GALA: Czy Pan się teraz mniej boi śmierci?

Jacek Olszewski, mąż Agaty Mróz: Myślę, że tak. Trzeba się z nią pogodzić, wiedząc, że kiedyś nas spotka. Nie ma co się bać. Najpierw zmarła żona, później mój tata, a później teść, rok po roku. Agata miała przeszczep w klinice onkologii dziecięcej we Wrocławiu, gdzie umierają małe dzieci. Byliśmy tam miesiąc. W tym czasie zmarła dwójka dzieci.

Nigdy Pan nie zapytał: dlaczego ja?

A dlaczego ktoś inny? Dlaczego na przykład Kowalski? gorszy jest ode mnie, że jemu ma się to przytrafić? Nie ma wytłumaczenia. To ruletka.

Lepiej nie zadawać takiego pytania?

Oczywiście. Bo po co? Nigdy nie dostaniemy na nie odpowiedzi, więc po co się zadręczać.

Wiara Panu pomogła w cierpieniu?

Jestem osobą wierzącą, aczkolwiek nie ze wszystkim się zgadzam. Chyba najważniejsze, żeby człowiek postępował zgodnie z sumieniem. Potrzebna mi jest wiara, w to, że ktoś na nas czeka, nami kieruje. Mam kilku dobrych aniołów, którzy się mną opiekują. Czy to jest religia? Może tak, może nie…

Ma Pan w sobie taki stoicki spokój...

Byłem w klinice onkologii dziecięcej. I tam nauczyłem się, że trzeba się cieszyć każdym dniem – tym, że człowiek wstaje, że jest zdrowy. Nieraz spotykam się z ludźmi, którzy mówią: a, bo praca, bo to, bo tamto, bo coś mi się nie ułożyło… Mówię: ludzie, jak macie zdrowie, cieszcie się! Po prostu. Zdrowie jest najważniejsze. Ja tego doświadczyłem, i mnóstwo ludzi z mojego otoczenia tego doświadczyło.

A wściekłość, bunt? Dziwne, że tego Pan nie przeżywał.

Jak już położyłem dziecko spać, to siadałem wieczorem i zastanawiałem się, dlaczego mi się to przytrafiło. Ale buntu nie było. Ludzie mówią, że ja cały czas nie odreagowałem. (śmiech) Od razu prowadziłem fundację i robiliśmy akcje krwiodawstwa. To dawało mi poczucie sensu. Znalazłem swoją drogę w pomaganiu innym. Działam w Fundacji Kropla Życia im. Agaty Mróz-Olszewskiej. Wspieramy krwiodawstwo, transplantację oraz przeszczep szpiku kostnego poprzez sport, kulturę i edukację. Właśnie zakończyłem nowy projekt – kalendarz „Po prostu miłość” – z polskimi siatkarkami i ich dziećmi, który powstaje, by wspierać mamy, dzieci, sport i macierzyństwo. Jest piękny i dużo dobrego przyniesie.

Minęło już 6 lat od śmierci Agaty [wywiad powstał w 2014 roku - przyp. red.]. Czy Pan inaczej patrzy na pewne sprawy? Czegoś Pan żałuje?

Nie można wracać do tego i zastanawiać się, co by było, gdyby. Chyba się tak bardzo nie zmieniłem. Jestem taki sam jaki byłem przy niej… Może zrobiłem się delikatniejszy, ale to pewnie ze względu na przebywanie z córką. Czasami mi brakuje tego, żeby być takim macho. Za wrażliwy się zrobiłem...

Nie krzyczy Pan, nie wali pięścią w stół?

Bardzo rzadko. Teściowa mi powiedziała, że do wychowania dziecka mam talent, bo jednocześnie mam ojcowską miłość, a z drugiej strony cały czas pewną konsekwencję, pomimo tego że serce boli. Nieraz tego brakuje. Często widzę mamy, które sobie nie radzą z dziećmi, bo czegoś zakazują, a później tego nie dotrzymują. Ja jestem konsekwentny.

Widzi Pan w córce Agatę?

Każdego dnia. Wystarczy porównać zdjęcia Lilki i Agaty. To cała mama! Usta, uśmiech…

Ale nie skupiam się tylko na córce. Mam swoje życie. Lila jest już starsza, więc czasem jedzie do cioci czy do babci. Wtedy mam trochę czasu dla siebie. Nie imprezuję, nie czuję takiej potrzeby. Wystarczy, że raz na jakiś czas porobię to, co lubię. Podładuję akumulatory.

A co Pan lubi?

Chodzić  po górach. Ze szwagrem wybraliśmy się kiedyś na taką weekendową wycieczkę ze spaniem w schronisku. Lubię wyjść sobie na 2-3 godziny samemu, gdzieś połazić, zmęczyć się, gdzieś w parku linowym, tak totalnie wyłączyć mózg. (śmiech) Lubię nie myśleć o pracy. Projektuję sprzęt medyczny, do leczenia bólu. To sprzęt, który pomaga neurologicznie wyłączyć nerwy poprzez zamrożenie.

W pracy też ma Pan misję dawania ludziom ulgi w cierpieniu?

Tak. Jest to oczywiście lepsza misja niż ta, którą pełniłem w sejmie, w komisji zdrowia, przy tworzeniu ustaw. Niestety, to co wtedy zobaczyłem, kłóci się z moimi wartościami. Te układy...

Agata śni się Panu?

Nigdy mi się nie śniła. Mam Lilkę, więc mam Agatę praktycznie na co dzień. Co jeszcze ma mi się śnić?

Lilka pyta o mamę?

Ona mamy nie zna. Wie, że mama była, bo o tym rozmawiamy. Wie, że ją kochała, ma jej zdjęcia, ale nie dopytuje się, jaka była.

A mówi Pan: mama lubiła to miejsce, tę piosenkę?

Nie, nie można wracać cały czas do przeszłości, rozpamiętywać. My byliśmy razem w sumie dwa i pół roku, teraz minęło 6 lat, jest zupełnie inna rzeczywistość.

Dłużej Pan jest z tą kobietą, której już nie ma, niż z tą realną...

Właśnie.

Więcej czasu jesteśmy z Lilką, niż byłem z Agatą.

Oczywiście, gdy jedziemy do babci do Tarnowa, to mówię, że to ulubione miejsce mamy.

Często odwiedza Pan grób Agaty?

Kiedyś częściej. Teraz mniej, bo jest 300 km stąd.

Nie żałuje Pan, że nie jest bliżej?

Nie. To była decyzja rodziców, tam jest grób rodzinny Agaty.

Uważam, że kogoś, kto odszedł, mamy w głowie, w sercu. Niekoniecznie musimy to wyrażać, stawiając co tydzień kwiatki na grobie. Oczywiście są ludzie, którzy przy grobie czują taką bliskość. Ja uważam, że tę bliskość możemy mieć w każdym miejscu, niekoniecznie przy pomniku. 

Ciąży Panu ten stygmat mediów, które ciągle uważają Pana za męża Agaty?

Podchodzę do tego swobodnie, ale zdarzają się trudne sytuacje. Ostatnio obiegło media zdjęcie córki Agaty Mróz z Gibą – brazylijskim siatkarzem. Sześć i pół roku wkładam energię w wychowanie, a nie napiszą, że to też moja córka. (śmiech)

Ciągle Pan jest w cieniu Agaty? 

Media potrafią źle działać w tej sprawie. Boję się, że teraz będzie podobnie z rodziną Ani [Przybylskiej - przyp. red.]. Nie mówię, że robią to w złej wierze, ale ktoś wpadnie na pomysł, żeby ją uświęcić. Proszę pomyśleć, jak się ma czuć najbliższa rodzina?

Czy ja teraz mam żyć do końca życia jako były mąż błogosławionej? Przychodzili do mnie sąsiedzi i mówili: „Chcielibyśmy tutaj jakąś tablicę postawić”. Drodzy państwo, super, rozumiem wasze intencje, ale proszę sobie wyobrazić, jak ja mam codziennie przechodzić obok tablicy uświęcającej byłą żonę? Są szkoły imienia Agaty, hale widowiskowe. Z tym nie mam problemu. Ale nie będę też do końca życia jeździł na otwarcia i przecinał wstęgi. Trzeba się odciąć i iść do przodu.

A Pan zaczął żyć tym innym życiem? To jest możliwe?

Pewnie, że jest. Lilka też potrzebuje kogoś, kto wprowadzi ją w żywioł kobiecości.

Chce się Pan z kimś związać?

Na pewno. Ale czasem czuję się jak eksponat w muzeum. Wisi taki na ścianie, każdy może przyjść, pooglądać, popodziwiać, ale nie dotykać, bo nie wolno. Wolno! To normalne. Widzę to też po Lilce. Ona potrzebuje ciepła, osoby, do której może się przytulić. Wierzę w miłość. Ale wiem, że mam mieć kobietę dla siebie, nie dla córki. Ostatnio Lilka powiedziała: „Tato, idź na disco, znajdź sobie dziewczynę”. Zapytałem jaką – dobrą dla mnie czy dla niej. „Taką, żeby była dobra i dla ciebie, i dla mnie”, usłyszałem…

A nie jest tak, że po takiej stracie już nie umie się kochać tak intensywnie?

Nie wiem. Myślę, że na pewno gdzieś tam ktoś jest. Spotkałem taką osobę. Nie jesteśmy już razem, ale dzięki niej zrozumiałem, co chcę czuć. Wiem, że to możliwe, że miłość jeszcze przede mną.

A kiedy Pan sobie nie radził z Lilką?

Mam takie wspomnienie: jest 12 stopni mrozu, jadę odstawić samochód do warsztatu, pada śnieg. Sparaliżował całe miasto. Stałem z płaczącym, głodnym dzieckiem, przez cztery godziny nie mogliśmy wrócić do domu. Czułem się taki bezradny, nie wiedziałem, co robić. Dopiero, kiedy wsiedliśmy do autobusu, Lila zasnęła i przestała płakać, przyszła ulga.

Gotuje Pan córce? Jakie są Pana popisowe potrawy?

Pizzę robię i smakuje, nie tylko córce, ale i jej koleżankom. Lubią też hot dogi. Robimy ciasto drożdżowe, czekamy, aż urośnie, później je sobie tną, zawijają z serkiem. Kładziemy kocyk na środku pokoju i robimy piknik.

Zaczął Pan wertować książki kucharskie?

Mam tylko jedną książkę – „Kuchnia polska” z lat 80., która jest rewelacyjna. Na niej się wzoruję.

Ma Pan jakieś marzenia?

Tak. Domek pod Warszawą. Mamy już nawet kupioną działkę. I marzy mi się rodzina większa niż tylko 1+1...

Czeka Pan na miłość?

Pewnie, a kto nie czeka? Ona przyjdzie, tylko nie wiemy kiedy. Tak, jak nie wiemy, kiedy przyjdzie śmierć. Czuję się spełniony. Miałem świetny związek, piękną miłość, mam cudowną córkę. Ale ostatnio koleżanki z pracy powiedziały mi: „Jak nie teraz, to w sanatorium”. Żyję taką nadzieją (śmiech).