupiutką laleczką, a praca z nią przypominała reżyserowanie psa Lassie...

Wrażliwa romantyczka

Biografowie aktorki są zdania, że Marilyn miała kilka twarzy i każda z nich była w pewnym stopniu prawdziwa. Pierwszą znamy z filmów i sesji zdjęciowych. To uśmiechnięta seksbomba. Według bliskich znajomych aktorki jej filmowy wizerunek nie miał jednak nic wspólnego z charakterem gwiazdy. Monroe, a właściwie Norma Jeane Mortenson, w niczym nie przypominała radosnej trzpiotki. Kobieta ze srebrnego ekranu była jedynie kreacją, wymysłem reżyserów, scenarzystów i fotografów. Ludzie tak bardzo pokochali Marilyn w słodkiej wersji, że aktorka musiała zapomnieć o swojej osobowości. Jaka więc była naprawdę? Podobno bardzo zagubiona i nieszczęśliwa. Przez ciężkie dzieciństwo, – ciągłe zmiany rodzin zastępczych, chorobę psychiczną matki i brak ojca – całe życie zmagała się z nawracającą depresją i brakiem wiary w siebie. Bała się praktycznie wszystkiego. Ludzi, oceny innych, pracy. „Obawa przed nowym tekstem, może nie będę zdolna się go nauczyć, może będę się mylić, ludzie pomyślą, że jestem niedobra, albo mnie wyśmieją, albo zlekceważą, albo uznają, że nie umiem grać” – pisała w swoim dzienniku na początku lat 50. Kiedy cały świat myślał, że Marilyn była demonem seksu, modliszką uwodzącą i zmieniającą mężczyzn jak rękawiczki, ona wciąż zastanawiała się, czy ktokolwiek jest w stanie ją pokochać. Nie czuła się w pełni akceptowana przez swojego pierwszego męża Jamesa Dougherty’ego – przyszłego policjanta. Wiele lat później, już po ślubie z Arthurem Millerem, załamała się, gdy przez przypadek przeczytała jego zapiski na swój temat. „Jest nieobliczalna i czasami taka niemądra” – wyznał. Słynny dramatopisarz, autor m.in. sztuki „Śmierć komiwojażera”, kochał Marilyn, ale jednocześnie wstydził się dziwnych zachowań żony. A takich było naprawdę wiele. Kiedyś oboje wracali samochodem z przejażdżki i gdy wjechali już na swoją ulicę, Marilyn dostała nagle ataku szału. Kazała zatrzymać auto. Wyskoczyła z niego i wbiegła do ogródka sąsiadów. Płakała i wciąż krzyczała: „Dlaczego?”. Okazało się, że podczas nieobecności pary ścięto kwiaty, które zawsze tak bardzo jej się podobały. Zrozpaczona aktorka podnosiła je i na siłę wbijała w ziemię. „Musicie odżyć! Musicie!” – płakała.

Miller nie mógł także zrozumieć jej fascynacji zwierzętami. Marilyn traktowała je lepiej niż ludzi. Miała w domu kilka psów, a także ukochane dwie papużki. Zabierała je ze sobą wszędzie. Kiedyś przemyciła nawet jedną z nich do samolotu. Ptaszek uciekł jednak z klatki i latając po pokładzie, skrzeczał: „Jestem papużką Marilyn, jestem papużką Marilyn!”.

Intelektualistka

Słowa kluczowe
Komentarze