GALA: Pierwsza pasja, która sprawiała, że zasypiałeś o 4 nad ranem?

PIOTR RUBIK: Obojętnie, jak długo bym się nad tym zastanawiał, zawsze pierwszą pasją będzie muzyka. Niezależnie od tego, czy nazwę to pracą, zawodem, sposobem na życie czy hobby. Moja praca jest moją najfajniejszą, ulubioną zabawką, dlatego jestem szczęśliwy.

GALA: W jaki sposób muzyka może być „zabawką” dla małego chłopca?

PIOTR RUBIK: W domu dziadka, ojca mojej mamy, prawnika z zawodu, była magiczna szafa, a w niej kilka tysięcy płyt winylowych. Egzotycznych, kolorowych, zachodnich płyt. Już samo dotykanie ich i oglądanie okładek było czymś cudownym. Pamiętam stare okładki firmy Deutsche Grammophon, z charakterystycznym żółtym paskiem, albo słynne logo His Master’s Voice z pieskiem słuchającym starego gramofonu z wielką tubą. Dodatkową atrakcją było to, że mogłem wyciągać płytę z okładki i kłaść na talerz gramofonu. Siedzieliśmy potem z dziadkiem w fotelach i słuchaliśmy Beethovena, Mozarta i innych klasyków.

GALA: Najważniejsze miejsce w domu dziadka?

PIOTR RUBIK: Fotel. Brązowe oparcia, zielone obicia, stary, przedwojenny fotel cudem zachowany. Obok stał taki fajny stolik: okrągły, mosiężny blat, noga rzeźbiona. Jak teraz sobie to przypominam, to myślę, że spędziłem tam z dziadkiem kawałek mojego dzieciństwa. I to były ważne chwile.

GALA: Gry to Twoja kolejna wielka pasja.

PIOTR RUBIK: Zaraz po stanie wojennym, a miałem wtedy kilkanaście lat, u znajomych zobaczyłem ZX Spectrum – pierwszy domowy komputer z gumowymi klawiszami. Długo potem marzyłem, żeby mieć coś takiego. Ale prawdziwego olśnienia doznałem u Przemka Gintrowskiego, z którym współpracowałem jako pianista, kiedy kupił sobie Atari. Miał specjalny program do nut i pierwszy raz w życiu zobaczyłem, jak komputerowo można je zapisać. Zacząłem odkładać wszystkie zarobione pieniądze i w końcu w 1991 roku poszedłem do Peweksu, tam gdzie teraz jest Marriott. Kupiłem swoje Atari, na którym mogłem pisać muzykę, i dodatkowy kolorowy monitor, dzięki któremu mogłem grać w gry (śmiech).

GALA: Grając, można się czegoś nauczyć, czy to jest tylko czysta przyjemność?

PIOTR RUBIK: Oczywiście, na przykład języków obcych. Mnie gry pasjonują głównie ze względu na rzeczy, które mogę w nich odkryć, tajemnice, zagadki. Nie przepadam za typowo zręcznościowymi grami, gdzie liczy się tylko refleks, szybkość, technika. Muszę mieć jakąś niesamowitą, wciągającą historię – jakiś cel, zadanie do wykonania, przygodę do przeżycia. Gra może przebiegać np. w tajemniczej bazie wojskowej, gdzie jesteś sam, skąd niby nie ma ucieczki, ale musisz się wydostać, bo zginiesz. Zresztą podobnie wybieram książki, które lubię.

GALA: Pierwsza ważna książka?

PIOTR RUBIK: Tej jedynej nie pamiętam, ale jak byłem mały, lubiłem czytać Sienkiewicza: „W pustyni i w puszczy”, „Krzyżaków”, całą Trylogię. To były dla mnie namiastki przygód, o jakich marzyłem, gdzie mogłem identyfi kować się z bohaterem i żyć jego życiem. Kiedyś czytałem bardzo dużo, dziś mam mniej czasu, ale lubię sobie poczytać przed snem. Teraz wybieram głównie książki sensacyjne, ale czytam je po angielsku. Niedawno skończyłem „The Lost Symbol” Dana Browna.

GALA: To może od razu dodajmy, że nie czytasz klasycznie wydanych książek, papierowych, tylko w e-czytniku.

PIOTR RUBIK: Nie muszę już na wakacjach dźwigać ciężkiej walizki pełnej książek. W takim małym czytniku mieści się nawet kilkaset książek, a każdą nową mogę sobie ściągnąć z internetowej księgarni w ciągu kilkudziesięciu sekund. To fantastyczna zabawka. W ogóle uwielbiam wszystkie elektroniczne nowości, czytam profesjonalną prasę, nawet po japońsku, jestem na bieżąco, co, gdzie i kiedy się pojawi: nowe telefony, konsole, laptopy, odtwarzacze. Jak pojawia się nowy MacBook Pro, to od razu go kupuję, bo w muzyce liczy się przede wszystkim szybkość procesora. Dwa miesiące temu kupiłem też bardzo designerski odtwarzacz, gdzie na dysk twardy można wgrać tysiące płyt, każda się wyświetla z okładką na specjalnym kontrolerze. Piękny, nowoczesny gadżet.

GALA: Czy ja dobrze zrozumiałam? Nauczyłeś się japońskiego, żeby czytać gazetki komputerowe? Zaimponowałeś mi!

PIOTR RUBIK: (śmiech) To się tak naprawdę zaczęło od gier. W Japonii wychodzi mnóstwo fantastycznych gier, z których wiele w ogóle nie trafia na europejski rynek, bo są zbyt wymyślne, oryginalne, więc zachodzi obawa, że się tu po prostu nie sprzedadzą. A ja bardzo chciałem je mieć i w nie zagrać, więc stwierdziłem, że spróbuję nauczyć się języka. Byłem trochę sceptyczny, bo japoński, jak każdemu, wydawał mi się szalenie trudny. A jednak bardzo szybko mi poszło. Okazało się, że gramatyka i wymowa są banalnie proste, a jedyna trudność to pismo. Jak je zacząłem zgłębiać, zobaczyłem, że ono jest jak rodzaj kodu, szyfru o logicznej konstrukcji. Zaczęło mnie to wciągać jak fajna przygoda. Najpierw uczyłem się sam, z płytą i podręcznikami, a potem miałem już konwersacje.

GALA: Japonia to kraj marzeń?

 

PIOTR RUBIK: Ciągnie mnie tam, bo jeszcze w Japonii nie byłem. Jakoś nigdy nie było czasu. Chciałbym zobaczyć ten kraj, ale głównie interesuje mnie język, żeby mieć swobodny dostęp do najnowocześniejszych gadżetów i gier. Przyznam, że nie jestem fanem ani znawcą literatury japońskiej, a filmy japońskie to też nie jest mój ulubiony rodzaj kina. Znam podstawowe książki, filmy, doceniam je, ale nie potrafi ę się tym delektować dla przyjemności. Nie mam więc czegoś takiego: „Wow, muszę tam pojechać!”. Kocham natomiast japońską kuchnię. Uwielbiam sushi, nigdy mi się nie nudzi, to moja ulubiona potrawa i uważam ją za najlepszy rodzaj jedzenia na świecie.

GALA: Dobra chwila, by spytać, jakie zmysły rządzą Twym życiem?

PIOTR RUBIK: Na pewno najbardziej rozwinięty mam słuch. Ale nie cho- dzi mi o to, że miałbym słyszeć tak doskonale jak kot. Po prostu kiedy słyszę jakiś utwór, od razu „widzę” wszystkie nuty, wiem, jak to jest zrobione, napisane, na jakich instrumentach zagrane. Mam słuch, który działa niczym rentgen u lekarzy. To mi między innymi szalenie pomaga w nauce języków, ponieważ słucham języka jak melodii, łatwiej mi złapać intonację, akcent, słowa. Oprócz słuchu bardzo ważny jest dla mnie smak. Uwielbiam jeść, dlatego przez większość życia walczę z nadwagą, niestety. Gdyby nie wisiała nade mną groźba, że znowu utyję, tobym jadł i jadł (śmiech). Jestem totalnym łakomczuchem, lubię wszystkie dobre rzeczy, oczywiście także słodycze. W pewnym sensie jedze- nie to też moja pasja (śmiech).

GALA: Zawodowo osiągnąłeś ogromny sukces. Praca to Twoja pasja. W życiu ważniejsza jest pasja czy miłość?

PIOTR RUBIK: Miłość. Człowiek do życia potrzebuje miłości. Myślę, że gdyby w moim życiu były same pasje, byłoby ze mną kiepsko. Gdybym miał wybierać pomiędzy miłością a pasją, to jednak wybrałbym miłość. Prawdziwy ta- lent, pasja, tak łatwo cię nie opuści, może „zaczekać”. A miłości nie odłożysz, bo możesz ją przegapić. Jeśli jest miłość, trzeba koniecznie za nią pójść, tak jak w piosence: „Nie wstydź się mówić, że kochasz. Nie milcz, bo miłość (...) cię ominie”. A na to nie można sobie pozwolić. Agata wniosła miłość do mojego życia i to jest bardzo ważne.

GALA: W dzieciństwe najważnjeszy był zielony fotel. Tu, w Twoim własnym domu, gdzie jest to miejsce?

PIOTR RUBIK: Dużo czasu spędzam w moim fotelu w pracowni, bo tam komponuję. Poza tym nie mam tu swojego jedynego miejsca, wszędzie mnie pełno. Bardzo lubię to mieszkanie, cieszę się, że je znalazłem.

GALA: Wasz dom stworzyłeś na wzór domu dzieciństwa?

PIOTR RUBIK: Zupełnie nie, bo to było mieszkanie moich dziadków. Ja wyrosłem w malutkim mieszkanku, w fajnym punkcie Warszawy, bo za Żelazną Bramą, ale w koszmarnym „mrówkowcu”. W klasycznym, piętnastopiętrowym bloku z lat 70. Mieszkałem w takiej klitce na trzecim piętrze – ciemna kuchnia, ciemna łazienka, w pokoiku komunistyczna meblościanka. Masakra. Ale człowiek cieszył się z innych rzeczy.

GALA: Teraz u Was króluje Helenka. Wywróciła Wasze życie do góry nogami?

PIOTR RUBIK: Na początku trochę się bałem, że życie okaże się zupełnie inne, że nie będzie miejsca na pasję, na hobby. Ale szybko okazało się, że na wszystko można znaleźć czas, to tylko kwestia odpowiednich negocjacji z żoną (śmiech). Kiedy w rodzinie przychodzi na świat dziecko, wytwarza się adrenalina, nowe pokłady energii, która po- zwala sprostać kompletnie nowym obowiązkom. Bardzo kocham moją córkę, jest taka cudowna, i wiem, że wiele poświęciłbym dla niej. Ale nie stałem nigdy przed takim wyborem: albo praca, albo dziecko. Mam taki zawód, że mogę pisać, kie- dy chcę, nie muszę niczego robić od-do. Jeśli mam czas, mogę zamknąć się w pracowni i pisać nawet po 22, a w dzień zająć się rodziną. To kwestia organizacji, wystarczy nauczyć się układać swoje klocki.

GALA: Opanowałeś instrukcję obsługi niemowlaka?

PIOTR RUBIK: Okazało się to nie takie trudne, jak się wydawało. Oczywiście początkowo kąpiel, zmiana pieluch czy ubieranie trwały cztery razy za długo, ale szybko nabrałem wprawy. Teraz mamy baby boom, więc często wymieniamy się doświadczeniami z kolegami tatusiami.

GALA: Napisałeś coś specjalnie dla córki?

PIOTR RUBIK: Powymyślałem sporo piosenek, które może kiedyś wydam na płycie. Mam nawet tytuł: „Piosenki dla Helenki”. Jedne z nich służą do zabawiania, inne do usypiania, uspokajania – w zależności od sytuacji i potrzeb. Niektóre są bardzo prywatne, ze słowami wymyślonymi na poczekaniu. Nucę jej, czasami mogę zagrać na fortepianie, ale zazwyczaj jej śpiewam.

GALA: Często mężczyźni się skarżą, że dziecko zagarnęło im żonę?

PIOTR RUBIK: Niech zagarnia, nie odczuwam z tego powodu jakiegoś dyskomfortu. Helenka jest taka wspaniała, że może sobie trochę Agatę zawłaszczyć.

GALA: Agato, masz poczucie, że Twoje życie nabrało rozpędu?

AGATA RUBIK: Przede wszystkim czas goni cztery razy szybciej niż normalnie i to jest niesamowite. Jeszcze niedawno był maj, miałam duży brzuch i doskonale pamiętam, jak szłam do szpitala. A teraz Helenka ma już sześć miesięcy. Teraz rozumiem słowa mamy, która mówiła, że człowiek widzi, jak czas ucieka, po swoich dzieciach, obserwując, jak szybko rosną. Więc rzeczywiście moje życie nabrało tempa. Tym bardziej, że teraz jest taki moment, kiedy poświęcam czas głównie dziecku, bo jest malutkie, kompletnie od nas uzależnione i nic jeszcze nie umie. I to jest fajne. Wiem, że niedługo ten etap skończy się bezpowrotnie, więc nie narzekam.

GALA: Myślisz o swojej przyszłości?

 

AGATA RUBIK: Nie zdarza się, że siadam na kanapie i się zastanawiam: „Matko, co ja będę robiła w przyszłości?”. Większość mojego życia, powiedzmy od 15. roku, toczy się w tak zawrotnym tempie, że nie ma sensu wiele planować. Kiedyś myślałam, że mając tyle lat, ile mam, będę mieszkać i studiować we Wrocławiu. Nie wiedziałam przecież, że mając 19 lat, poznam Piotra, zostanę jego żoną, zamieszkam w Warszawie i urodzę córeczkę. Więc nie zastanawiam się nadmiernie nad przyszłością. Chcę teraz skończyć studia. Wcześniej fascynowało mnie dziennikarstwo telewizyjne. Teraz jednak nie jestem pewna, czy jest to właśnie to, co chcę robić.

GALA: Nie czujesz się w Warszawie samotna?

AGATA RUBIK: Nie. Piotr po załatwieniu swoich spraw wraca do domu najszybciej, jak się da. Kiedy go nie ma, ja jestem z Helenką. Mam też grono swoich bliskich znajomych. Jedyne, czego mi brakuje, to moja rodzina z Wrocławia. Bardzo tęsknię za rodzicami, ale na szczęście mama teraz do nas często przyjeżdża, a i my też regularnie jeździmy do Wrocławia.

GALA: Kiedy Helenka pojawiła sie na świecie, musieliście z czegoś zrezygnować?

PIOTR RUBIK: Musieliśmy sobie zrobić przerwę w podróżach, a bardzo lubimy jeździć po świecie. Jeśli Helenka będzie na tyle odporna, że będzie ją można bez problemu zabrać do ciepłych krajów, to natychmiast tam polecimy. Najchętniej do Australii. To jest moim zdaniem najlepsze na ziemi miejsce do życia. Gdybym mógł wybierać, gdzie mogę zamieszkać, wybrałbym Sydney.

AGATA RUBIK: Cudowna pogoda, dużo słońca, najniższa temperatura to 15 stopni Celsjusza, a my nie lubimy zimy. Wszystko jest dostępne, ze wszystkich stron piękne i czyste plaże, do których można spokojnie dostać się komunikacją miejską. Przemili ludzie, spokój, kultura. Spędziliśmy tam miesiąc i byliśmy totalnie zakręceni.

GALA: Zbliża się koniec roku. Macie jakieś życzenia do losu na przyszłość?

PIOTR RUBIK: Wierzę, że wszystko jest możliwe. Moja pierwsza życiowa zasada – nie ma rzeczy nierealnych. Kiedy w 1981 roku, w stanie wojennym, jechałem z wiolonczelą zatłoczonym autobusem, nie myślałem o tym, że za 20 lat stanę przed wielką orkiestrą symfoniczną i będę oklaskiwany przez tak wielką publiczność. A jednak tak się stało. Więc marzę sobie o pięknym, dużym domu w cudownym, ciepłym klimacie, gdzie mogę wyjść popływać w basenie, zagrać w tenisa, wypić szampana na trawie, popływać łódką, położyć się do góry brzuchem i mieć spokój. Być z dala od ludzkiej zawiści, zazdrości i głupich układów. Być niezależnym od nikogo i od niczego. I mieć trójkę dzieci (śmiech). To chyba ten ideał?...

AGATA RUBIK: Podoba mi się to, co Piotr powiedział. Głównie chciałabym mieć spokój. Nie ma czegoś takiego, czego potrzebuję, żeby było mi lepiej. Jest mi dobrze, jestem szczęśliwa i codziennie dziękuję losowi za to, co mam.