Na ile lat naprzód Pani kalendarz jest wypełniony?

Na pięć. Zaczynam już rezerwować sezon 2019/20. Moja córka, Malenka, ma dopiero półtora roku i dopóki jeszcze nie chodzi do szkoły, mogę planować koncerty na całym świecie. Myślę, że potem nie będzie łatwo pogodzić życia zawodowego – mojego i Roberto – ze stabilizacją, jakiej potrzebuje dziecko. Na razie nasze operowe grafiki układamy wspólnie. Jeśli jedno z nas przyjmuje propozycję z Nowego Jorku, drugie nie zawiera w tym czasie kontraktów na koncerty europejskie. Wszystko po to, by jak najwięcej czasu spędzać razem.

Jeszcze nie tak dawno opowiadała Pani, że tęskni za domem, mieszkając w coraz to nowych miastach i hotelach. Gdzie dzisiaj jest Pani dom?

Wszystko minęło, kiedy pojawił się Roberto, a wraz z nim Malena. Już nie jestem sama. Z mężem ciągle staramy się być razem, jeśli nawet nie występujemy w tym samym spektaklu, to w tym samym teatrze. W ciąży i po porodzie, przez dziewięć miesięcy nie śpiewałam, cały ten czas spędziłam z Roberto. Nasz dom jest tam, gdzie jesteśmy my, razem. Ostatnio w Paryżu. Bo dom to nie miejsce, nie mury, lecz ludzie i ich miłość. 

Czy narodziny córki miały wpływ na Pani śpiewanie?

Tak! Ciąża, burza hormonów wpłynęła wspaniale na mój głos. Dojrzał, jego barwa się zmieniła, jest głębszy, ciemniejszy. Dzięki temu poszerzył mi się repertuar, mogę wybierać role bardziej liryczne. 

Jak wygląda teraz Pani życie codzienne?

Nie mam na nic czasu. Przedtem, kiedy wieczorem śpiewałam, cały dzień miałam dla siebie. Czasem nawet się nudziłam. Teraz z tęsknotą myślę, żeby mieć choćby godzinę dla siebie. Malena jest żywym srebrem, wszędzie jej pełno, nie mam dla siebie sekundy, mimo że pomaga nam opiekunka.

 

Malena była już z Panią w teatrze?

Oczywiście, i w Paryżu, i w Wiedniu, chociażby wczoraj. Miało jej nie być, ale Roberto przyprowadził ją i siedziała za kulisami u niego na kolanach. Jak tylko skończyła się aria tenora, zaczęła bić brawo i krzyczeć. Tak się rozkrzyczała, że słyszałam ją ze sceny. Musieli ją wyprowadzić, bo zbyt emocjonalnie zareagowała na spektakl. 

Pani też czekała za kulisami teatru, aż mama, sopranistka Jolanta Żmurko, skończy śpiewać arię. Jesteście do siebie podobne?

Bardzo lubiłam to przesiadywanie za kulisami! Odziedziczyłam po mamie talent i głos, mamy podobną barwę. Ale też podejście do zawodu. Nigdy nie zachowywałam się jak diwa. Woda sodowa nie uderzyła mi do głowy. Tak zostałam wychowana. Mama była w domu mamą, artystką bywała wieczorami. Ja też tak podchodzę do mojego śpiewania. 

Nie czuje się Pani wielką artystką?

Nie. I w ogóle nie przepadam za słowem „artysta”. Tego słowa używa się na wyrost. Zostawiam to określenie dla wyjątkowych jednostek. 

Śpiewała Pani kiedyś z mamą?

U jej boku debiutowałam w „Weselu Figara”, miałam wtedy 21 lat. Śpiewałam Zuzannę, a mama Hrabinę. Pod względem artystycznym wydaje mi się, że to było lata świetlne temu. Zresztą niedawno policzyłam, że minęło 20 lat od mojej matury i rozpoczęcia studiów. Zupełnie to do mnie nie dociera.

W jakim języku rozmawia Pani ze swoim mężem, światowej sławy tenorem, Roberto Alagna?

Po włosku. Roberto wprawdzie jest Francuzem, ale jego rodzice pochodzą z Sycylii.

Kto w Waszym związku twardo stąpa po ziemi? 

Zdecydowanie ja. Co nie znaczy, że Roberto jest oderwany od ziemi, potrafimy zwyczajnie spędzać czas, iść na zakupy czy zająć się domem. Ale on zaczynał karierę w zupełnie innych czasach, 30 lat temu. Wtedy na przykład z okazji podpisania kontraktu w Londynie tego samego dnia leciał na uroczysty lunch do Paryża, a potem na wystawną kolację concordem do Nowego Jorku. Były limuzyny, ekskluzywne restauracje i wyśmienite towarzystwo. Śpiewacy operowi mieli swoich asystentów, szoferów i mieszkali w apartamentach hotelowych. Teraz to ja sama wynajmuję mieszkanie, robię zakupy na obiad i metrem jadę do opery. Ale to, że oboje jesteśmy śpiewakami, bardzo nas zbliża. Rozumiemy, na czym polega nasza praca, jaką cenę płacimy za występy, jaka to odpowiedzialność. I nie zazdrościmy sobie niczego.

 

Czuła się Pani kiedykolwiek onieśmielona pozycją i osiągnięciami Roberto?

Nie. Poznaliśmy się, gdy oboje śpiewaliśmy główne role w jednym z najlepszych teatrów na świecie, londyńskiej Operze Królewskiej. Nie byłam studentką zapatrzoną w wielkiego mistrza. Poza tym nie jestem zakompleksiona, nigdy nie byłam. Nawet jeśli czasem zdarzały mi się momenty braku wiary w siebie, jak chyba każdemu. 

Od czego zaczęła się Wasza miłość?

Roberto twierdzi, że od pierwszej sekundy, kiedy mnie zobaczył. To było w bistro w operze, mieliśmy stamtąd jechać całą ekipą do sali prób. Podeszłam i przedstawiłam się: „Buongiorno, Maestro”. „Jaki tam ze mnie Maestro, jestem Roberto”, odpowiedział.

Pani też wtedy poczuła, że to jest to?

Uświadamiałam to sobie wolniej, stopniowo. Roberto miał szaleńcze tempo, po dwóch tygodniach od naszego poznania już się oświadczył. Nie mogłam w to uwierzyć, takie emocje zdarzają się przecież tylko w filmach.

Więcej Was łączy czy różni?

Łączy nas podejście do życia rodzinnego, które oboje bardzo sobie cenimy. Roberto jest niesamowicie dobrym, ciepłym, serdecznym człowiekiem. Rzadko spotyka się takich ludzi. Oboje nie lubimy życia nocnego, klubów, wolimy towarzystwo bliskich, przyjaciół zgromadzonych przy wspólnym stole. Roberto jest bardziej szalony, ja bardziej spokojna. On jest optymistą, ja raczej się zamartwiam. Roberto zawsze budzi się uśmiechnięty, ja jestem humorzasta.

A kto jest bardziej zazdrosny?

Ja. Ale to on bez przerwy do mnie dzwoni.