Nie zniechęciła się. Pomimo że szefowie wytwórni płytowej Atlantic Records w ostatniej chwili podjęli decyzję o tym, że nie wydadzą debiutanckiej płyty Gwyneth Paltrow, aktorka zachowała zimną krew. Według nieoficjalnych wiadomości, które przekazał gazecie „The New York Post” tajemniczy informator, właściciel firmy fonograficznej Lyor Cohen przestraszył się, że album gwiazdy nie podbije list przebojów. Co więcej, nie przełożył premiery krążka, tylko kategorycznie zrezygnował ze współpracy z panną Paltrow. Powodów takiej decyzji może być wiele. Ludzie z branży twierdzą jednak, że nagła decyzja została podjęta między innymi przez dość niepochlebne recenzje popisów wokalnych aktorki, jakie ostatnio ukazywały się w prasie. Muzykolog Michael Scott Cuthbert stwierdził, że Gwyneth ma przeciętny głos. Nie umie śpiewać utworów w wyższych tonacjach i nie interpretuje poprawnie tekstów piosenek. „Jako wokalistka jest mało ciekawa” – uważa.

Pomimo wielu negatywnych opinii krytyków, a także problemów z wydaniem płyty, Gwyneth wciąż powtarza w wywiadach, że muzyka jest jej wielką pasją. Po raz pierwszy pokazała, co potrafi, na planie filmu „Tylko w duecie” w 2000 roku, gdzie miała sporo śpiewanych kwestii. „Jest naprawdę znakomita. Uwielbiam Gwyneth zarówno jako aktorkę, jak i piosenkarkę” – powiedziała dziennikarzom z „US Magazine” przyjaciółka gwiazdy, modelka Christy Turlington. Za muzyczne sukcesy Paltrow mocno trzyma kciuki również jej matka Blythe Danner. Podczas konferencji prasowej do swojego filmu „Paul” zdradziła dziennikarzom, że przez wiele lat myślała, że Gwyneth zostanie piosenkarką, a nie aktorką. „Pamiętam, jak jako mała dziewczynka codziennie przed pójściem do łóżka śpiewała swoje ulubione przeboje. Kilka piosenek wymyśliłyśmy także same” – powiedziała. Dodała również, że to choć we wspomnianym wcześniej filmie „Tylko w duecie” Gwyneth udowodniła wszystkim, jak świetnie czuje się z mikrofonem w dłoni, swój talent muzyczny pokazała pięć lat wcześniej na planie „Jeffersona w Paryżu”. Reżyser dał jej podobno harmonijkę do ręki i już kilka minut później zamarł z wrażenia. Okazało się, że Gwyneth bardzo szybko nauczyła się grać różne utwory. „Ta dziewczyna jest niesamowita” – komentowano wtedy w przerwach między ujęciami. Aktorka coraz częściej śpiewa w swoich filmach. Niedawno wystąpiła również w kilku odcinkach popularnego serialu muzycznego „Glee”. Ma także na swoim koncie kilka singli. Co planuje w najbliższym czasie? „Może wystąpię w jakimś musicalu lub w teatrze” – zastanawia się w wywiadach. Po czym szybko dodaje, że nie porzuci także marzeń o nagraniu własnego krążka. Nigdy!

Francuska chrypka

Płyta „En t’attendant”, nad którą francuska aktorka Melanie Laurent pracowała przez dwa lata z irlandzkim muzykiem Damienem Rice’em, jest spełnieniem jej marzenia z dzieciństwa. „To nie jest tak, że pewnego dnia obudziłam się i wymyśliłam, że zacznę śpiewać. Od najmłodszych lat moje życie kręciło się wokół dźwięków” – wyznała intrygująca i piekielnie zdolna 28-latka, znana polskiej widowni m.in. z filmu „Niebo nad Paryżem”. Melanie nie tylko gra w filmach, ale także je reżyseruje. Ma już na swoim koncie prestiżową nagrodę Cezara za rolę w „Nie martw się o mnie” (2006 rok).

Debiutancka płyta, która ukazała się w maju tego roku, to kolejny ciekawy wątek w jej karierze. Do nagrania piosenek zachęcił ją podobno Quentin Tarantino, z którym aktorka zaprzyjaźniła się na planie filmu „Bękarty wojny”. Laurent śpiewa na krążku, a raczej melorecytuje, zarówno po angielsku, jak i po francusku. Ma zachrypnięty, seksowny głos. Inspiracje? Bez wątpienia słynny francuski bard Serge Gainsbourg. „To on ukształtował mój gust muzyczny” – przyznała Melanie.

Recenzje płyty Laurent były dość przychylne. „To dobra muzyka. Laurent brzmi bardzo uwodzicielsko” – powiedział jeden ze spikerów z radia France Internationale. Dziennikarz z „Le Post” Frederic Le Rouzo stwierdził z kolei, że głos Melanie jest dość banalny i płaski. „Słuchając jej piosenek, nie wyczuwam od Laurent żadnych głębszych emocji. Jej wokal nie sprawia, że zaczynam się zamyślać i marzyć” – powiedział.

Początkowo aktorka bardzo denerwowała się, gdy czytała złe komentarze krytyków. „Mam wrażenie, że dziennikarze są tylko od tego, aby dołować artystów i szufladkować ich” – wyznała. Dzisiaj jednak, po kilkunastu koncertach, które ma już za sobą, Melanie odzyskała pewność siebie. Za każdym razem widziała, jak publiczność szalała,słuchając  jej  przebojów, takich jak „Kiss” czy „Debut”. A gdy złośliwi pytają ją, czy nie uważa, że muzycznie jest drugą Emmanuelle Seigner czy Carlą Bruni, tylko uśmiecha się i odpowiada: „No cóż, nawet jeśli, to jestem ich nową, młodszą i lepszą wersją”.

Dusza rockandrollowca

 

Prawda jest taka, że zawsze podchodziłem do aktorstwa w rockandrollowym stylu”  –  powiedział wiele lat temu Russell Crowe. Zanim urodzony w Nowej Zelandii gwiazdor „Gladiatora” zabłysnął na kinowym ekranie, zdobył lokalny rozgłos dzięki swojemu talentowi muzycznemu. Jako 17-latek założył w szkole średniej kapelę Roman Antix. Właśnie wtedy wymyślił sobie pseudonim Russ Le Roq. Chciał w ten sposób uciec od swojego nazwiska. Wszędzie, gdziekolwiek się pojawiał, ludzie zadawali mu setki pytań na temat jego kuzynów, znanych krykiecistów, Martina i Jeffa. „Jedyne, o czym wtedy naprawdę marzyłem, to aby skupić się na pisaniu tekstów i komponowaniu muzyki, a nie zdradzaniu dziennikarzom rodzinnych sekretów moich braci” – narzekał w latach 80.

Z zespołem Roman Antix przemierzał Australię i często koncertował. Jednak w 1992 roku w kapeli nastąpiły pewne personalne roszady i Crowe podjął decyzję o zmianie nazwy zespołu na 30 Odd Foot of Grunts. Wspólnie wydali trzy płyty długogrające. W 2000 roku grupa zaczęła podbijać świat. Koncertowali w Anglii i w USA. Po kilku latach Crowe doszedł do wniosku, że grupa 30 Odd Foot of Grunts „przeterminowała  się”, i wraz z kanadyjskim muzykiem Alanem Doylem założył kolejną kapelę The Ordinary Fear of God. Zespół istnieje do dzisiaj. I choć Russel Crowe znany jest szerokiej publiczność głównie jako aktor, wciąż muzyka jest bliska jego sercu. „Kto wie, może pewnego dnia rzucę w cholerę pracę na planach zdjęciowych i poświęcę się tylko muzyce. Zawsze pociągało mnie szalone życie rockandrollowców” – powtarza w wywiadach.

Detektyw z mikrofonem

Miał wiele różnych zainteresowań. Pasjonował się golfem, pływaniem, hazardem, grą w hokeja, wyścigami konnymi, motocyklami, kolekcjonował luksusowe samochody, a także zaczytywał się romansami. Niewiele osób pamięta dzisiaj, że to jednak muzyka była największym hobby aktora, który na zawsze pozostał dla swoich fanów detektywem z kultowego serialu „Kojak”. W latach 70. jego przyjaciele namówili Telly’ego Savalasa, by zajął się śpiewaniem na poważnie. W 1975 roku nagrał swoją wersję przeboju „If ” amerykańskiej grupy Bread. Zakochane w Savalasie kobiety szalały z zachwytu, gdy telewizja pokazywała sceniczne popisy Telly’ego. Utwór przez dziesięć tygodni był numerem jeden w Europie. Serialowy Kojak miał na swoim koncie kilka krążków. Fanom aktora najbardziej spodobał się „Airport” z 1975 roku.

Bluesowy nastrój

Rodzicom Hugh Lauriego bardzo zależało, by ich ukochany syn już od dzieciństwa rozwijał się artystycznie. Jako sześciolatek uczył się grać na pianinie. Później zakochał się także w innych instrumentach: gitarze, perkusji, harmonii i saksofonie. Fakt, że w 2011 roku wydał płytę, nie zaskoczył więc żadnego jego oddanego fana. W maju ukazał się debiutancki krążek aktora Them „Let Talk”, na którym śpiewa znane bluesowe piosenki. Album ten został nagrany we wrześniu 2010 roku w studiu Ocean Way w Los Angeles. W pracy nad nim pomagali mu znani muzycy, tacy jak perkusista Jay Bellerose, piosenkarka Irma Thomas czy sam Tom Jones. Fani gwiazdora po raz pierwszy mogli usłyszeć kilka piosenek z jego najnowszej płyty 22 marca w Nowym Orleanie, w jednym z najpiękniejszych i najbardziej charakterystycznych pod względem architektonicznym budynków Latrobe’s on Royal. Jak się okazało dzień koncertu miał bardzo symboliczne znaczenie. 21 marca zmarł bowiem jeden z najznakomitszych muzyków bluesowych Pinetop Perkins. Przez cały występ Hugh był bardzo wzruszony. „Blues zawsze miał dla mnie ogromne znaczenie. To prawdziwa, bardzo emocjonalna muzyka” – wyznał serialowy Dr. House. Laurie zdradził, że nawet jako zbuntowany nastolatek nie słuchał kultowego Davida Bowie czy Ozzy’ego Osboruna. „Miałem kilka płyt Stonesów, bo czułem, że warto mieć ich w swojej płytotece. Prawdziwą przyjemność sprawiało mi jednak słuchanie mistrzów bluesa, takich jak Willie Dixon, Lead Belly czy Robert Johnson” – powiedział. Nic więc dziwnego, że na swoją pierwszą płytę Hugh wybrał ulubione covery. Ale kto wie, może następny album będzie składał się z samodzielnych kompozycji gwiazdora?

Ostra babka

Drobna i delikatna kobietka. Tak o Jadzie Pinkett-Smith mogą powiedzieć ludzie, którzy znają ją jedynie powierzchownie. Prawdziwi przyjaciele aktorki dobrze wiedzą, że żona Willa Smitha to ostra babka, wokalistka w kapeli heavymetalowej Wicked Wisdom. Jada założyła ją w 2002 roku. „Zawsze byłam fanką mocnej muzyki. Słuchałam Black Sabbath i Guns’n Roses” – podkreślała wielokrotnie. W 2005 roku zespołem Wicked Wisdom zachwyciła się żona Ozzy’ego Osbourna Sharon. Porażona sceniczną charyzmą Jady, zaproponowała gwieździe, by wzięła udział ze swoimi chłopakami z kapeli w festiwalu muzyki metalowej Ozzfest. Do tej pory to był chyba największy sukces Jady piosenkarki. Dziennikarze wiele razy krytykowali Pinkett za zbyt słaby głos i obrażanie swoimi aranżacjami prawdziwych heavymetalowców. Choć Wicked Wisdom nie zostało oficjalnie rozwiązane, Jada coraz rzadziej pojawia się na scenie z mikrofonem. „Musiałam poświęcić się rodzinie, a nie karierze” – wytłumaczyła się dyplomatycznie w jednym z magazynów kobiecych. Poza tym zostało jej jeszcze aktorstwo. Całe szczęście. W końcu w tej branży dużo lepiej sobie radzi.