Alan Andersz w szczerym wywiadzie dla magazynu "Gala". Aktor opowiedział Damianowi Gajdzie o tym, jak dziś wygląda jego życie. 

Przed naszym spotkaniem zastanawiałem się, jaki jesteś naprawdę.

I kogo się spodziewałeś?

Gdybym opierał się wyłącznie na tym, co piszą w mediach, myślałbym, że spotkam typowego niegrzecznego chłopca.

(śmiech) Nie jestem niegrzeczny. I nigdy nie byłem. Nie wiem, skąd się to wzięło. Mam duże serce, ale też dość mocny charakter, i wiem, czego chcę, co czasem może zostać odebrane jako bycie niegrzecznym. Życie nauczyło mnie, że nie muszę wszystkich lubić i odwrotnie – nie wszyscy muszą lubić mnie.

Masz 28 lat, a mówisz jak dojrzały mężczyzna. Wypadek, który przeżyłeś pięć lat temu, wpłynął na to, jakim dziś jesteś człowiekiem?

Tak naprawdę zmienił wszystko. To, że udało mi się z niego wyjść, uważam za swój największy sukces. Szanse miałem niewielkie, ale lekarze zrobili, co w ich mocy, by mnie uratować. Rodzice i garstka znajomych nie dopuszczali myśli, że nie przeżyję, więc nie mogłem się poddać. Ciężko pracowałem, walcząc ze swoimi ograniczeniami. Większość ludzi nie wie, z jakimi myślami się trzeba mierzyć, gdy podstawowe czynności sprawiają problem, jak człowiek się cieszy, gdy może np. wziąć pierwszy prysznic na stojąco, a nie siedząc w wannie.

Nie czułeś, że możesz nie dać rady?

Nie jestem facetem, który odpuszcza. Jeśli walczę, to do końca, chyba że nie widzę sensu. W tej sytuacji nawet mi przez myśl nie przeszło, że mogę nie dać rady. Wypadek spowodował, że byłem „popsuty”. Lekarze podczas siedmiogodzinnej operacji mnie naprawili. Jak mógłbym więc odpuścić? Komu miałoby przede wszystkim zależeć na moim życiu, jeśli nie mnie?

Teraz bardziej doceniasz życie?

„Bardziej doceniasz życie” brzmi zbyt delikatnie. Ja mam jego wieczny niedosyt. Ciągle mi mało. Ludzie nie doceniają możliwości, które daje im los. Uogólniam, mówiąc „ludzie”, bo tak mi wygodniej, przepraszam, jeżeli kogoś uraziłem. Uważam, że życie trzeba po prostu przeżyć: podróżować, próbować nowych rzeczy, czytać, słuchać, skakać, tańczyć, śmiać się, kochać. Cieszyć się drogą, a nie myśleć cały czas o celu. Stanisław Jerzy Lec pisał: „Do celu tam się wysiada”. Coś w tym jest.

Wypadek przewartościował Twoje przyjaźnie?

Jakie przyjaźnie? Sytuacja po prostu otworzyła mi oczy. Nie otaczam się już, użyję delikatnego określenia, „złymi” ludźmi. Zależy mi, by ludzie byli przy mnie niezależnie od tego, co się dzieje, i żebym mógł na nich liczyć.

Zawsze możesz liczyć na rodziców. Wiem, że macie dobre relacje.

Tak, bardzo ich kocham. Głównie za to, że nigdy mnie nie pouczali. Teraz zacząłem chodzić po górach, co nie do końca jest bezpieczne. Mimo że rodzice nie są fanami tych wypadów, nie zabraniają mi tego. Mama tylko czasami w żartach pyta, czy nie chciałbym grać w szachy.

Jakie masz najpiękniejsze wspomnienie z dzieciństwa?

Nie umiałbym wybrać jednego. Większość z nich krąży wokół różnych sukcesów sportowych i telewizyjnych. Najpiękniejsze były momenty, gdy okazywało się, że ciężka praca dawała efekt. Pierwszy Złoty Aplauz zdobyty z formacją taneczną na festiwalu w Koninie. Pierwsze mistrzostwo Polski. Ale i pierwszy pocałunek o wschodzie słońca. Lubię robić coś po raz pierwszy.

Umawiamy się w południe, wracasz właśnie z treningu. Sport pozwala rozładowywać skrajne emocje, które w zawodzie aktora często Ci towarzyszą?

Te związane z rolami zostawiam na planie. Do pozostałych staram się dobrać odpowiedni katalizator: sporty siłowe, bieganie, spotkania ze znajomymi, czytanie książek, oglądanie filmów, słuchanie muzyki czy krótki wyjazd.

Kiedy zacząłeś regularnie ćwiczyć?

Od urodzenia miałem do czynienia ze sportem. Tańczyłem w formacji przez 12 lat. Jeździłem na deskorolce. Uprawiałem trial rowerowy. Dziewięć lat grałem w speedball. Kocham to i uważam, że sport przekłada się na moje życie.

W jaki sposób?

Nauczył mnie pokonywania granic i tego, że nigdy nie warto się poddawać. Nawet gdy wydaje mi się, że nie mam już energii, że to już jest mój maks, zaciskam zęby i staram się wykonać choć mały krok do przodu, który przesuwa mnie bliżej celu. Szanuję czas dużo bardziej niż kiedyś, ale nauczyłem się, że nie zawsze tempo musi być maksymalne. Sprintem nie wbiegniesz na Everest.

Rozmawiamy od 20 minut o sporcie, ale Ty jesteś przede wszystkim aktorem.

(śmiech) Fakt, nie jestem sportowcem, to tylko hobby. Przed kamerą staję od dziewiątego roku życia. Podczas zdjęć do „Mini Playback Show” reżyser powiedział mojej mamie, by poszła ze mną na casting, bo się nie boję kamery. Dorastałem na planach zdjęciowych. Spotykałem na swojej drodze wspaniałych ludzi, którzy też po części mnie wychowywali. Niektórzy przestrzegali przed brnięciem dalej w ten zawód, inni mówili, że powinienem. Kilka lat temu zadałem sobie pytanie, co chciałbym robić w życiu. Na rzecz której pasji jestem w stanie zrezygnować z innych. Dotarło do mnie jednak, że to aktorstwo sprawia mi największą radość. Nasze życie jest za krótkie, a ta praca daje mi możliwość przeżywania „żyć” innych.

A co robisz, kiedy już kończysz grać i żyjesz własnym życiem?

To, co sprawia mi przyjemność. Uczę się nowych rzeczy, trenuję, czytam, oglądam filmy. Staram się ciągle uczyć nowych rzeczy. Nienawidzę marnować czasu.

Niedługo będziesz miał 30 lat. Nie czujesz, że to już moment, kiedy warto zacząć myśleć o założeniu rodziny, ustatkowaniu się?

Co to znaczy „ustatkowanie”? Nie rozumiem. Nie jestem ustatkowany, bo mam ciągły niedosyt życia? Przecież, gdy znajdę tę jedyną, nie zmienię się. Chcę być szczęśliwy, a nie wpisany w jakieś schematy.

Co powinna mieć kobieta, by zwrócić Twoją uwagę?

Mówi się, że musi mieć „to coś”. Brzmi jak banał, ale to prawda. Wtedy przestaję myśleć racjonalnie. Dlaczego, nie znając dobrze kobiety, spędzam z nią czas, który ze względu na wydarzenia z przeszłości jest dla mnie tak ważny? Miłość to automat. Trzeba czuć, a nie myśleć. Gdy zaczynam analizować, wiem, że nie ma to większego sensu.

Jakie kobiety Ci imponują?

Kobiety z pasjami, mocnym charakterem, lubiące rozmawiać o wszystkim i o niczym. Kobiety, które doceniają małe rzeczy, a nie marzą o diamentach. Niebojące się szczerości. Wyrozumiałe, ale umiejące stawiać na swoim. Nie lubię takich, które robią coś na pokaz. Prawda zawsze się obroni, a kłamstwo, prędzej czy później, wyjdzie na jaw.