Agnieszka Radwańska - najlepsza zawodniczka w historii polskiego tenisa w rozmowie z Arturem Rolakiem, opowiada m. in. o pierwszym zwycięstwie na korcie, przyjaźni z rywalkami, miłości, pieniądzach i doświadczeniach z dziennikarzami. Agnieszka Radwańska nie przepada za mediami, a wywiadów – krótkich i wyłącznie o sporcie – udziela tylko podczas turniejów. Dla magazynu Gala zrobiła jednak rzadki wyjątek ;-) Tak samo jak dla Artura Rolaka, który podjął się zadania spisania wspomnień i refleksji najlepszej polskiej tenisistki i wydał je w formie książki „Jestem Isia. Rozmowa z Agnieszką Radwańską”.

ZOBACZ: AGNIESZKA RADWAŃSKA szczerze o narzeczonym: „Jesteśmy dla siebie stworzeni. Rozumiemy się bez słów. I codziennie odkrywamy w sobie coś nowego”

Artur Rolak jest jednak jednym z dwóch polskich dziennikarzy, którzy mają imienne miejsca na trybunie prasowej centralnego kortu Wimbledonu, a Agnieszkę Radwańską zna od czasów obiecującej juniorki. W książce („Jestem Isia. Rozmowa z Agnieszką Radwańską") rozmawiają zatem jak starzy, dobrzy znajomi. Stąd też nie brakuje w niej też trudnych pytań ani szczerych odpowiedzi. I nie trzeba się znać na sporcie, by docenić wartość tych zwierzeń. Mistrzyni świata WTA i finalistka Wimbledonu jest nie tylko wybitną sportsmenką. To także trzeźwo myśląca, zaskakująco dojrzała i szczęśliwie zakochana kobieta, której horyzontów nie przesłaniają zarobione na korcie miliony.

Nam udało się zdobyć fragment biografii Agnieszki Radwańskiej, w której gwiazda opowiada o swoich wspomnieniach z turniejów tenisowych na Wimbledonie. Wiedzieliście, że wspomina je tak dobrze?

---

Gdyby złota rybka pozwoliła ci zmienić wynik jednego przegranego meczu, to który byś wybrała? Finał Wimbledonu 2012, półfinał rok później czy może jeszcze inny?

Zdecydowanie finał. Tym bardziej że gdybym wtedy wygrała z Sereną, to awansowałabym nie na drugie, a na pierwsze miejsce w rankingu. I był to naprawdę dobry mecz.

Do stanu 2:2 w trzecim secie mogło się zdarzyć naprawdę wszystko. I wtedy Williams zaserwowała cztery asy z rzędu...

No tak. Wtedy praktycznie skończył się ten mecz.

Dziś opowiadasz o tym bardzo spokojnie, a jak było wtedy? Jak przed grą przeżywałaś finał?

Sporo finałów w życiu zagrałam, ale ten był naprawdę szczególny. Bo do półfinału wszystko idzie normalnie, jak w każdym innym turnieju – mecz, konferencja prasowa, zabiegi fizjo, po prostu rutyna. Aż tu nagle, dosłownie minutę po zakończeniu półfinału, świat zaczyna się kręcić tylko wokół dwóch tenisistek. W szatni pustki, a my wszędzie – na zdjęciach, w gazetach, w telewizji, na konferencjach prasowych nawet w dniu poprzedzającym finał, kwiaty przed wejściem na kort, pełne trybuny, loża królewska również... To wszystko naprawdę buduje napięcie. Kiedy wyszłam na kort centralny, niemal nie mogłam ruszać głową, a w gardle czułam kluchę – tak bardzo byłam zdenerwowana. Później to wszystko puściło, ale kosztowało mnie pierwszego seta. Dla Sereny finał Wielkiego Szlema to przecież chleb powszedni, a ja dopiero po tym meczu mogłam powiedzieć, że już wiem, jak to jest.

Czy wolałabyś, aby między półfinałem a finałem nie było dnia przerwy?

I tak, i nie, to zależy. Moja głowa chyba tak by wolała, ale ten dzień wolny dobrze robi mięśniom. Zwłaszcza na Wimbledonie i zwłaszcza po tak długim i trudnym ćwierćfinale z Marią Kirilenko.

Pod każdym względem ten mecz z Rosjanką był znakomitym widowiskiem – nie tylko dramatycznym, ale i pięknym.

I niezwykłym z tego powodu, że po raz pierwszy w historii turnieju mecz zaczął się na jednym korcie, a skończył na innym. Zaczęłyśmy na „jedynce”, ale z powodu deszczu musiałyśmy zmykać do szatni. Byłyśmy przekonane, że wrócimy dopiero następnego dnia, ale akurat zwolnił się kort centralny, wtedy już z dachem, i wbrew zwyczajowi zostałyśmy tam przeniesione. I jeszcze ktoś nam powiedział, że dobrze by było, abyśmy skończyły przed dwudziestą trzecią, bo potem nawet na centralnym już nie da się grać. Udało się...

O meczu z Sabine Lisicki na Wimbledonie w 2013 roku najczęściej mówi się w kontekście dwóch punktów, które dzieliły cię nie tylko od awansu do finału, ale – to bardzo prawdopodobne – zwycięstwa w turnieju, bo z Marion Bartoli zawsze radziłaś sobie łatwo lub bardzo łatwo i nigdy z nią nie przegrałaś. Już po zakończeniu kariery Francuzka powiedziała nawet w jednym z wywiadów, że tęskni za tenisem, ale nie za meczami przeciwko tobie.

Być może, ale już nikt nie pamięta o moich kłopotach ze zdrowiem. Niewiele przesadzę, jeśli powiem, że byłam wtedy tenisistką jakby bez nóg. Fakt – sama sobie nie ułatwiałam zadania, bo w trzech kolejnych meczach grałam po trzy sety, a wiadomo, jak trawa wchodzi w nogi. Nie byłam gotowa fizycznie na tak ekstremalny wysiłek przez dwa tygodnie. Nie mogłam wejść ani zejść po schodach, takie łapały mnie skurcze. Na korcie tego bólu aż tak nie czułam, bo adrenalina swoje robi, a opatrunki utrzymywały mnie w jednym kawałku. Nie wiem, jak bym wyglądała w finale po kolejnych trzech setach. Marion zagrała bardzo dobry mecz. Na pewno pomogło jej doświadczenie, bo już wcześniej była w finale Wielkiego Szlema, a Sabina jeszcze nie i to ją, co tu dużo mówić, po prostu przerosło. Jednak żal oczywiście jest; tym większy, że przegrałam ten półfinał 7:9 w trzecim secie. Nie da się ukryć, że szansa na tytuł wielkoszlemowy była ogromna, ale finał to finał – presja jest zawsze. Poza tym w sporcie nigdy nie można niczego zakładać ze stuprocentową pewnością. Pewne jest tylko to, że już nigdy się nie dowiemy, jak by ten ewentualny mecz z Bartoli się skończył. Pamiętam, że potrzebowałam dokładnie tygodnia, aby znów poczuć się sobą i fizycznie wrócić do normy.

A ja pamiętam, jak po porażce z Lisicki długo walczyłaś ze łzami napływającymi do oczu. To wyjątkowa reakcja na wyjątkowy mecz? Czy zwykła reakcja po przegranym pojedynku?

Gdybym zdobyła tylko dwa gemy i zeszła z kortu wysoko pokonana, powiedziałabym sobie: „Było miło, dziękuję bardzo, i do następnego razu”. Ten mecz kosztował mnie jednak wiele emocji i jeszcze długo czułam żal, że tak wielka szansa mi uciekła. Podczas konferencji prasowej, o której mówisz, momentami faktycznie walczyłam sama ze sobą, żeby nie rozbeczeć się przed wami.

Książka „Jestem Isia. Rozmowa z Agnieszką Radwańską” autorstwa Agnieszki Radwańskiej i Artura Rolaka ukaże się już 19 lipca nakładem wyd. Burda Książki.