GALA: Zwariowana Frania, pani mecenas z „Prawa Agaty” czy kobieta mafii? Która z tych ról jest Ci najbliższa?

AGNIESZKA DYGANT: Zazwyczaj ta, którą akurat gram. Mam w sobie cechy każdej z tych postaci. Piętnaście lat temu zagranie kobiety mafii byłoby abstrakcją, bo do stworzenia tej roli potrzebowałam bardzo dużo pewności siebie, opanowania i wręcz spokoju. Wtedy te stany były mi obce. Nie umiałam się na niczym skupić, rozpierała mnie energia w ilościach hurtowych. Dzisiaj nadal mam duży power, ale świadomie nim zarządzam, nie we wszystko się angażuję. To chyba kwestia dojrzałości. A może raczej starości. (śmiech)

Rozumiem, że obchodziłaś niedawno Dzień Babci? (śmiech)

Nawet dostałam kwiaty! Na szczęście z okazji imienin, których zresztą nie obchodzę.

Obserwuję Cię na Instagramie. Dużo robisz orzełków na śniegu jak na 45-latkę.

Takie rzeczy mi się nigdy nie znudzą. To chyba geny.

Po kim?

Po mamie. Niedawno syn mi opowiedział, że babcię musieli ściągać z drabinek na szkolnym placu zabaw, tak się zaangażowała w fikołki. Mama jest bardzo otwartą osobą, chętną do podróżowania i przygód. Mam wrażenie, że tylko czeka na hasło: „Jedziemy!”. Ja nawet myślę, że ona jest zawsze spakowana na wypadek oferty last minute z mojej strony.

Jesteście najlepszymi przyjaciółkami?

Nie. Mamy relację mama – córka, chociaż czasem się śmieję, że w naszym układzie ja jestem mężem, ona żoną, a moja młodsza siostra naszym dzieckiem.

Powiedz, jaką jesteś mamą dla swojego ośmioletniego syna.

Nadopiekuńczą, mimo że staram się, żeby tak nie było. Mama ostatnio opowiedziała mi, że kiedy byłam w wieku Xawerego, przyjeżdżałam z domu, z Janek pod Warszawą, do niej do pracy – na ulicę Łopuszańską. Najpierw szłam pieszo kilometr do autobusu, potem dwie przesiadki i kilka skrzyżowań – i już po dwóch godzinach byłam na miejscu. (śmiech) Pytam: „Nie martwiłaś się?”. „Pewnie, że się martwiłam, ale takie były czasy”, odpowiedziała.

Wychowywałaś się bez taty, domyślam się, że było Wam ciężko.

Mój przyjaciel Jurek Bogajewicz (reżyser m.in. serialu „Niania”, przyp. red.) powiedział mi: „Różne dary można dostać od rodziców. Maybacha, pierwszy milion dolarów albo chociaż kawalerkę na Bemowie, a ty dostałaś w prezencie dzieciństwo bez ojca. To jest twój wielki prezent”.

Zgadzasz się z tym?

Tak. Dzisiaj też tak o tym myślę, ale kiedy byłam dzieckiem, widziałam to inaczej, jednowymiarowo.

W dorosłym życiu nigdy nie brakowało Ci ojca?

Nie miałam punktu odniesienia.

Tatę pamiętam raczej z opowiadań i ze zdjęć. Nie przypominam sobie sytuacji, w której pomyślałam: „Byłoby inaczej, gdyby...”.

W mężczyznach nigdy nie szukałaś ojca?

Zazwyczaj miałam młodszych od siebie chłopaków. Pewnie Freud jakoś by to wytłumaczył.

Od kilkunastu lat jesteś w stałym związku z Patrickiem Yoką. On – reżyser – wciąż na planie otoczony pięknymi aktorkami. Ty też

na planie, z interesującymi reżyserami. Jak to się dzieje, że Wam się udaje?

Im mniej się o tym mówi w wywiadach, im rzadziej łazi się na ścianki, tym bardziej się udaje. Przynajmniej tak jest u nas.

Rozumiem, że nie podzielisz się receptą na sukces w związku?

Nie, bo każdy ma swoją.

A na sukces w zawodzie aktorki?

W tym zawodzie talent to za mało. Dzisiaj jest mnóstwo utalentowanych ludzi. Wszyscy śpiewają, świetnie tańczą, potrafią wzruszać, a do tego jeszcze są piękni. Sama się zastanawiam, czym jest to coś, co sprawia, że wybór pada właśnie na ciebie. Prawdopodobnie chodzi o zbieg wielu okoliczności i potrzeb – raz ktoś szuka Bridget Jones, a raz Tildy Swinton. Chyba też nie zaszkodzi mieć trochę tak zwanego szczęścia. Ale jednego jestem pewna: trzeba mieć w sobie energię, która przyciąga innych, pewien rodzaj charyzmy. Musisz chcieć tej osoby.

Ciebie chcą. Nie przewraca Ci się od tego w głowie?

No masz, trochę tak. Czasem nawet wierzę, że jestem fajna. Ten sam Jurek, o którym już wspominałam, powiedział mi tak: „Im większą dostajesz nagrodę, tym szybciej o niej zapomnij, a najlepiej od razu ją wyrzuć. Jeśli ktoś cię wkłada w szpilki, natychmiast załóż trampki. I nie myśl o jakimkolwiek sukcesie, to są wszystko bzdury”.

To o czym starasz się na co dzień myśleć?

Żeby w miarę wesoło przeżyć dzień. Jak mi się złoży, że w jednym miejscu załatwię trzy sprawy i nie utknę w korku na Racławickiej, najprawdopodobniej zdążę po dziecko do szkoły. A to gwarantuje dalsze sukcesy: zjedzenie obiadu, dotarcie na czas na basen i to, że syn zaśnie o 21, a wtedy załapie się na wyrzut hormonów wzrostu, które podobno szaleją około 23. Jednym słowem myślę o tym, żeby zwykły dzień był fajny.

Nie zdarza Ci się już zapomnieć o występie synka na szkolnej akademii?

Teraz częściej jestem w domu. Nie pracuję regularnie na planie serialu, a to radykalnie zmienia postać rzeczy. Moja aktywność zawodowa mocniej związana jest z filmem i krótkimi serialami. Dzięki temu mam więcej czasu dla siebie.

Jak spędzasz ten czas?

Remontuję mieszkanie. Umawiam się z przyjaciółkami na śniadanie. Wyjeżdżam na narty albo do Rzymu, bo mama chce zobaczyć papieża.

Chyba w ogóle dużo podróżujesz?

Tak, ale nie są to jakieś ekstrawaganckie kierunki. Chociaż ostatnio trafiła się Kolumbia. Kręciliśmy tam „Kobiety mafii 2”.

I jak wrażenia?

Zabójcze. Było tak gorąco, że jak wychodziłam z hotelu w Santa Marta ze świeżo wymodelowanymi włosami, to po dwóch minutach całą głowę miałam mokrą. Ekipa dostała w kość, bo zdjęcia kręcone były na morzu, w powietrzu, na łodziach, w helikopterach, zrzucaliśmy w przepaść samochody policyjne i odwiedziliśmy fikcyjną wytwórnię kokainy w dżungli. Fajna przygoda. Przy okazji spędziłam tydzień z Piotrkiem Adamczykiem. Znamy się od 12. roku życia, więc nareszcie mieliśmy czas, żeby pogadać.

Dużo masz przyjaciół wśród aktorów?

Jest grupa osób, z którą się lubimy, ale przyjaźnię się z Darią Widawską.

Czasem spotyka się kogoś, z kim ci „zagra”. Jedziesz z nim samochodem na wakacje i nie czujesz dyskomfortu z powodu milczenia albo pieprzenia o niczym. Wszystko odbierasz jako wartość. Czujesz, że ta relacja jest „na życie”. I nawet jeśli się pokłócisz i przestaniesz odzywać na dwa lata, i tak niczego to nie zmienia. W końcu wylądujecie razem w domu szczęśliwej starości. Mam cztery takie przyjaźnie.

Jak o nie dbasz?

Nieregularnie. (śmiech) Jak kogoś dobrze znasz, możesz się z nim widywać albo codziennie, albo raz na trzy miesiące. Efekt jest ten sam. W przyjaźni ważna jest lojalność i to, by lubić kogoś razem z jego wadami. A najlepiej, żeby one cię śmieszyły.

Jakie Ty masz wady? Ciekawa jestem, czy mnie rozśmieszą?

Musiałabym się odkryć ze swoimi słabościami, a trochę mi to nie na rękę. Daria mówi, że bywam spóźnialska i mam w sobie pewność siebie, która może odstraszać, jak się mnie nie zna.

Sprytne, te wady można potraktować jako zalety.

Tak łatwiej żyć. Niezależnie od tego, jaka jest prawda.