Jaki to był rok dla Pani?

Dobry. To był kolejny dobry rok. Jestem zadowolona. Chciałoby się, żeby nie było gorzej.

Zdobyła Pani ważne nagrody, a filmy z Pani udziałem pokazywane są na całym świecie: od Stanów Zjednoczonych, przez Wielką Brytanię i Hiszpanię, aż po Koreę. Czy w ślad za tym idą jakieś ciekawe propozycje?

Nie mam takich pragnień czy oczekiwań, choć czasem pojawiają się propozycje spoza Polski. Jest mi bardzo dobrze w Polsce, mam tu swoją pozycję i udaje mi się funkcjonować w satysfakcjonujący mnie sposób. Jestem przygotowana na to, że po tym intensywnym czasie, kiedy naprawdę dużo zagrałam, przyjdzie okres spokojniejszy, i nawet się na to cieszę. Jest potrzebny na czytanie i obserwowanie świata, by zebrać na nowo doświadczenia, które będę mogła wykorzystać. Wierzę, że dostanę jeszcze taką szansę. Mam szczęście, bo wydawało mi się, że po „Róży” długo nic interesującego się nie zdarzy, a jednak tak się nie stało.

Takich karier jak Pani – w dobrym starym stylu, krok po kroku, od epizodu do epizodu, aż po wielkie role – dzisiaj się nie spotyka. Liczy się pięć minut popularności, skandal, błysk...

...i wszystko gaśnie. Ale trudno dzisiaj być młodym i popularnym człowiekiem. Nigdy dotąd nie było tak szybkiego przepływu informacji i tak łatwego do nich dostępu – mamy internet, plotkarskie gazety. Trzeba mieć obok siebie mądrego mentora, który potrafi przeprowadzać przez medialne meandry. Jeśli ktoś zaufa złemu przewodnikowi, a ten pokieruje go w niewłaściwą stronę, szybko się może wypalić. Przestanie się rozwijać, bo pomyśli, że zawsze wszystko już będzie tak łatwe jak na bankiecie.

A jak Pani udało się nie zagubić w tych „medialnych meandrach”?

Cieszę się, że moja droga jest taka, że wiem, co znaczy czekanie w tym zawodzie, i to mnie w ogóle nie przeraża. Nikt mi nie wmówi, że nagle stałam się wyjątkowa. Kiedy ma się 20 lat i wszyscy tak mówią, naprawdę można w to uwierzyć! A ja wiem, jakie mam słabe strony, jakie mam mocne. Jestem świadoma siebie. Wiem, gdzie jestem i kim jestem. Ale czasy są, jakie są. Gdyby Marilyn Monroe i James Dean żyli dzisiaj, nie staliby się legendami. Mieliby przekopane śmieci, fotografowano by ich w każdej sytuacji i wyszłyby na jaw rzeczy, o których nam się nie śniło. Wiedzielibyśmy o nich dokładnie wszystko. Nie byłoby tajemnicy, a więc legendy też nie. Młodzi ludzie jeszcze nie wiedzą, kim są, a wmawia im się, że są kimś, kim nie są.

Jakie są Pani mocne strony?

To, że znam swoje słabości, że wiem, co w sobie chronić i w jaki sposób. Wiem, co mnie denerwuje i na co muszę uważać, żeby nie zwariować. Moją mocną stroną jest świadomość samej siebie, na pewno niepełna, ale dużo wiem. A słabe? To jak u każdego. Czasami czuję się gorzej, jestem zbyt schowana, czasami zbyt nakręcona. Zdarza się, że ulegam presji, a tego nie lubię, więc pilnuję, by nie ulec, bo później mocno to przeżywam. Znalazłam się w obszarze zainteresowania mediów, a ponieważ nie jestem łatwo dostępna, zdarzają się próby wywierania na mnie nacisku i stawiania w mało komfortowych sytuacjach. To mnie irytuje, drażni. Wtedy osłabiam się, robię się zła, rozgoryczona, rozgniewana. Wiem, że muszę uważać. Żeby samą siebie ochronić.

Jest Pani typem twardzielki?

Nie, prywatnie nie.

Tymczasem wszystkie najważniejsze Pani role w ostatnim okresie taki typ uosabiają: Beata z „Sali samobójców”, tytułowa Róża, Wanda z „Idy”. Taka jest też Carmen z serialu „Krew z krwi”, który właśnie pokazuje Telewizja Polska. Te tragiczne bohaterki łączy jedno: trudno je złamać. Reżyserzy nie widzą w Pani łagodnej istoty?

Teraz taką zagrałam w filmie „Pani z przedszkola” Marcina Krzyształowicza. Co prawda to też silna osobowość, ale nie ma w niej nic ostrego. Jestem pełna oczekiwań, trochę też niepokoju, bo nie wiem, co z tego wyszło. Film jest tragikomedią, opowiada o rzeczach ważnych, ale w lekkim tonie.

Serial „Krew z krwi” jest wzorowany na holenderskiej wersji „Penoza”, która składa się z trzech serii. Polska produkcja zakończyła się na pierwszej. Zna Pani dalsze dzieje swojej bohaterki?

Owszem, znam, bo czytałam scenariusze odcinków drugiej transzy, którą być może uda nam się zrealizować. Ale mówmy o tym, co jest już zrobione. Osiem odcinków polskiej wersji stanowi zamkniętą całość z otwartą furtką na przyszłość. Kiedy dostałam tę propozycję, mogłam obejrzeć oryginał. Ale po pierwszym odcinku doszłam do wniosku, że to mi nic nie da, że muszę podejść do roli po swojemu. Bałam się, że nagle zacznę grać tę holenderską aktorkę, a nie na nowo tworzyć postać.

A istnieje między Paniami fizyczne podobieństwo?

Trochę tak. I obie miałyśmy do tej roli zmieniony kolor włosów. Moje mi przedłużono i pofarbowano na blond, co było dla mnie ciekawym doświadczeniem. Pierwszy raz w życiu byłam blondynką. Do budowania roli Carmen był to przydatny zabieg. W aktorstwie zmiana fizyczna pomaga w tworzeniu postaci.

I jak się Pani czuła jako blondynka?

Obco. Po zakończeniu serialu z przyjemnością obcięłam włosy i wróciłam do swojego koloru.

Jednak Carmen nie jest typem słodkiej blondynki. To kobieta, która nie cofnie się przed niczym.

Od dziecka jest zanurzona w świecie przestępczym – jej ojciec i brat zajmują się przemytem. Musi doskonale wiedzieć, czym zajmuje się jej mąż, ale za cenę wygodnego życia wypiera to ze świadomości. Po jego śmierci jest w potrzasku pomiędzy policją a mafią, która stanowi piekielne zagrożenie dla rodziny Carmen. Musi bronić swojego gniazda, trójki dzieci, a zostaje właściwie sama. Wybiera drogę przestępczą. Okazuje się, że ma cechy przywódcy, które ją do tej drogi predestynują.

I zatraca granice między dobrem a złem. Jak Pani, dziewczyna z dobrego domu, wchodziła w świat takiej bohaterki? Kontaktowała się Pani z kobietami mafii?

O nie! Nie spotykałam się z nimi, nie śledziłam takich losów. Coś tam poczytałam, poszperałam, ale głównie bazowałam na scenariuszu i wymyślałam człowieka, który mógłby być dla nas wiarygodny. Pomógł mi w tym reżyser Xawery Żuławski i partnerzy na planie. A miałam wspaniałych! Scena po scenie patrzyłam, jak Carmen się rozwija. Zaznaczyłam sobie punkt kulminacyjny – kiedy ona zdaje sobie sprawę, z jaką łatwością wychodzi z niej bestia. Carmen obejmuje władzę, trzyma w ręku pistolet i nagle widzi, jak proste może okazać się zabijanie. W pewnym momencie zaczyna ją to nawet kręcić.

Czy potrafiła się Pani obchodzić z bronią?

(śmiech) Nie, wcale nie umiałam. Kaskader musiał mi pokazać, jak się ją w ogóle trzyma. To było nowe doświadczenie! Pomyślałam nawet, że fantastycznie było-by zagrać w filmie akcji.

Broń w ręku zmienia człowieka?

Tak. Jest w tym coś dziwnego...

Pani bohaterki, zarówno Carmen, jak i Wanda z „Idy”, przechodzą na ciemną stronę mocy, bo czują, że tam jest siła. „Zło dobrem zwyciężaj” – maksyma świętego Pawła z Tarsu nie jest już atrakcyjna?

Zło jest widocznie znacznie bardziej „fotogeniczne”, fascynuje od wieków. I Carmen, i Wanda niczego się nie boją. Są odważne, dzielne, ale w jakimś momencie to zło pojawia się na pierwszym planie. Być może na to, że dostaję propozycję takich ról, wpływa także mój wygląd, bo wizerunkowo nie kojarzę się z kobietą słabą. Ale nie jestem też twardzielką. Bywam i słaba, i dzielna, ale w inny sposób.

A na czym polega Pani dzielność?

Na radzeniu sobie, moja życiowa droga o tym świadczy. A maksyma świętego Pawła? Ona się przejawia choćby w piętnowaniu zła. Człowiek łatwo może się stać potworem. Pokazywanie tego na ekranie to też sposób na piętnowanie zła. Bo może każdego to dotyczyć i trzeba nad tym zapanować, co czasami nie jest łatwe.

 

Aktorzy mówią, że aby zagrać zło, muszą poszukać ciemnych zakamarków w sobie, a ich otwieranie jest przerażające. Tak jest?

Zgadzam się z tym. Człowiek jest tak skonstruowany, że ma w sobie cechy, które zależnie od okoliczności ujawniają się bardziej lub mniej. Czasami na potrzeby roli musimy ujawnić jakąś cechę, która w nas drzemie. To przerażające, jak łatwo można wydobyć z siebie zło.

Zdaniem reżysera Krystiana Lupy wchodzenie w osobowość złego człowieka nie jest bezkarne. Zło przylepia się do człowieka i jakaś jego część w nim pozostaje. Nie boi się Pani tego?

Nie, nie. To, że się obejrzy jakiś film o totalnym złu, nie znaczy, że to zło pozostanie w człowieku.

Tylko że film trwa dwie godziny, a praca nad rolą zazwyczaj kilka miesięcy.

Nie sądzę, żebym po moich rolach miała krótszą drogę do zła. Tego, że przejdzie ono na mnie prywatnie, w ogóle nie biorę pod uwagę. Choć jak słyszę o eksperymentach na przykład Philipa Zimbardo, jestem przerażona...

Z jego badań wynika, że podatnych na zło jest 97 procent ludzi...

...i ulegnie temu potworowi. To przerażająca konkluzja... Kiedy Carmen niespodziewanie poczuła się dobrze ze złem, przeraziła się i wycofała. Ważne są refleksje, które mogą nas chronić. Bo znamy mechanizmy, obserwujemy, jak łatwo złu się rozpanoszyć. To się nie dzieje bez naszej świadomości. Ważne, żeby próbować wzbudzać refleksje, co jest też rolą filmów. Zimbardo musiał po kilku dniach przerwać eksperyment (wśród 24 ochotników podzielonych na „osadzonych” i „strażników” w zainscenizowanym więzieniu pojawiły się zachowania patologiczne – przyp. red.), widząc łatwość, z jaką jego uczestnicy przyjmują zadane im role.

Na tyle siebie znasz, na ile cię sprawdzono.

Mam szczęście, że nigdy prywatnie nie zostałam postawiona przed dramatycznymi wyborami. Moje bohaterki są niczym heroiny z tragedii antycznych. Znalazły się w potrzasku, w sytuacjach bez wyjścia.

Opłakuje je Pani?

Muszę to odreagować i po-szukać jaśniejszych stron, żeby na nowo powiedzieć: „O tak, jest fajnie!”. Tak było po roli Róży.

Łukasz Simlat, który partneruje Pani w „Krwi z krwi”, często wciela się w postaci złych mężczyzn. Mówił mi, że gdy rola jest bardzo przejmująca, godzinami nie potrafi się powstrzymać od płaczu. Tak silne są te emocje. I że to niemożliwe, by zamknąć za sobą drzwi garderoby i „bezkolizyjnie” wrócić do realnego świata. Pani ma podobne odczucia?

Jest różnie. Każdy z nas przeżywa to inaczej, ma inne doświadczenia. Zdarzało się, że po intensywnej emocjonalnie scenie płakałam, a bywało, że natychmiast otrzepywałam się i wychodziłam, ot tak. (pstryknięcie palcami) Nie ma tu żadnego schematu. Każdy z nas wybiera inną technikę dochodzenia do roli, inaczej się przygotowuje. A do każdej roli wiedzie inna droga. Czasem bardziej, czasem mniej udana. Ja szukam inspiracji. Bywa to jakiś obraz, który mam w głowie, a czasami zdanie z książki. Nie ma jednej zasady – co w tym zawodzie jest wspaniałe. Nie da się wszystkiego zaszufladkować, dać gotowej recepty. W tym serialu Łukasz zagrał wspaniałą rolę. Jest przy tym niezwykle koleżeński. Spędziliśmy wiele wieczorów w Gdyni, gdzie był kręcony serial, na wymyślaniu scen albo śledzeniu przebiegu losów na-szych postaci.

Cenię u Pani brak hipokryzji. Aktorzy lubią się odcinać od seriali, deprecjonują swój w nich udział. Pani – przeciwnie.

Jestem aktorką, która lubi i chce grać. Szanuję swoją pracę, czy to jest audycja radiowa, audiobook, serial, reklama czy film. Wiem, po co to robię. Aktorstwo, jak sport, wymaga treningu, dobrej kondycji, dyspozycyjności, rozgimnastykowania emocjonalnego. Luksusem jest rola, która osiąga artystyczny pułap, ale to się zdarza raz na jakiś czas. Wolę oczywiście sytuacje, kiedy nie jestem zmuszona grać z powodów innych niż ciekawa rola.

Gra w serialu pełnym banalnych kwestii nie niszczy aktora? Nie wyjaławia go? Ostatnio o jednej z dobrych aktorek, powszechnie znanej z seriali, która zagrała ważną rolę w teatrze, krytyk Jacek Wakar napisał, że sprowadziła rolę do wymiaru telenoweli.

Serial wymaga dobrych aktorów i sprawnych rzemieślników. Czy udział w nim może wyrządzić szkodę? W bardzo młodym wieku – tak. Gdy aktor nie wypracował sobie jeszcze techniki, metody budowania roli, może nie wyjść poza wiarygodność na ekranie. I może w tym utknąć, jeśli nikt go nie poprowadzi dalej, nie uświadomi pozornej łatwości, maniery, której uległ w serialu. Ale jeśli uda mu się zachować czujność, wszystko przed nim. Serial to poligon, jeśli chodzi o sprawność przed kamerą. Co do owej recenzji: uważam ją za niesprawiedliwą. Jej autor zapomniał, że Małgorzata Kożuchowska od 20 lat jest aktorką teatralną, utalentowaną i gra z dużym powodzeniem. Jeśli krytykowi nie podoba się jakaś rola, powinien to merytorycznie uzasadnić.

Z Małgorzatą Kożuchowską przyjaźnicie się Panie od lat studenckich. Przyjaźń przetrwała?

Jak najbardziej! Spędziłyśmy pięć lat w jednym mieszkaniu. To był dla nas intensywny czas, złoty okres. Bardzo to mile wspominamy.

A opiekunem roku był Wiesław Komasa. To aż nieprawdopodobne, że po latach zagrała Pani w filmie jego syna Jana „Sala samobójców”.

Mnie też się wydawało to nieprawdopodobne. Pamiętałam przecież tego drobnego chłopca, którego czasem widywałam z ojcem. Wyrósł na świetnego reżysera.

Ma Pani szczęście do reżyserów, z którymi można prowadzić na planie dialog. A co, gdy trafia Pani na reżysera dyktatora?

Jednej roli poświęcam czasami pół roku życia i gdyby ktoś miał mieć z tego zabawę lub dowartościowywał się, wymuszając ekstremalne sytuacje, nie chciałabym z nim pracować. Zawsze się asekuruję, mówię reżyserowi: „Umiem grać dobrze, umiem grać źle. Z reguły gram tak, jak pozwala mi współpraca z reżyserem”. Żeby on też wiedział, że im więcej wzajemnego szacunku, tym więcej mu dam. Bo zagrać poprawnie to jest za mało.

Potrafiłaby Pani zejść z planu w trakcie zdjęć?

Nie zdarzyło mi się, ale jeśliby ktoś zdecydowanie przekroczył granicę, to tak. Czasami umiem nogą tupnąć.

Na domowników też?

Jakby trzeba było... Potulna nie jestem. Ale na szczęście nie muszę.

Nigdy nie proponowano Pani ról typu: kobieta ozdobna, czyli odpoczynek wojownika?

Może to jeszcze przede mną? (śmiech)

Śmiałam się bardzo, gdy opowiadała Pani kiedyś o jednym z pierwszych castingów...

Pani od castingu miała przed sobą jakiś fotos. Popatrzyła na mnie i z rozczarowaniem powiedziała: „A ja mam pani takie ładne zdjęcie...”. Tak było. Byłam wtedy młodą aktorką. Wyglądam jak wyglądam...

Wygląda Pani pięknie. Reszta to kwestia charakteryzacji.

W aktorstwie pociągające jest i to, że można się zmieniać. Ciekawa jest możliwość pokazywania słabości. Słabości człowieka. Bohater skazany na sukces jest mało interesujący. To nudne. Natomiast ktoś, z kim się możemy identyfikować – łącznie z jego słabościami, mrocznymi zakamarkami i stanami duszy – jest o wiele ciekawszy. Chodzi o to, żeby widz uwierzył. Carmen nie może wyglądać zbyt atrakcyjnie, bo niektóre sfery życia przestały już być dla niej istotne. Ta zadowolona z siebie, zadbana pani z wychuchanego świata, która spędzała czas pomiędzy fryzjerem a salonem piękności, nagle znalazła się w innym miejscu i takie rzeczy jak odrost na włosach stały się dla niej nieważne.

Pani bohaterki nie mają czasu na miłość. Są tak zajęte działaniem, walką o dzieci, dom albo o to, by nie zatracić siebie, że sprawy męsko-damskie dla nich nie istnieją. W Pani ostatnich filmach nie ma scen miłosnych, chyba że za taką uznamy rozmowę Róży z Tadeuszem na ławce przed domem. Silne kobiety odsuwają romantyczne uczucia na plan dalszy?

Ależ tam jest dużo miłości! Czasami ukrytej, trudnej, ale miłości. Jest też bardzo dużo tęsknoty za miłością.

Odnalazłaby się Pani w scenach miłosnych?

Oczywiście, jeśli byłaby ta-ka potrzeba... Każdy rodzaj sceny może być trudny emocjonalnie, choć pozornie taki się nie wydaje. Ważne, żeby uchwycić całość postaci. Zawsze czekam na moment, kiedy – jak mówi Wojtek Smarzowski – aktor wie więcej o postaci niż reżyser. Postać zaczyna żyć w aktorze.

 

Sartre mówił, że „to nie postać urzeczywistnia się w aktorze, lecz aktor urzeczywistnia się w swej postaci”.

Coś w tym jest. To najprzyjemniejszy moment – kiedy postać zaczyna na planie rządzić moim zachowaniem. Po prostu nagle wiem, jak zareaguje, co zrobi.

Pani bardzo unika celebryctwa, pustego świata show-biznesu. Czy to jednak dzisiaj do końca możliwe?

Sądzę, że tak. I nie ja jedna tak robię. Nie interesuje mnie bywanie dla bywania, nie mam takiej potrzeby. Chodzę wyłącznie z istotnych powodów i w miejsca, które są dla mnie interesujące. Wolę być aktorką kojarzoną z tego, co zagrałam, a nie – gdzie i z kim byłam.

Tymczasem jest Pani jedyną aktorką, której romans z show-biznesem przyniósł ewidentną korzyść. Bo tak naprawdę szeroka publiczność poznała Panią w 2008 roku dzięki telewizyjnemu show „Taniec z gwiazdami”.

To rzeczywiście niesamowite, kompletnie dla mnie abstrakcyjne, że zetknięcie z totalnym show-biznesem obróciło się mi na dobre.

Ten program nie tylko wyciągnął Panią z drugiego szeregu, ale również otworzył psychicznie. Ktoś Panią namówił do udziału?

Nikt. Zadzwonili do mnie z produkcji. Miałam akurat wolne, więc się zgodziłam. Byłam pewna, że jestem mięsem armatnim. Ale jak sobie przekalkulowałam, że ktoś mnie nauczy tańczyć i jeszcze mi za to zapłaci, uznałam, że czemu nie... I okazało się, że to była świetna decyzja.

Podobnie jak oddanie nagrody, pięknego srebrnego porsche, Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. Nigdy Pani nie żałowała?

Ani przez chwilę, tym bardziej że osoba, która wylicytowała ten samochód, zapłaciła za niego o 60 000 więcej, niż wynosi cena fabryczna! Jestem zadowolona z tego, jak to się potoczyło i w jakim momencie mojego życia ta przygoda się przydarzyła. Niedawno był w kinach wzruszający film „Sugar Man”. Pokazuje, jak wielkie zadowolenie może dawać człowiekowi proste życie i pójście swoją drogą, bez gonitwy za sukcesem, pieniędzmi, na przekór temu, co serwuje się nam na co dzień. To piękna opowieść o człowieku, który potrafił powiedzieć: „Nie! Ja żyję inaczej, po swojemu. Nie będziecie mi nic narzucać”. Sama żyję w pędzie. A warto czasami zatrzymać się, podelektować życiem.

„Denerwuje mnie, gdy ktoś chce mnie użyć jako produktu” – powiedziała Pani w którymś wywiadzie. Jakie to sytuacje?

Czasem rozśmiesza mnie, a czasem denerwuje, że nagle dla niektórych stałam się dobrym produktem.

Proponuje się Pani pieniądze na przykład za pokazanie się na otwarciu sklepu czy spa?

Nie, bo już wiedzą, że nie pójdę bez względu na kwotę.

Okładki w kolorowym piśmie to też produkt. Bywa Pani na nich. Sprzedają pismo.

Tak. To część mojego zawodu. Zawsze jednak staram się, aby to było związane z promocją filmu, roli spektaklu. Teraz rozmawiamy w związku z emisją serialu „Krew z krwi” na antenie TVP2.

Producenci filmowi, teatralni, którzy decydują o obsadzie, tym właśnie często się sugerują – okładkami czasopism, newsami na plotkarskich portalach. To Pani nie denerwuje?

Denerwuje mnie obsadzanie według rozpoznawalności z tabloidów. Uważam to za absurdalne. To dalszy ciąg bycia produktem. Na szczęście to nie jest jeszcze standard ogólnie obowiązujący...

Jest Pani sentymentalna? Zbiera pamiątki – przedmioty, zdjęcia, zapiski – z ważnych życiowych momentów?

Zdjęcia – tak. Czasami dostanę coś od kogoś, co ma dla mnie szczególną wartość. Ale nie jestem zbieraczem drobiazgów, bo prędzej czy później i tak te rzeczy wylądują w jakiejś walizce, pudle, do których poza porządkami nigdy się nie zagląda.

Nadal czuje się Pani szczecinianką mieszkającą w Warszawie?

Tak, szczecinianką. Choć całe dorosłe życie spędziłam w Warszawie. Mieszkam tu już 20 lat, dłużej, niż mieszkałam w Szczecinie. Jeżdżę tam teraz kilka razy w roku, zawsze na święta. W tym roku też tam byliśmy. Boże Narodzenie zawsze spędzamy razem – z moimi rodzicami, siostrą i jej rodziną. Te wyjazdy bardzo lubi też moja córka. W Warszawie jest pozbawiona dużej rodziny, a tam może się poczuć zupełnie jak we włoskiej rodzinie: jest dużo ludzi, tata gra na akordeonie, śpiewamy kolędy, jemy tradycyjne potrawy. W takich momentach przypomina mi się dzieciństwo, jest wesoło. Bardzo to lubię.

Marianna ma już 16 lat. Przeżywa Pani zawód?

Nie, jakoś specjalnie tego nie przeżywa. Ogląda moje filmy, ale traktuje to naturalnie. Dla niej to nie jest nic nadzwyczajnego, po prostu mama ma taki, a nie inny zawód.

Aktorzy czasami zabierają swoje dzieci na plan. W „Bilecie na Księżyc” zagrał z mamą synek Ani Przybylskiej. Marianna ma już za sobą filmowe doświadczenia?

Nie, i nie jest tym zainteresowana.

Pani znajomi żartują, że Agatę charakteryzują trzy K. Jednak nie jest to – jak można by pomyśleć – kuchnia, kościół i dzieci (z niemieckiego „kinder”), ale kanapa, koc i książka. Ma Pani swoje ulubione kobiece postaci literackie, które pomagają złapać dystans do świata? Energetyzują?

Nie, nie mam żadnej ukochanej książki. Czytanie to dla mnie rodzaj ucieczki, koncentracja na czymś innym niż ja sama. Książki wymagają oddania – czasu, głowy i myśli. Kocham przeżywać równoległe życie z bohaterami. Jestem dumna, bo w te wakacje wreszcie udało mi się przeczytać „Czarodziejską górę” Manna. Dotąd zawsze rezygnowałam przy pierwszym tomie. A teraz rozumiem, dlaczego uznaje się tę książkę za arcydzieło. Czytam ostatnio „Ości” Karpowicza, przeczytałam właśnie „Morfinę” Twardocha, książki Bator. Mam jeszcze do zaliczenia sporo klasyki. Lektury często poleca mi siostra, która jest polonistką.

Alfred de Musset, francuski pisarz i dramaturg, autor znanej zapewne Pani sztuki „Nie igra się z miłością”, napisał, że „aktor to istota, która cierpi dla przyjemności drugich i w spełnieniu tego zadania umiera”. Miał rację?

To dziwny zawód. Jakaś dysfunkcja musi w nas być i nie zawsze wiadomo w imię czego. (śmiech) Mnie na szczęście aktorstwo przyniosło więcej spełnienia niż rozczarowań, choć miałam też trudne momenty. Wszystko ma swoją cenę – i niepowodzenia, i sukces. A człowiek czasami chce się schować.

I tutaj muszę przyznać, że w tej kawiarni, w której teraz rozmawiamy, niedawno Panią widziałam. Chociaż bardzo chciała się Pani ukryć: czapka na głowie, zero makijażu. I wtedy zadzwonił Pani telefon. Mimo woli usłyszałam, że umówiła się Pani z kolegą z klasy, niewidzianym od 20 lat...

A zna pani finał? Ja go wtedy pomyliłam z kimś innym. Myślałam, że tak bardzo się przez lata zmienił... Zaczepiłam innego faceta, a on mówi: „Ja panią znam, ale pani mnie nie...”. (śmiech) A kolega – ten właściwy – wyglądał tak samo jak przed laty...