„Tenis uzależnia, bo polega na walce ze sobą. Nie zejdę z kortu, dopóki nie wygram turniejów Wielkiego Szlema”, mówi Agnieszka.

Portale plotkarskie piszą, że już wzięła Pani ślub. Na palcu nie widzę jednak obrączki...

Ślubu jeszcze nie było. Ale jak się odbędzie, media dowiedzą się o nim ostatnie. (śmiech)

To będzie wesele z pompą?

Chyba każda panna młoda marzy o uroczystym ślubie, na którym może poczuć się jak księżniczka... Traktujemy go jako jedną ze spraw do załatwienia. Znajomi już pytają, gdzie spędzimy miesiąc miodowy, a ja przecież zaraz po ceremonii wrócę na kort.

Zaręczyła się Pani ponad rok temu. Pierścionek zmienił dynamikę związku?

Nie, pierścionek ani obrączka nie powinny zmieniać relacji. Gdyby coś się zmieniło, na lepsze albo na gorsze, toby znaczyło, że coś między ludźmi szwankuje. Dobrze powinno być już wcześni ej, bo ani zaręczyny, ani ślub nie są sposobem na poprawienie kondycji związku.

Jak znalazła Pani fajnego faceta?

W szatni przed treningami zawsze rozmawiałam z dziewczynami o tym, jak trudno znaleźć faceta, który rozumie wyzwania sportowego życia. Przecież nas ciągle nie ma! Trudno na odległość umówić się na randkę, a co dopiero utrzymać związek. Jak znalazłam Dawida? Miałam szczęście. Poznaliśmy się w pracy, a potem stopniowo do siebie zbliżaliśmy. Miałam 24 lata, nie byłam zdesperowana, nie szukałam męża. I co ważne, nie musiałam w imię związku zrezygnować z tenisa. Moje życie osobiste nie ma wpływu na to, co dzieje się w sporcie.

To praca wciąż jest priorytetem. Nie ma Pani pokusy, żeby stres wyładowywać w domu?

Jestem zbyt dojrzała, żeby obwiniać kogokolwiek, a zwłaszcza Dawida, o porażkę. Zawsze mocno stąpałam po ziemi. Dawid ma podobnie, a ja mam wręcz uczulenie na wiecznych chłopców. Dawid, choć niewiele starszy ode mnie, nie boi się dorosłości.

Mocno stąpa po ziemi?

Na pewno nie buja w obłokach. Jest niesamowicie konkretny, obowiązkowy, odpowiedzialny. To, co musi zrobić, załatwia natychmiast. Niczego nie przekłada na jutro. Podziwiam go za to.

Nigdy się Pani z nim nie nudzi?

W naszym życiu nie ma miejsca na rutynę, bo ciągle jesteśmy w podróży. Gdyby męczyło mnie to, że Dawid siedzi obok, to nie bylibyśmy dla siebie stworzeni. Mam poczucie, że tak się do siebie dopasowaliśmy, że rozumiemy się bez słów. I codziennie odkrywamy w sobie coś nowego.

Dawid nie namawia, żeby zwolniła Pani z pracą?

Wręcz przeciwnie! To on mi mówi, żebym nie brała dnia wolnego, trenowała dalej, pojechała na jeszcze jeden turniej. Przerwy w pracy są wymuszone jedynie kontuzją.

Dawid Pani nie odpuszcza, podobnie jak kiedyś tata, który zajmował się Pani karierą. Są do siebie podobni?

Dziewczynom zawsze podobają się faceci podobni do ich ojców. Dawid ma wiele cech mojego ojca: ambicję, upór, wytrwałość. Do silnej ręki ojca szefa byłam przyzwyczajona od dzieciństwa. Dawida też nie można określić mianem „ciepłe kluchy”. W żartach zdarza mi się nawet powiedzieć do niego „Robert”... To komplement, bo to przecież ojciec miał największy wpływ na moją karierę.

Dawid jest też Pani przyjacielem?

Tak, jest moim narzeczonym, współpracownikiem i przyjacielem. Nie mamy przed sobą tajemnic.

Na treningi ubiera się Pani na sportowo, ale na co dzień superkobieco. Dawid lubi Panią w szpilkach?

No pewnie, że tak! Kiedyś jednak nosiłam je dużo częściej, zwłaszcza na wspólne kolacje. Teraz ja i Dawid zdajemy sobie sprawę, że to dla mnie dodatkowy wysiłek. Wolę pozwolić stopom odpocząć, ale dbam o siebie. Na korcie jestem spocona, skoncentrowana, zabiegana, ale na co dzień lubię wyglądać kobieco.

A jest Pani perfekcyjną panią domu?

Gdy sezon trwa dziesięć miesięcy w roku, trudno mówić o prowadzeniu domu, a zwłaszcza jednego domu, jeśli mam kilka mieszkań rozsianych po świecie. Kiedy mam wolne, w naszym warszawskim mieszkaniu dzielimy się obowiązkami. Moja jest zmywarka, jego pralka. Dawid uwielbia sprzątać, a mnie uważa za bałaganiarę, więc tę sferę pozostawiam jemu. Gdy on goni z odkurzaczem, ja mogę już leżeć na kanapie.

Prawdziwe partnerstwo?

Tak, na tym opiera się nasz związek.

To chyba sprawiedliwe, prawda?

A może Pani podejście wynika z tego, że od dziecka była Pani w sportowym świecie.

Tam rządzą męskie reguły?

Nigdy w taki sposób o tym nie myślałam. W tenisie jest przecież tyle samo kobiet, co mężczyzn. Wiadomo, że warunki fizyczne nie pozwalają nam konkurować z mężczyznami, ale przecież nie o to chodzi. Sportowa sylwetka u kobiety jest tak samo atrakcyjna jak u mężczyzny. Mężczyźni wolą rywalizować, a kobiety iść na kompromis. To tylko stereotyp? Kobiety są bardziej wytrzymałe. Odporne na ból. I zawzięte. Jeśli kobieta postanowi sobie, że osiągnie sukces, łatwo się nie podda. Mężczyźni się rozleniwiają. Nawet kiedy byłam mała, a przed meczem bawiłam się Barbie, wchodząc na kort, stawałam się dorosła. Chciałam wygrać. A w każdym razie wykonać moją pracę jak najlepiej.

A jak nauczyć się przegrywać?

To zadanie rodziców, żeby dziecko oswoiło się z porażką. Jeśli odnosi same zwycięstwa, trzeba je skonfrontować z silniejszym przeciwnikiem. Gdy masz pięć lat, płacz na korcie jest normalną reakcją na stres, bo trudno w inny sposób poradzić sobie z emocjami. Trzeba przejść ten chrzest bojowy. Pamiętam, jak w liceum chodziłyśmy z koleżankami na mecze tych zawodników, którzy słynęli z łamania rakiet z wściekłości. To był niezły show, ale z czasem trzeba nauczyć się nad sobą panować.

Jak szybko opadają Pani emocje po meczu?

10 lat temu powiedziałabym, że porażki bolą długo. Teraz potrafię się otrzepać po kilku godzinach. Zwłaszcza że następnego dnia zaczynam trenować do kolejnego meczu. Jeszcze krócej trwa radość ze zwycięstwa. Nie potrafię cieszyć się z tego, co już osiągnęłam, bo wciąż gna mnie do przodu. Wiem, że to błąd, ale nie potrafię inaczej.

Sport to szkoła życia?

Tak, tenis ukształtował mój charakter. Sport jest najlepszym wychowawcą. Dzięki niemu mam siłę do pokonywania przeciwności, także w życiu prywatnym. Nie ma u mnie miejsca na fochy, lenistwo czy marudzenie. Sport zawsze towarzyszył mojej rodzinie. Gdy sama będę miała dzieci, też wyślę je na trening. Nawet jeśli nie będą miały smykałki do sportu zawodowego, dobrze im zrobi dyscyplina.

A Pani jako mała dziewczynka czuła, że ma talent do tenisa? Czy to była na początku tylko i aż zabawa?

Na początku nie zdawałam sobie sprawy, że mam szansę na karierę w sporcie. Gdy miałam pięć lat, rodzice musieli mnie zawozić na treningi, kupować rakiety, pilnować harmonogramu. Oczywiście musi być rozgraniczenie między rodzicem a trenerem, zwłaszcza jeśli rodzic sam nie jest sportowcem, a chce pouczać zawodowców. W niektórych klubach wywiesza się nawet karteczki „Rodzicom wstęp wzbroniony”. U mnie było inaczej. To mój tata dostrzegł we mnie potencjał, więc zmotywował do pracy. Sport zawodowy zmienia życie nie tylko dziecka, ale też rodzica. To wieloletnie poświęcenie: czasowe, emocjonalne, finansowe.

A gdyby Pani bardziej polubiła pływanie niż tenis?

To nie wchodziłoby w grę. Pływać mogłam sobie po treningu na korcie. Tata miał ambicję, abyśmy z siostrą Ulą zostały tenisistkami. I chciał ją zrealizować.

Nie buntowała się Pani?

Nie przyszło mi to do głowy. Nie miałam czasu na bunt, bo nie znałam życia poza tenisem. Nauczono mnie, że to on jest najważniejszy. A nawet gdybym była na tyle świadoma, żeby pomyśleć o buncie, rodzice nie zgodziliby się na rezygnację ze sportu. Nie buntowałam się też pewnie dlatego, że już od 10. roku życia osiągałam sukcesy. Cieszył mnie każdy puchar, dyplom czy nagroda rzeczowa. Tak, w mieszkaniu rodziców w Krakowie do dzisiaj jest wystawka kilkuset pucharów. Gdy miałam 15 lat, za wygraną w warszawskim turnieju Bohdana Tomaszewskiego dostałam telewizor i wieżę. Miałam łzy w oczach.

Nie zazdrościła Pani koleżankom swobody? Plotek po szkole, wypraw na lody, randek, podczas gdy Pani musiała biec na trening?

Pewnie! Gdy tylko zadzwonił dzwonek, wybiegałam ze szkoły jak Struś Pędziwiatr, żeby zdążyć na tramwaj. Potem obiad w domu i trening do wieczora. Wszystko było wyliczone co do minuty. Jeśli chciałam obejrzeć jakiś serial, prosiłam mamę, żeby zrobiła kolację na dokładnie wyznaczoną godzinę.

Mama dawała Pani więcej wolności niż tata?

Mama nigdy nie uprawiała sportu, więc nie wtrącała się do planu treningów. Z nią o tenisie nie rozmawiałam. To ona koiła moje nerwy. Dziś też mamy bardzo bliski kontakt, chociaż mieszka na stałe w Krakowie. Dzwonimy do siebie prawie codziennie. Dzisiaj przypomniała mi, że zaczyna się majówka... A ja oczywiście nie mam wolnego.

Dzięki grze czuła się Pani dojrzalsza od rówieśników?

Tak. Wcześnie zaczęłam podróżować, poznawać nowych ludzi i rozumieć wartość pieniędzy. Musiałam sobie radzić na zagranicznych turniejach, a przecież na początku nie znałam zbyt dobrze angielskiego. Już pod koniec podstawówki pisały o mnie gazety, a dzieciaki w klasie zbierały te wycinki. Cieszyłam się z tego wsparcia. Chciało mi się tylko trochę śmiać, gdy pytały, czy nie bolą mnie ręce albo nogi. Ja byłam do wysiłku, a więc także bólu, przyzwyczajona.

Ciało dzisiaj też stawia Pani opór?

Cały czas. W sporcie zawodowym wciąż jestem narażona na kontuzje. Nie mam czasu na pobyt w sanatorium, a nawet na pełną rekonwalescencję. Czuję w kościach lata na korcie.

To budzi bezsilność?

Nie, bo rozumiem moje ciało. Znam na pamięć ból w każdej jego części. Potrafi ę sama postawić diagnozę, czy powinnam się tym bólem martwić, czy sam przejdzie. Na szczęście nigdy nie miałam skręconych kostek, co jest przekleństwem tenisistów.

Kiedy zaczęła Pani myśleć o tym, że na korcie się zarabia?

Finansami zajmowali się rodzice. Mama dalej pomaga mi w sprawach bankowych. Na początku w sport trzeba było zainwestować. Jeździliśmy na turnieje do Czech, Słowacji i Niemiec, bo nie było nas stać na dalsze podróże. Po kilku razach potrafi łam czytać menu po czesku. Pierwszych pieniędzy, które wygrywałam na tzw. dziesiątkach, czyli turniejach z nagrodami rzędu 10 tysięcy dolarów, nie wydawałam na zakupy. Brałam z tej puli sto dolarów, a resztę oddawałam rodzicom. Pamiętam, jak marzyłam o dżinsach, wytartych Szwedach z krakowskiego sklepiku. Kosztowały 120 zł. Wiedziałam, że za tę sumę mogłabym mieć nowe buty do grania. Ale kupiłam. A potem myślałam, że wydałam naprawdę dużo pieniędzy.

Na pierwszych turniejach w Stanach miała Pani kompleksy, że pochodzi z biedniejszej Polski?

Nigdy. Chociaż drużyna z Ameryki miała piękne stroje z wyhaftowanymi nazwiskami, a ja stary za duży dresik, wynik na korcie wskazywał, że to ja mam przewagę.

Dzisiaj jest Pani oszczędna?

Tak, nigdy nie szastałam pieniędzmi, bo znam ich wartość. Kupuję dużo dobrych rzeczy, ale zawsze tylko w nagrodę.

Jest Pani zabezpieczona finansowo?

Tak i inwestuję w nieruchomości. Nie jest tajemnicą, ile zarabiam na korcie. Ale nie gram już dla pieniędzy, tylko po to, aby pożywić ambicję, która wciąż chce więcej.

To ambicja ukierunkowana na konkretny cel?

Chciałabym wygrać Wielkiego Szlema. Żeby utrzymać się w czołówce, muszę grać coraz lepiej, bo poziom jest wyrównany. Jestem rekordzistką: zagrałam ponad 40 Wielkich Szlemów z rzędu oraz 10 sezonów bez żadnej dłuższej przerwy. Trudno się zatrzymać, bo sport to nie tylko walka z przeciwnikiem, ale i samą sobą.

Taki Federer osiągnął już wszystko, a gra dalej. Tenis uzależnia?

Trochę tak. A na pewno decyzja o zakończeniu kariery jest najtrudniejszą w życiu sportowca, bo wszystko, co definiowało jego życie, z dnia na dzień znika. Ta rutyna nadaje życiu sens. Ja mam życie poza kortem, więc mogę z niego zejść. Nie chcę grać do czterdziestki. Nie chcę skończyć kariery przez kontuzję, tylko na własnych warunkach. Ale jeszcze nie teraz.

Trzydziestka jest równie odległa jak moment końca kariery?

Niestety nie. Czas bardzo szybko leci! A ja mimo skończonych 28 lat wciąż czuję się na 21. Chyba na trzydziestkę zrobię prawdziwą imprezę, bo nie miałam takiej od osiemnastki. Od 10 lat przed zawodami świętuję urodziny w Cheesecake Factory w Indian Wells. Zawsze mam jet lag, więc imprezuję od 18 do 20.

Na liście gości na tej trzydziestce będą Pani przyjaciele z kortu?

Tak, ale moją najlepszą przyjaciółką jest wciąż moja siostra Ula. Jesteśmy prawie jak bliźniaczki, bo dzieli nas zaledwie rok. W dzieciństwie wszystko robiłyśmy razem. Nikt nie rozumie mnie tak jak ona. Jesteśmy na łączach codziennie, nawet jeśli gramy na przeciwległych krańcach świata. Nie zmieniły naszej relacji kolejne etapy życia: przeprowadzki, związki czy turnieje. Naszą trzecią siostrą jest przyjaciółka Maxi, którą znamy od 20 lat. Ze znajomymi z liceum, z kortu i ze szkoły, widuję się, gdy wracam do Krakowa.

Tenisowe przyjaźnie są podszyte rywalizacją?

Nie, są oparte na głębokim porozumieniu. Każdy, kto uprawia sport od dziecka, ma podobny tryb życia podporządkowany treningom. Nawet jeśli konkurujemy na korcie, a w tej grze nie ma remisów, po meczu pozostajemy przyjaciółmi.

Przyjaciele nadal nazywają Panią „Isią”?

Tak, to nie jest dziecinny pseudonim. Dla przyjaciół i rodziny wciąż jestem „Isią”. „Agą” za granicą, bo łatwiej to wypowiedzieć. Rzadko „Agnieszką”.

A wyobraża Pani sobie jakiekolwiek inne życie, np. w todze prawniczki albo fartuchu lekarskim?

(śmiech) Nie! Na to już jest zdecydowanie za późno. Związałam moje życie z tenisem. Gdy przestanę grać, pozostanę w zawodzie. Nie po to pracowałam całe życie, żeby rezygnować z tego kapitału.

Co zrobi Pani pierwszego dnia nowego życia?

Obudzę się bez budzika. I pomieszkam trochę w domu. Bo teraz ledwo pamiętam, jak wygląda moja kuchnia.

Założy Pani rodzinę?

Oczywiście, że tak. Chyba każdy marzy o tym, żeby stworzyć szczęśliwą rodzinę. Na to jednak przyjdzie czas dopiero po karierze.