GALA: Czekała Pani na taką rolę, jak Beaty Santorskiej z „Sali samobójców”?

AGATA KULESZA: Bardzo, a jeszcze miałam wielkie szczęście, bo w krótkim czasie trafiły mi się dwie role, na które się czeka. Zaraz po Beacie zagrałam Różę z Mazur u Wojtka Smarzowskiego. W polskim filmie brakuje ciekawych ról dla kobiet w okolicach czterdziestki. U nas kobieta na ogół jest tylko ozdobnikiem. Najlepiej, żeby była piękną, długonogą i długowłosą blondynką. Rzadko trafia się scenariusz, gdzie jest materiał do zagrania, w którym o coś chodzi.

GALA: Do roli Beaty przygotowywała się Pani kilka miesięcy.

AGATA KULESZA: Reżyser Jan Komasa pomagał nam konstruować postaci, chciał, żebyśmy poczuli klimat. Beata pracuje w agencji reklamowej, ma męża, który jest doradcą ministra, syna w klasie maturalnej. Wydaje jej się, że jest silna, ważna, ma pieniądze, nad wszystkim panuje. I nagle jej świat się rozsypuje. Miałam spotkanie z panią, która pracowała na podobnym stanowisku w agencji reklamowej, czytałam gazety branżowe, w perfumerii wybieraliśmy zapachy dla postaci. Poszliśmy z Krzysztofem Pieczyńskim i Kubą Gierszałem na brunch w Sheratonie, żeby podpatrzeć, jak zachowują się takie rodziny. Dużo ze sobą przebywaliśmy i dużo rozmawialiśmy.

GALA: Beata Panią zmieniła?

AGATA KULESZA: Śmieję się, że trochę mi popsuła charakter na czas, kiedy ją grałam. Byłam bezwzględna, bezczelna, miałam potrzebę ciągłego dyrygowania. Wydawało mi się, że wszystko mogę załatwić. Kierowniczka kuli ziemskiej (śmiech).

GALA: A teraz zostało coś Pani z Beaty?

AGATA KULESZA: Oczywiście, że tak, bo dałam Beacie moje złe cechy, na przykład apodyktyczność czy brak słuchania. Skoro potrafiłam je w sobie znaleźć, to znaczy, że one gdzieś w środku cały czas siedzą. Moja siostra obejrzała film w Berlinie i powiedziała: „Beata jest okropną matką. Za to, co się stało, winię rodziców”. A ja zapytałam: „Czemu nie winisz rodziców Beaty?”. Tak można bez końca. Nie wiem, czy tu jest czyjaś wina... Wina jest w przegapieniu, w uległości wobec świata, który pędzi, w zatraceniu siebie.

GALA: Kiedy ostatnio rozmawiałyśmy, powiedziała Pani: „Boję się świata, w którym każdy siedzi przy swoim komputerze i widzi drugiego człowieka tylko na ekranie”. W takim świecie żyje Pani filmowy syn.

AGATA KULESZA: Nadal się tego świata boję. Bardzo uważnie obserwuję moją dorastającą córkę. Czasem mam wrażenie, że niektóre koleżanki mieszkają u niej w pokoju, bo tak często rozmawiają ze sobą przez Skype’a. Próbuję zrozumieć, że takie są czasy i taki jest ich sposób komunikowania się. Na razie namawiam Mariankę, żeby sama kontrolowała czas, który spędza przy komputerze. Ja też korzystam z Facebooka, ale nie jestem od tego uzależniona. Bacznie się przyglądam, czy z Marianką nie dzieje się nic złego. Jeżeli coś mnie zaniepokoi, to zdecydowanie wkroczę. Marianka jeszcze nie widziała „Sali samobójców”, ale na pewno z nią pójdę.

GALA: Wszyscy bohaterowie filmu rozpaczliwie próbują się porozumieć. I nie potrafią.

AGATA KULESZA: Wszyscy gdzieś pędzimy, czasem już nie wiemy, dokąd i po co. „Sala samobójców” to nie jest film o tym, że internet jest zły, ale o tym, że rodzina przestaje funkcjonować jako rodzina. Że ludzie przestają się słuchać, są egoistycznie nastawieni na swoje kariery. I przegapiają moment, w którym wszystko się rozpada. Uważam, że gdyby Beacie Santorskiej dać jeszcze dwa miesiące, to na pewno dogadałaby się z synem. I nie doszłoby do tragedii.

GALA: Dziecko może się zamknąć w swoim świecie z tysiąca powodów. A my, zajęci swoją karierą, nawet tego nie widzimy.

AGATA KULESZA: I nic nie wiemy o swoim dziecku! Kompletnie nic! Jest taka scena w filmie, kiedy ktoś pyta Beatę: „Jakich syn ma przyjaciół, co czyta?”. A ona: „O tak, czyta bardzo dużo, ma przyjaciół... ale jest taki zamknięty, niewiele nam mówi”.

GALA: Ma Pani poczucie, że Marianka dużo Pani mówi o sobie?

AGATA KULESZA: Jest bardzo samodzielna. Ale wiem, że jeżeli coś jej się nie podoba, ma jakiś problem, chce to ze mną przegadać. Ostatnio była na obozie i przez telefon radziłam jej, jak może rozwiązać pewną sytuację. Staram się nie mówić: „Masz zrobić tak i tak”, tylko pokazać, że są różne drogi. Marianka nie musi mi się ze wszystkiego zwierzać. Ma prawo zachować pewne rzeczy tylko dla siebie, ale powinna mieć pewność, że ja zawsze jestem obok i że w każdej chwili może ze mną porozmawiać.

GALA: Jeżeli nie powiedziałaby Pani, że się w kimś zakochała, miałaby Pani żal?

 

AGATA KULESZA: Nie, bo to jest jej świat i jej wybór, czy chce mi o tym powiedzieć. Mogę spróbować ją zapytać i jeżeli usłyszę: „Nie chcę o tym rozmawiać”, powinnam to uszanować. Muszę jej zostawić przestrzeń, pozwalać budować jej świat i jej własną tożsamość.

GALA: Co Panią złości w dzisiejszym świecie?

AGATA KULESZA: Kiedy widzę pod sklepem ludzi pijących wódę, dzieci siedzące w brudzie i słuchające przekleństw. Wkurzają mnie ludzie chcący się szybko nachapać. Nie znoszę poklasku dla chamstwa, prostactwa, kultu pieniądza. Czasem myślę, że ludzie są tak zamrożeni, że nawet już nie płaczą.

GALA: Czuła się Pani kiedyś tak bezradna jak filmowa Beata? ...

AGATA KULESZA: Nie. Gdy czuję się bezradna, mogę zadzwonić do mamy. To takie moje koło ratunkowe (śmiech). Beata nie ma nikogo bliskiego. Obok mnie zawsze są ludzie. Oprócz rodziców siostra i jej mąż, mój mąż i córka, przyjaciółki. Mama czasem mi mówiła: „Agata, nie rób tak z Marianką”, albo: „Spróbuj z nią o tym porozmawiać”. Zawsze była dla mnie najlepszą terapeutką. Marianka jest do niej podobna. Ostatnio utknęłyśmy razem w korku. Poczułam kompletną bezsilność, byłam jak w pułapce. Płakałam w samochodzie i krzyczałam do Marianki: „Zobacz, tak wygląda piekło”. A ona siedziała taka spokojna i pocieszała mnie: „Naprawdę to nic nie da, jak będziesz się denerwować. Po prostu to przyjmij”. Bardzo mi wtedy zaimponowała.

GALA: Mąż jest dobry na różne problemy, słabsze dni?

AGATA KULESZA: Bardzo mnie „pionizuje”. Nie głaszcze po głowie i nie mówi: „Moja biedna Agatka”, tylko: „Dziewczyno, nie masz się czym przejmować. To przecież duperela”. I na ogół ma rację. Zgodnie wychowujemy Mariankę, jesteśmy naprawdę dobrym małżeństwem.

GALA: Co znaczy dla Pani dobre małżeństwo?

AGATA KULESZA: Partnerskie. Jesteśmy ze sobą dlatego, że chcemy, a nie że musimy. Mamy naszą ogromną wspólną przestrzeń, ale każdy z nas ma też swoją. Marcin lubi pływać samotnie łodzią po Wiśle i nie musi mi opowiadać, gdzie jest każdego dnia.

GALA: I nigdy nie pojawia się myśl: A może on wcale nie pływa teraz po Wiśle, tylko...?

AGATA KULESZA: Ale ja wiem, że on pływa łodzią po Wiśle (śmiech).

GALA: Zazdrość jest Pani obca?

AGATA KULESZA: Bywałam zazdrosna, ale z perspektywy czasu uważam, że to było głupie. Mam ogromne zaufanie do mojego męża, ale też wiem, że na pewne rzeczy nic się w życiu nie poradzi. Jeżeli się zakocha w kimś innym, to co ja wtedy mogę? Chcę być z człowiekiem, który mnie kocha i którego ja kocham.

GALA: Żyje Pani w szalonym tempie. Brakuje Pani czasu dla rodziny?

AGATA KULESZA: Czasem bardzo, kiedy wpadam w taki ciąg zdjęciowy. Ale wiem, że to jest chwilowe.

GALA: Przeczytałam pierwszy wywiad z Panią, sprzed 17 lat, kiedy kończyła Pani szkołę teatralną. Powiedziała Pani: „Boję się marzeń, często przynoszą rozczarowanie”. Na początku kariery była Pani niepewna siebie?

AGATA KULESZA: ... Chyba tak. Ale na zewnątrz nic po sobie nie pokazywałam. W szkole czułam się świetnie, bardzo dobrze się uczyłam. A potem się przestraszyłam, czy się uda. W pewnym momencie chciałam nawet zmienić zawód. Myślałam, że może będę kierownikiem produkcji, może aktorstwo jest jednak nie dla mnie. Bo tak się działo, że specjalnie nikt mnie nie chciał. Niby cały czas grałam w teatrze, ale...

GALA: Kiedy poczuła się Pani pewnie w zawodzie?

AGATA KULESZA: Po trzydziestce. Nie tylko w zawodzie, poczułam się pewnie w życiu. Dojrzałam, przestałam być dziewczyną. Powiedziałam sobie: „Jest nieźle”. Zaczęły przychodzić role. Dziś myślę, że to dobrze, że tak zwany sukces przyszedł tak późno. Gdyby zdarzył się zaraz po szkole, nie wiem, czy nie byłabym dziś kompletnie pustą lalą, która zagubiła się w życiu.

GALA: A kiedy już zagrała Pani ważne role w filmach, nie wydaje się Pani, że gra w serialach jest taka byle jaka?

AGATA KULESZA: Usłyszałam ostatnio od pewnego reżysera: „Po co ty chodzisz na te durne castingi? Grasz w jakimś serialu?”. Odpowiedziałam, że każdy musi uprawiać swój zawód. Mój jest również rzemiosłem. Cudownie, że czasem zdarzają się wyzwania artystyczne. Ale nie będę siedzieć w domu, klepać biedy i czekać na propozycje, które może nigdy nie przyjdą. Wykonuję swój zawód najlepiej, jak umiem, obojętnie czy w serialu, na scenie czy w filmie. Ale nie zawsze dostaję materiał, który pozwala na przygodę artystyczną.

GALA: A gdyby mogła Pani robić jeden ważny film na kilka lat, z którego świetnie się Pani utrzyma? 

 

AGATA KULESZA: To byłoby cudowne, ale tak nie jest. W Polsce wielu aktorów gra w serialach. Na początku mówiło się, że to wielkie „be”, ale pensje w teatrze są niewysokie. A ja, jak każdy człowiek, muszę się utrzymać. Dzięki Bogu teraz gram w serialu, w którym dobrze się bawię. Czasem robię coś dla pieniędzy i jest OK. Gorzej, jeżeli robiąc coś dla pieniędzy, nie lubię tego.

GALA: A zdarzyła się Pani taka sytuacja?

AGATA KULESZA: Owszem, ale nie podam tytułów. Szłam na plan i mówiłam sobie: „Dasz radę”. I przeliczałam sobie, ile rachunków za to opłacę. Pojawiały się złotówki w oczach i jakoś to szło. Nie muszę żyć w luksusie. Żyję normalnie.

GALA: Nie boi się Pani, że za kilka lat może nie być na Panią zapotrzebowania?

AGATA KULESZA: Czasem przychodzi taka refleksja. Ale od razu sama siebie pocieszam, że będę się bać wtedy, gdy to się zdarzy. Myślę, że nie będzie źle, bo mam dużo przyjaciół.

GALA: Lubi Pani obserwować ludzi. Wyobraża sobie Pani ich życie, układa historie?

AGATA KULESZA: Nawet gdy jadę samochodem, patrzę na światłach na innych kierowców. Latem lubię usiąść w kawiarni i obserwować ulicę, zastanawiać się, dokąd ta pani idzie. W metrze patrzę na buty – dużo mówią o ludziach. Bawię się w wymyślanie historii. Przypominam sobie starsze panie, które w czasach mojego dzieciństwa siedziały w oknach z łokciami opartymi na poduszkach. Jakie to podglądactwo było delikatne i niewinne wobec dzisiejszego – nachalnego i bezczelnego.

GALA: Nadal nosi Pani w torebce wywiad z profesorem Leszkiem Kołakowskim?

AGATA KULESZA: Owszem. Zawsze mam przy sobie również kilka zdjęć moich najbliższych, a teraz doszły jeszcze zdjęcia Róży z Mazur. Pokażę pani Różę... Jest Mazurką, akcja filmu toczy się w 1945 roku, podczas wysiedlenia Mazurów z ich ziem. To moja ukochana postać. Róża jest niezależna, uparta, ma swoją godność i płaci za to wysoką cenę. Mam takie poczucie, że ona cały czas musi być przy mnie.

GALA: Trudno po Róży i Beacie wrócić do normalnego życia?

AGATA KULESZA: Muszę teraz trochę pobyć sama ze sobą. Zagrałam dwie bardzo intensywne role. Nie jestem beksą, ale i przy Róży, i przy Beacie płakałam. Mam poczucie, że znowu muszę zapełnić tę moją „walizkę” emocjami, zdarzeniami, kolorami. Poszukać nowych inspiracji. Po prostu rozejrzeć się na nowo.