Ajak Aleksandra. Bardzo lubię swoje imię. Mam imiona po babciach, a to daje mi poczucie ciągłości, tradycji, jakiejś bliskości z przodkami. Aleksandra oznacza „obrończyni mężów” i rzeczywiście bardzo ważnymi dla mnie cechami są sprawiedliwość i lojalność. Podoba mi się też brzmienie mojego imienia, choć zdecydowanie częściej stosuję zdrobnienie Ola. Przedstawiam się tak nawet za granicą, choć tam wszystkim kojarzy się to z hiszpańskim „hola”, czyli „cześć”, co niemal zawsze staje się pretekstem do żartów. Lubię Ola – krótko, lekko zawadiacko, trochę niepoważnie. Jakoś lepiej to się ze mną klei. Na Aleksandrę mam jeszcze czas. Nie znoszę natomiast, jak ktoś mówi do mnie „Olka”. Moja mama tak mówiła, jak była na mnie bardzo zła. Jej „Olka” oznaczało, że naprawdę przegięłam i będzie reprymenda.

Cjak celebrytka. Zgodnie z angielskim pierwowzorem „celebryta” powinno być ogólnym określeniem osób powszechnie znanych i obecnych medialnie, ale u nas kojarzy się pejoratywnie. Za każdym razem, kiedy słyszę to określenie w swoim kontekście, mam wrażenie, że ktoś mnie próbuje obrazić. Powszechne mniemanie jest takie, że celebryci zajmują się „lansowaniem” na różnego typu imprezach, nawet jeśli jest to akcja charytatywna, konferencja prasowa poświęcona projektowi, w którym biorą udział, a nawet czyjś ślub lub pogrzeb. Moim głównym zajęciem jest praca m.in. w radiu, telewizji, nie „lans”. Czasem pójdę na pokaz zaprzyjaźnionego projektanta czy inaugurację w Polsce ulubionej marki. Nie widzę w tym nic złego. Przyjemnie jest zobaczyć z bliska piękną kolekcję i osobiście pogratulować projektantowi. Myślę, że większość krytykantów raczej nam tego zazdrości, niż szczerze potępia. Mogę ich tylko pocieszyć, że każde takie wyjście wiąże się z potencjalną, a nawet pewną krytyką. Ocenie podlega wszystko: waga, wzrost, kolor włosów, stopień opalenizny, jędrność skóry, kolor lakieru do paznokci, każda poszczególna część garderoby łącznie z bielizną, sposób stania, siedzenia i poruszania się oraz każde wypowiedziane słowo, najchętniej wyrwane z kontekstu. Przysięgam, że często wolałabym przemknąć niezauważona.

D jak dziecko. Bardzo lubię dzieci. Cieszę się, że w dzisiejszych czasach dostrzegamy ich potencjał. Nikt już nie wyznaje zasady „dzieci i ryby głosu nie mają”, a nawet jeśli, to wstydzi się przyznać. Dla mnie ich mądrość jest niezaprzeczalna. Mam sporo kontaktu z dziećmi. Zdarza mi się prowadzić dla nich zajęcia i mam też wiele „dzieciatych” koleżanek. Póki co, tam przelewam swój instynkt macierzyński, ale nie wyobrażam sobie, żeby miało mnie to nigdy osobiście nie dotyczyć. Nie myślę o sobie w kategoriach tykającego zegara. Nie lubię być niewolnicą. Ani posiadania dziecka, ani zamążpójścia, ani kariery czy pieniędzy. Nie cierpię konwenansów. Nie kieruję się zasadą „powinnam – nie powinnam”.

K jak kariera. W moim odczuciu nie musi mieć związku ze sławą, pieniędzmi ani wspinaniem się po szczeblach. Wystarczy, żeby praca sprawiała mi przyjemność i dawała pieniądze, które starczą na utrzymanie i podróże. Mnóstwo rzeczy robię za pięć groszy tylko dlatego, że jakiś projekt wydaje mi się interesujący. Generalnie im większą coś mi sprawia przyjemność, tym mniej jestem skłonna wziąć za to pieniędzy (śmiech). Nie zastanawiam się, gdzie będę zawodowo za pięć czy dziesięć lat. Nie chcę się fiksować na jakimś punkcie na horyzoncie, bo prując w jego stronę, mogłabym przeoczyć wiele fajnych widoków. Cieszę się, że mam wolny zawód. Jestem panią swojego czasu, a to daje mi prawdziwe poczucie wolności.

L jak lęk. O dziwo, bardzo dobrze znane mi słowo. Od zawsze byłam lękliwym dzieckiem i do dziś zdarza mi się obudzić z koszmaru w środku nocy i do rana już nie zasnąć. Gapię się w sufit i czekam, aż wybije na tyle cywilizowana godzina, że będę mogła obdzwonić kontrolnie wszystkich bliskich. Strasznie się boję, że coś się komuś stanie. Nie wiem z czego to się bierze. Być może ma to związek z tym, że mama w końcówce ciąży miała bardzo poważny wypadek samochodowy. Może urodziłam się z lękiem wpisanym w genotyp?

M jak moda. Nie traktuję jej z namaszczeniem. Dla mnie moda to zabawa dorosłych ludzi, która ma sens, jeżeli chcemy się pobawić. Nie ma jednak sensu, jeśli zabawa zamienia się w imperatyw czy dyktaturę. Nikt mi nie wytłumaczy, że w tym sezonie nie powinnam zakładać ulubionych butów tylko dlatego, że były modne w poprzednim. Orientuję się, co jest modne i czasem lubię się w to wpisać, ale nie jest to moje „być albo nie być”. Nie przywiązuję wagi do marek. Mam mnóstwo rzeczy z sieciówek, second-handów, po mamie, ciociach, kupionych przez internet. Nie przepadam za chodzeniem po sklepach. Jaki mam styl? Nie lubię wyglądać jak spod igły. Już wolę dziwnie niż nienagannie. Na co dzień lubię mieć coś luźnego na górze, a na dole w zależności od pory roku: rurki, legginsy albo krótkie spodenki. Jedyna niewygoda w ubraniu, do której przywykłam, to wysokie obcasy.

 

P jak polityka. Z jednej strony unikam, a z drugiej rykoszetem ciągle mnie dotyczy. Na pewno mam dużo więcej łaskawości wobec polityków niż większość ludzi. Z jednymi zgadzam się bardziej, z innymi mniej, jeszcze inni mnie przerażają, ale chcę wierzyć, że generalnie mają poczucie misji. Sama nie zdecydowałabym się na bycie politykiem. Uważam, że jest to potwornie wymagający, odpowiedzialny zawód, który w dodatku wiąże się z niewspółmierną gratyfikacją, bo ani nie są to wielkie zarobki, ani nie jest to wielki splendor. Nigdy nie miałam wrażenia, że polityka jest mocno obecna w naszym domu. To nie było tak, że tata wracał z pracy i opowiadał, jakie podpisał ustawy, albo jak sobie radzi premier. Jestem przekonana, że w wielu polskich domach, mimo że nie ma polityka w rodzinie, o polityce mówi się zdecydowanie więcej.

R jak radość. Dla mnie jest to w zasadzie synonim podróży. Nic mnie tak nie cieszy. Dzięki nim zyskuję właściwą perspektywę. Dziś już wiem, że podobieństwo ludzi zależy od ich inteligencji i wrażliwości, a nie od narodowości, religii, płci czy statusu społecznego. Na drugim końcu świata spotkałam osoby, z którymi rozumieliśmy się w mig. Jest wiele regionów, do których mam słabość, ale właściwie w każdym nowym miejscu czuję się dobrze. Nie czuję się skazana na kraj, w którym się urodziłam. Wybieram, żeby tu żyć, ale mam poczucie, że zawsze mogę wybrać inaczej.

T jak tata. Jesteśmy bardzo podobni. Jak byłam mała, wszyscy dostrzegali nasze fizyczne podobieństwo, teraz przebiło je chyba podobieństwo charakterologiczne. Przekłada się ono nawet na charakter pisma. Podpisy mamy niemal identyczne. Tata ma świetne spostrzeżenia i puenty. Trafia dokładnie w sedno. Raz mu powiedziałam, że ma bardzo dobrą intuicję psychologiczną, więc oczywiście teraz, jak tylko się o coś spieramy, używa tego jako argumentu na swoją korzyść (śmiech).

Ś jak ślub. Nie mam specjalnej potrzeby przypieczętowania przynależności do kogoś, ale jestem wrażliwa na jego wymiar mistyczny. Śluby zawsze mnie szalenie wzruszają i niezależnie od mojej wiary, która ma lepsze i gorsze momenty, traktuję je jak zaklęcie o określonej mocy. Jest coś pięknego w tej prośbie o wstawiennictwo i aż żal, że to nie załatwia sprawy. Wygląda na to, że w dzisiejszych czasach łatwiej ludziom przychodzi kończenie związków, niż ich utrzymanie, ale patrząc na moich rodziców, jestem pełna optymizmu.

W jak wyzwania. Bardzo je lubię. Nic mnie tak nie mobilizuje, jak to, że ktoś powątpiewa, czy dam radę. Ostatnio mierzę się z wyzwaniem pracy z mamą. Wiele osób mi to odradzało, zgodnie z zasadą, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu, ale przeważyła ciekawość i nie żałuję. Cieszę się, że możemy się poznać od zupełnie innej strony. Nie dość, że obserwujemy się przy pracy, to jeszcze w programie poruszamy tematy, na które zwykle nie starcza czasu przy rodzinnym stole. Mamy olbrzymią nadzieję, że wśród widzów znajdą się tacy, których zainspiruje to do podobnych rozmów pod własnym dachem.

Z jak zapach. Zawsze byłam zapachowcem. Wszystko pamiętam zapachami – miejsca, wydarzenia, ludzi. Czasem dzięki nim niemal fizycznie przenoszę się do jakiejś sytuacji z przeszłości. Wraca do mnie niepokój albo radość, które wtedy czułam. Nawet jak przerzucam się z letnich perfum na jesienne, to wracają do mnie emocje sprzed roku. Nie zawsze to lubię. Zwykle wydaje mi się, że najlepszy moment w życiu jest tu i teraz i nawet w tak specyficzny sposób nie chcę wracać do tego, co było. Ostatnio jechałam samochodem, padał deszcz, był letni wieczór, ale w powietrzu już czuć było jesień. I ten zapach przypomniał mi jesienne powroty ze szkoły. Zdenerwowałam się tak, jakbym miała zaraz siadać do pracy domowej (śmiech). Z drugiej strony, do tej pory pamiętam jak pachniał Krym, mimo że miałam wtedy kilka lat. Zapach bryzy morskiej mieszał się tam z zapachem kwitnących akacji i lawendy. Pięknie... Trzeba gdzieś wyjechać...