MARTYNA WOJCIECHOWSKA Moja podróż bez mapy

Martyna Wojciechowska jest mamą 5-letniej Marysi. Zdjecia: Marta Wojtal

Kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży, założyła w komputerze teczkę „Projekt dziecko”. Zbierała do niej wszystkie teksty naukowe dotyczące wychowania. Ale kiedy urodziła się Marysia, cały zbiór wylądował w koszu. „Bo okazało się, że wychowanie jest fascynującą podróżą, w dodatku bez mapy, najtrudniejszą z podróży, jaką można odbyć” – mówi Martyna. Oto intymne wyznania silnej kobiety, która opowiada o tym, jak uczyła się roli mamy.

Martyno, robisz tyle fascynujących rzeczy: jesteś globtroterką, rajdowcem, redaktor naczelną „National Geographic”, piszesz książki. Ale z wykształcenia jesteś ekonomistką. A do tego specjalizowałaś się w zarządzaniu zasobami ludzkimi. Czy Ty, taka perfekcyjna i ambitna, „zarządzasz” swoją córeczką?

Dopóki nie urodziłam Marysi, myślałam, że to możliwe. (śmiech) Kiedy byłam w ciąży, zrobiłam wszystkie możliwe badania. I przeczytałam wszystkie możliwe książki na temat macierzyństwa. Moja natura ekonomistki, osoby porządkującej rzeczywistość, kazała mi to robić. Stworzyłam sobie nawet specjalny folder w komputerze. Nazwałam go „Projekt dziecko”. Zbierałam tam różne szalenie użyteczne – jak mi się wydawało – informacje, robiłam tabelki, analizowałam dane. Bardzo starałam się zracjonalizować fakt bycia w ciąży i tego wszystkiego, co wiązało się z tym, że zostanę mamą. Wszystko po to, żeby ten temat jakoś oswoić i czuć, że mam nad tym kontrolę... Zupełnie jakbym zapomniała, że świata nie da się ogarnąć rozumem i zanalizować. W ciągu pierwszego tygodnia po urodzeniu dziecka mogłam to wszystko wyrzucić do kosza. Wychowanie jest fascynującą podróżą, w dodatku bez mapy. Ale też najtrudniejszą z podróży, jakie można odbyć. Przede wszystkim dlatego, że każda wyprawa ma swoje zakończenie. Żeby nie wiem jak było ciężko, jak musielibyśmy być głodni, zmarznięci i zmęczeni – wiemy, że nadejdzie kres tego całego wysiłku. Bywa, że nie możesz jak człowiek się wysiusiać, umyć, dookoła masz ludzi, których może już nawet nie lubisz, bo zobaczyłaś ich najgorszą stronę, ale wiesz, że jeszcze tylko trochę i... będzie koniec. Wrócisz do domu, do swojego świata. A codzienne życie z dzieckiem to już zupełnie inna historia. Dlatego jest tak trudne. Wychowanie dziecka jest z pewnością dużo trudniejszą i wyższą górą niż Mount Everest.

Chciałaś mieć syna czy córkę?

Przyznaję, że marzyłam o córce. Żartowałam nawet, że nie mogłabym usługiwać żadnemu mężczyźnie, nawet gdyby to był mój syn. (śmiech) Ja po prostu wiedziałam, że chciałabym wychować i przygotować do życia kobietę.

Do czego porównałabyś wychowanie dziecka?

Przychodzi mi do głowy proces uprawy pola. Najpierw musimy je przygotować na przyjęcie ziarna, czyli tych wszystkich wartości, które chcemy dziecku zaszczepić. To jest ważny etap i nie można go pominąć. Potem trzeba zasiać, patrzeć, jak wzrasta, dbać, podlewać, troszczyć się. Różnica jest taka, że zamiast na końcu zbierać plony, wystarczy cieszyć się, że rośnie. Choć może w inną stronę, niż planowaliśmy. (śmiech)

Co najbardziej lubicie robić razem z Marysią?

Maryśka lubi robić co innego ze mną niż ja z Marysią. (śmiech) Ona chciałaby, żebyśmy rysowały i tańczyły. To ostatnio jej główne ulubione zajęcia.

Wielu rodziców zapisuje maleńkie dzieci na angielski i robotykę. A przecież dużo większa korzyść byłaby z tarzania się po dywanie...

Myślę, że my, Europejczycy, jesteśmy w tym trochę śmieszni. Uważam, że dzieci naprawdę mają czas, żeby się tego wszystkiego nauczyć i przez pierwsze lata powinny cieszyć się beztroską. Ale ostatnio odczułam wybitną satysfakcję. Kąpię Marysię wieczorem, a potem ona idzie wybrać sobie książkę do czytania, bo taką mamy umowę, że to ona decyduje. Bardzo się ucieszyłam, kiedy wreszcie nie przyniosła historii o księżniczce Arielce, tylko atlas świata i powiedziała: „Mamo, opowiedz mi o tym, dlaczego dzieci w Afryce głodują”.

No to efekt został osiągnięty. A dlaczego Ty sama napisałaś dwie książki dla dzieci? One są po to, by „troszkę pouczać”?

Oczywiście! Z tej mojej trudności z oswajaniem się ze światem dziecka wyniknęły dwie nowe książki, czyli „Dzieciaki świata” i „Zwierzaki świata”. Pomysł zrodził się, właśnie kiedy czytałam Maryśce po raz pięćsetny tę samą bajkę: była królewna, królewicz na białym koniu, a potem żyli długo i szczęśliwie. Doszłam do wniosku, że po pierwsze, jest to świat, który nie istnieje, po drugie, mnie to już bardzo męczy, po trzecie, nie zniosę już tych historii o niczym, bo nie przekazują dziecku żadnych wartości. I tak powstał pomysł na napisanie dwóch książek. Jedna jest o ludziach i o tym, jak żyją dzieci w innych zakątkach naszego globu. O tym, że gdzieś w Nepalu mieszka pięcioletnia Matina, która pewnego dnia zostaje żywą boginią. I cieszy się, że będzie teraz ważna i będzie ubierać się w piękne suknie. A potem zaczyna rozumieć, jak trudno jest być żywą boginią, kiedy nie możesz śmiać się i bawić, a wszyscy tylko składają ci pokłony. I kilka innych historii, na przykład o ośmioletnim Mebratu z Etiopii, o Lien, która mieszka w domu na wodzie w Wietnamie, i o dziewczynce z Tajlandii, która marzy o tym, żeby zostać żyrafą. Te wszystkie historie są prawdziwe. Prawdziwe są też te dzieci. Spotkałam je, zaprzyjaźniłam się z nimi, ich historie mnie poruszyły. Myślę, że często dzieci w Polsce – a być może i dorośli – nie mają pojęcia, jak wyglądają realia życia w innych zakątkach świata. I o tym jest pierwsza książka.

A druga? „Zwierzaki świata”?

Komentarze