Na rozmowę z Olą umawiam się w Świnoujściu podczas Karuzeli Cooltury, trzydniowej imprezy, w ramachktórej odbywają się dziesiątki interesujących spotkań z ważnymi postaciami życia publicznego – pisarzami, aktorami, naukowcami, dziennikarzami, a nawet duchownymi. Wstęp na wszystkie spotkania wolny. Ola Kwaśniewska bierze udział w tej imprezie od początku jej istnienia, czyli już czwarty raz. Prowadzi zajęcia z dziećmi, spotkania z artystami. W tym roku Karuzela odbywała się pod hasłem „Dusza i ciało”, a Ola m.in. „spowiadała” publiczność w konfesjonale. Jest przecież z wykształcenia psychologiem. My postanowiliśmy odwrócić role i „wyspowiadać” Olę.

Media podają datę twojego ślubu i miejsce, w którym ma się odbyć wesele, włącznie z liczbą zaproszonych gości...

Denerwuje mnie to. Nie znoszę, jak gwałtem przekracza się moją granicę prywatności. Dziś jestem gotowa na walkę z brukowcami, byle tylko mieć trochę świętego spokoju. Być może trudno w to uwierzyć w czasach, gdy wszyscy chcą być znani, a popularność stała się nadrzędną wartością.

Wiedzą to nawet dzieci. Kiedy zapytałaś je podczas zajęć na Karuzeli, dlaczego warto pracować w telewizji, odpowiedziały natychmiast: „dla sławy i pieniędzy”.

To prawda. Tymczasem popularność bywa fajna, ale ma też swoje ciemne strony.

Podobnie jak nasze dusze. Ale twoja chyba teraz śpiewa?

Na pewno nieustająco śpiewają moje usta, bo to jest coś, co jest kompletnie poza moją kontrolą. W bliskich mi kręgach wręcz słynę z tego. Jeśli coś mi wpadnie w ucho, to na bank wielokrotnie wyjdzie ustami. Wiecznie mi się jakiś utwór kołacze po głowie. Generalnie jestem wrażliwa na dźwięki. Gdybym miała szukać dowodu na istnienie Boga, szukałabym go w muzyce.

A ja myślałam, że Twoja dusza śpiewa marsz weselny Mendelssohna.

Zupełnie nie. Ostatnio słuchałam soundtracku z filmu „Romeo i Julia”, do którego mam ogromny sentyment jeszcze z burzliwych lat licealnych. Ku mej uciesze okazało się, że ciągle reaguję szlochem na „Kissing You” Des’ree. Poczułam się, jakbym znowu miała 17 lat.

Romantyczka!

Niespecjalnie.

Czy Ola Kwaśniewska jest jeszcze dziewczyną, czy już kobietą?

A wiesz, że ostatnio ni stąd, ni zowąd zaczęłam się przedstawiać jako Aleksandra... Niechcący wydoroślałam. Ja, która zawsze do tej pory nazywałam siebie Olą, nagle poczułam, że przestaje się to do mnie kleić jako moje oficjalne imię. I teraz jestem poważniejsza o tych kilka liter. Jednocześnie mam problem z przypomnieniem sobie, ile mam lat. Niedawno jechałam samochodem i usiłowałam zapamiętać jakiś adres: „mieszkania 28”. Pomyślałam: „Zapamiętam, bo przecież mam tyle lat”... Dopiero po chwili przypomniałam sobie, że jestem po trzydziestce. Lubię ten wiek, ale ciągle myślę o sobie jako o dwudziestoparolatce.

Przeprowadzając kiedyś wywiad ze swoją mamą, zapytałaś, czy można się związać z kimś na całe życie bez strachu. Już to wiesz?

Wiem, że wszystko zależy od człowieka, na którego się trafi, a także od wcześniejszych doświadczeń. Jak się ma porównanie i wie, jak bywało, a jak jest. Kwestia miłości jest potwornie trudna, bo my w ogóle nie wiemy, co to do końca jest i jak powinniśmy to czuć. Jesteśmy w rozkroku pomiędzy ckliwymi komediami romantycznymi i książkami, gdzie to wszystko jest ogromnie wzniosłe i nierealne, a pragmatycznym podejściem wynikającym z obserwacji otaczających nas par. Patrzymy na związki rodziców i często powielamy ten schemat. A te związki bywają różne, czasem są z wygody, a czasem z braku laku...

A te motyle w brzuchu, kołatanie serca – to nic nie znaczy?

To też jest pułapka, bo gęsia skórka po dotknięciu ręki szybko mija. To kwestia pierwszych miesięcy. Cenniejszy jest moment, kiedy osiąga się spokój wewnętrzny.

Doskonale się znasz na anatomii miłości! A czego potrzebujesz do poczucia spełnienia?

Rodziny, przyjaciół, podróży i samorealizacji. Lubię mieć czas tylko dla siebie, kiedy mogę pobabrać się w ziemi na balkonie, przesadzić rośliny, spotkać się z przyjaciółmi. Bo dużo czerpię od ludzi. Nie wyobrażam sobie siebie bez rodziny. Ona mnie umacnia. Potrzebuję mieć korzenie w rodzinie i te miotające się na wszystkie strony gałęzie wyciągające się do innych. Potrzebuję wolności i możliwości eksploracji świata.

A więc dusza czy ciało? Na co stawiasz, Olu?

Strasznie musiałabym być próżna, żeby powiedzieć, że na ciało. Mimo wszystko wciąż jeszcze lepiej być dobrym i mądrym, choć niekoniecznie przystojniakiem, niż pięknym, lecz złym idiotą. Średnio atrakcyjna kobieta, która jest inteligentna, zabawna i ma dystans do siebie, może zdobyć każdego mężczyznę. Pozbawiona tychatrybutów, a jedynie ładna częściej zostanie podbojem na jedną noc. Mężczyzn to dotyczy jeszcze bardziej. Nie ufam tym przesadnie ładnym. Ludzie, którzy musieli przewalczyć jakiś kompleks, a nie szli całe życie na łatwiznę, kokietując wyglądem, są ciekawsi.

A Ty co musiałaś przewalczyć?

Ja takie wnioski wyciągnęłam nie tyle z własnego doświadczenia, ile patrząc na kolegów. Najbardziej widoczni towarzysko i zabawni byli ci, którzy np. mieli kompleks wzrostu. Szukali przewagi w błyskotliwym, złośliwym dowcipie. Jak się popatrzy na środowisko artystyczne, ta prawidłowość się potwierdza. Genialny Woody Allen jest kłębkiem kompleksów, a znam osoby, które stawiają go za wzór mężczyzny idealnego.

Miałaś kompleksy?

 

No pewnie. Dość długo chciałam być wysoką brunetką o ciemnej karnacji, więc któregoś dnia musiałam się ostatecznie otrząsnąć, że nie jestem. Najdłużej bolał mnie chyba mój wzrost i skrycie, acz bezskutecznie liczyłam, że coś tam jeszcze uda mi się wyciągnąć. Wyleczyłam się jednak z tego problemu, jak zaczęłam tańczyć salsę, jeszcze przed „Tańcem z gwiazdami”. Okazało się, że drobna kobieta jest lepiej skoordynowana niż wysoka i bardziej „kompaktowa” do układów partnerskich. I mi przeszło.

Twoja sytuacja się zmieniła, gdy Aleksander Kwaśniewski został prezydentem – chcąc nie chcąc znalazłaś się na świeczniku. I już na nim zostałaś. To dla Ciebie trudne?

W sensie bycia wiecznie na cenzurowanym jest o tyle trudne, że trzeba mieć to ciągle z tyłu głowy. Wiadomo, że każde potknięcie zostanie rozdmuchane i wykorzystane przeciwko tobie albo, co gorsza, twoim bliskim. Na szczęście nie mam wielkiej skłonności do tzw. ekscesów, więc na co dzień jakoś mnie to nie wykańcza. Jeśli chodzi o relacje międzyludzkie, nie miałam z tym nigdy problemu. Jestem szczera i otwarta i tego samego oczekuję w zamian. Jeśli widzę jakąkolwiek gierkę, wycofuję się ze znajomości. W szkole wszyscy wiedzieli, kim jestem, gdyż szkoła była mała, społeczna. Ale zaczęłam liceum w 1995 roku, gdy trwała kampania wyborcza. Po wyborach część koleżeństwa ubrała się na czarno na znak żałoby, że nie wygrał Lech Wałęsa. A dwa lata później byłam z tymi ludźmi w świetnej komitywie. Na studiach stałam się bardziej anonimowa, choć takie wiadomości szybko się roznoszą i mogło mi się tak tylko wydawać. Sama się z tym nie obnosiłam ani nie ukrywałam. Ale czułam zwykle, w jakim momencie ludzie się orientowali, że ja to ja.

Nie przewróciło Ci się w głowie?

Nie było powodu. Żyłam swoim życiem. Bywało, że kiedy znajdowałam się w szerszym gronie, padało pytanie, gdzie studiuję. Mówiłam, że na psychologii na UW. „Co ty?! A znasz Kwaśniewską?”. Odpowiadałam, że nie bardzo.

Czujesz się psychologiem, dziennikarką czy projektantką wnętrz?

Zrobiłam kurs projektowania wnętrz, bo akurat miałam przestój w pracy i z nudów zajęłam się remontowaniem mieszkania mojego ówczesnego chłopaka (Wojciecha Szuchnickiego, szermierza – przyp. red.). Z projektowaniem nie wiązałam przyszłości. Psychologia przydaje się w kontaktach z innymi, pomaga mi też w robieniu wywiadów, ale odkąd sześć lat temu skończyłam studia, nie zdarzyło mi się pracować w tym zawodzie. Jeśli od sześciu lat piszę wywiady do gazety, prowadzę programy telewizyjne i radiowe, to chyba powinnam się nazwać dziennikarką. Czy nie?

Może celebrytką?

Mogę to zaakceptować, jeśli przyjmiemy, że jest to po prostu ktoś powszechnie znany. Ale teraz to określenie ma pejoratywny wydźwięk, wręcz sugeruje, że zarabiam na „celebrytyzmie”. A ja zarabiam na dziennikarstwie. Jak zacznę jak Paris Hilton przecinać wstęgę w klubach nocnych i za to dostawać kasę, wtedy mogę się uznać za celebrytkę. Porównywanie mnie do takich osób jest niesprawiedliwe. W radiu Planeta przez cztery lata sama przygotowywałam program, byłam jego redaktorką i prowadzącą. Podobnie jak sama redaguję swoje wywiady. Nikt nie zatrudnia do mnie sztabu ludzi. Wykonuję uczciwą pracę i dostaję za nią uczciwe wynagrodzenie, wielokrotnie mniejsze od tych kwot, o których można przeczytać w prasie. Nie podoba mi się takie szczucie sugerujące, że dostaję kasę za nic.

Skąd wynika owo szczucie?

Jestem w dość niewdzięcznym zbiorze wspólnym celebrytów i polityków, łączącym dwie społeczne grupy, które w powszechnym mniemaniu nic nie robią, ale świetnie im się powodzi. Ciągle płacę za to, że miałam ułatwiony start.

A nie miałaś?

Oczywiście, ale potem musiałam doskoczyć do wygórowanych oczekiwań. Każdy kij ma dwa końce. Jeśli pod jednym względem jest ci łatwiej, pod innym będzie trudniej. Nie chciałabym jednak się użalać. Cieszę się, że mogę robić to, co robię, i doceniam to, że doprowadził mnie do tego miejsca „Taniec z gwiazdami”, w którym wystartowałam jako córka własnego ojca. Myślę, że gdyby tata nie zdecydował się na karierę polityczną, tylko cały czas pracował jako dziennikarz i redaktor naczelny, i tak byłaby duża szansa na to, że wyląduję w mediach. Zupełnie niechcący poszłam jego śladami.

To jeszcze trochę i zostaniesz panią prezydent albo – jak chcą feministki – „prezydentą”.

Nigdy nie wiadomo.

Jak widzisz siebie w przyszłości?

Podziwiam osoby, które mają jasno wytyczone plany na przyszłość i wiedzą, dokąd zmierzają. Ja tak nie potrafię. Za bardzo jestem ciekawa rzeczy, które mogłyby mnie ominąć. Lubię, jak dużo się dzieje. Dziennikarstwo niespodziewanie okazało się zawodem stworzonym dla mnie. Zamierzam poszerzać to pole. Mam poczucie, że idę właściwą drogą. Kiedy coś mnie w sobie denerwuje, pracuję nad tym. Żeby siebie lubić. Generalnie jest nieźle. Zależy mi na dobrych relacjach z ludźmi i rzeczywiście wszelkie bezpośrednie kontakty są sympatyczne. Z agresją zderzam się dopiero w internecie bądź na łamach brukowców. Ale nie jestem tą osobą, którą one opisują.

Czyli?

Nie jestem osobą próżną, szastającą pieniędzmi, których nie zarobiłam, z potwornym parciem na szkło, a niezasługującą na to, żeby gdziekolwiek pokazywać się publicznie, bo wszystko zawsze załatwiał mi ojciec. I na dodatek wywyższającą się, co jest kompletnie obcą mi cechą. Sama uważałabym, że taka osoba nie jest warta mojej uwagi.

Z czego jesteś najbardziej dumna?

 

Chyba z tego, że mam oddane grono przyjaciół, od lat to samo. I ze świetnych kontaktów z rodzicami. Z tego też, że nigdy nikomu nie zrobiłam świństwa. Nawet jeśli zdarzało mi się chlapnąć coś z bezmyślności, zawsze takie rzeczy wyjaśniałam. Mam czyste sumienie. Nie powiem, że nikt przeze mnie nie płakał, bo zanim człowiek wejdzie w ten właściwy związek, przechodzi zwykle przez parę innych. Mimo wszystko rozstania z przekonania, że nie jest się w stanie stworzyć długotrwałej, szczęśliwej relacji z drugą osobą, nie uważam za krzywdę.

Pogodna optymistka – to Ty?

Zdecydowanie. Nie cierpię umartwiania się, użalania nad sobą, marudzenia. Wszędzie szukam pozytywów. Poczucie szczęścia jest uzależnione od tego, jak chcemy widzieć swoje życie, jak interpretujemy doświadczenia. Znam osoby, które mają niezwykle trudne życiorysy, a mimo to uważają się za szczęściarzy. To kwestia postrzegania.

Jesteś szczęśliwa?

Zdecydowanie.