Alicja 12 maja obchodziła 28. urodziny. Jeśli wierzyć telewizyjnej reklamie odżywki do włosów, w której możemy oglądać aktorkę („Miałam osiem lat, kiedy po raz pierwszy zagrałam w filmie”), oto mamy jubileusz dwudziestolecia pracy zawodowej. Czas zatem na podsumowanie.

Gdyby spróbować odnieść się do naszych plotkarskich portali, tabloidów i rynku reklam, aktorka zajmuje pozycję bardzo wysoką. Nie ma tygodnia, żebyśmy nie zobaczyli newsa w rodzaju „Alicja przeprowadza się do Polski”, „Alicja zaprosiła Colina na urodziny” albo „Synek Alicji Henio już mówi!”. Jednocześnie z ekranu telewizora Alicja jako piękna brunetka, niczym syrena, wabi klientów kosmetycznej firmy, uwodzicielsko kołysząc bujnymi włosami. Nic dziwnego, w ostatnim rankingu „Forbesa” (sierpień 2010) uplasowała się pomiędzy premierem Tuskiem a Tomaszem Lisem, zajmując wśród celebrytów szóstą pozycję, co przekłada się na realną kwotę 637 500 zł. Gwiazdorskie jest również jej honorarium za „doradczy” udział w „X Factorze” – 100 tys. zł, jak donosiły bulwarówki.

Szybki kurs dojrzewania

Poznałam Alicję niewiele później, niż wiek, o którym mówi w reklamie odżywki do włosów. Miała szesnaście lat, była uczennicą liceum i właśnie wybrana przez Andrzeja Wajdę grała Zosię w „Panu Tadeuszu”. W wywiadzie, którego mi wtedy udzieliła w towarzystwie nieodstępującej córki na krok mamy (również na planie), mówiła, że dzięki filmowi przeszła „szybki kurs dojrzewania” i „stała się odpowiedzialna”. I o tym, że połowę pieniędzy oddaje mamie, a drugą wkłada do banku, gdyż „oszczędza na przyszłość”. A także, czym jest dla niej aktorstwo: „Chcę aktorstwo traktować jako hobby. Gdybym miała tak zarabiać na życie, praca w filmie straciłaby dla mnie magię i czar. Ale pragnę pozostać w tym świecie, mieć coś wspólnego z tańcem, śpiewem, grą”.

Kiedy osiem lat później pojechałam na spotkanie z Alicją do Hollywood (mieszkała tam wtedy od dwóch lat), gry w filmie nie uznawała już za hobby. Dla Hollywood zostawiła kulturoznawcze studia na UJ, spokojne życie w Krakowie i rodzinny dom. „Zawsze marzyłam o tym, żeby tu zagrać” – mówiła mi. „Wierzyłam, że to moja droga. Że tak właśnie powinnam postąpić, sprawdzić siebie, spróbować”. I opowiadała jak w Actors Studio, prestiżowej szkole aktorskiej, uczono ją, że aktor musi wierzyć w siebie, bo inaczej nikt w niego nie uwierzy, więc: „Idę na przesłuchanie niby taka bardzo pewna siebie, a tak naprawdę wewnątrz cała się trzęsę. Myślę: »Rany Boskie, co ja tu robię?!«. Kiedy agencja wysyła mnie na casting – a robi to mniej więcej co trzy tygodnie – staję do pojedynku z konkurencją, na przykład jako jedna z pięciu dziewczyn. Nienawidzę tego”.

Ale stawała. Przy „Trade” (Handel), filmie o współczesnym handlu kobietami, skończyło się to happy endem. Alicja dostała bowiem rolę w tym filmie, gdy Milla Jovovich zrezygnowała z powodu ciąży. „Trade”, choć nie był sukcesem kasowym, wywindował Alicję wysoko.

„Jeśli nie słyszałeś o Alicji Bachledzie, to znaczy, że nigdy nie byłeś w Polsce, gdzie ta 24-letnia aktorka jest gwiazdą. A wszystko dzięki karierze, którą rozpoczęła jako nastolatka” – pisano w eleganckim popkulturowym magazynie „GQ” obok wywiadu z Alicją. W „O, The Oprah Winfrey Magazine” ukazała się modowa sesja z Alicją w roli głównej, a krytycy umieszczali jej nazwisko w „światowej pierwszej lidze debiutantek” obok nieco starszej (rocznik 1975) francuskiej aktorki Marion Cotillard.

Gdy dwa lata później, w 2009 roku, spotkałyśmy się z Alicją w Meksyku, miejscu urodzenia aktorki, reprezentowała ją już świetna agencja aktorska CAA (Creative Artist Agency), w której są m.in. Robert De Niro i Jamie Foxx. Mogła się tam znaleźć dzięki sukcesowi, jaki odniosła w „Trade”. I nie miała zamiaru spuszczać z tonu. „Idę va banque” – mówiła. „Postanowiłam, że nie będę grała w gorszych scenariuszach niż w Europie. Nie będę szła na kompromisy. Choć to ciężkie w tym mieście, udowodniłam, że możliwe”. Śliczna jak marzenia i rozmarzona… Była właśnie świeżo po zdjęciach do „Ondine”, zakochana w swoim filmowym partnerze Colinie Farrellu. Dyskretna, jak zawsze, mówiła zdawkowo: „Tak, jest w moim życiu mężczyzna”. A czy łatwo jest się oprzeć urokowi Colina? „Zdecydowanie niełatwo. Potwierdzam”.

Film o rybaku i wyłowionej przez niego w sieci nimfie-dziewczynie, nie porwał jednak widowni ani w Polsce, ani na świecie (amerykańscy kiniarze w ogóle nie podjęli się jego dystrybucji). Alicji na osłodę pozostały dobre recenzje, m.in. w brytyjskim magazynie „Empire”, gdzie David Hughes napisał: „Polska aktorka Bachleda jest najpiękniejszym i najbardziej urzekającym odkryciem od czasów Nastassji Kinski, ale jest o wiele lepszą aktorką”. Ale nie tylko to…

Cygański mąż w pogoni za skandalem

Paradoksalnie to właśnie nieudany film „Ondine” świetnego skądinąd reżysera Neila Jordana (m.in. „Wywiad z wampirem”), stanowi punkt zwrotny w karierze
Bachledy-Curuś. Romans z pierwszym Casanovą Hollywood, ale i uznanym aktorem (tylko za rolę w filmie „Alexander” Farrell dostał 10 mln dolarów), mocno się odbił na jej życiu.

 

Pierwsze wspólne zdjęcia Alicji z Colinem, wskazujące na większy niżby wypadało stopień zażyłość, media potraktowały jako część kampanii promocyjnej filmu. Kiedy jednak na jaw wyszła ciąża Alicji, zaatakowano ją z różnych stron. Na celownik wzięli ją paparazzi i tabloidy, a internet kipiał od oburzenia. Romans z gwiazdorem uznano za trampolinę do sukcesu. Głosy uwielbienia dla grzecznej i zdolnej dziewczyny, jakich wcześniej Bachledzie nie szczędzono, przyjęły formę niechęci a nawet agresji. „W Polsce jest uważana za hollywoodzką gwiazdę, a w Hollywood za dziewczynę ich gwiazdora” – pisano na portalu polonia.net. „My cię tu nie chcemy!” – grzmiała Polonia w Chicago, o czym na portalu FilmWeb donosili internauci. W tym samym tonie można było spotkać teksty w amerykańskich bulwarówkach. Trudno było się pogodzić z utratą dobra narodowego w osobie Colina – Irlandczyka tak czule zaadoptowanego przez Hollywood.

Kogóż to nie ma na jego liście! Angelina Jolie, Demi Moore, Britney Spears, Salma Hayek, Liv Tyler, Lindsay Lohan, Maeve Quinlan, modelka Hazel Kareswarren. No i była żona, Amelia Warner. Małżeństwo (2001 r.) co prawda przetrwało zaledwie trzy miesiące („nigdy więcej”, wyznał potem w jednym z wywiadów), ale rozwód był kosztowny – Colin musiał zapłacić byłej partnerce 2 miliony dolarów. Bo Colin to kochanek gorący, o czym przekonali się internauci z całego świata, oglądając sfilmowaną przez samego Farrella scenę uprawiania seksu z byłą dziewczyną Nicole Narain.

Przed ewentualnymi agresorkami bronił Colina solidarny front – jego irlandzka rodzina: mama Rita, asystująca mu non stop siostra Claudine i rodzeństwo. No i było też dziecko – syn James (ur. 2003 r.), owoc związku aktora z modelką Kim Bordenave. Dzieci również Farrell lubi. W jednym z wywiadów wyznał, że chciałby mieć ich choćby dwudziestkę, ale z dwudziestoma różnymi kobietami. Na dziecko i założenie rodziny, a także wspólne wakacje w Stambule, namawiał ponoć również brytyjską pisarkę Emmę Forest i to jeszcze podczas zdjęć do „Ondine”. Zerwał z nią dopiero po powrocie z planu, gdyż „potrzebował przestrzeni”. Ich związek był na tyle silny, że Farrell chciał dla niej nawet przejść na judaizm. Jednocześnie jednak nie zabierał jej na imprezy, ponieważ „nie była wystarczająco ładna”.

O nowej wybrance kochanka dowiedziała się z mediów. Oto na zdjęciu Colin trzymał za rękę dziewczynę, która ujawniła, że jest w drugim trymestrze ciąży. „To cygański mąż” – podsumowała i – jak to z pisarkami bywa – opisała wszystko w książce „Your Voice In My Head” (Twój głos w mojej głowie). Skandal wisiał w powietrzu, bowiem książką zainteresowało się kino. Znane już było nawet nazwisko aktorki, która miała się wcielić w rolę Alicji – Rebecca Hall. Z projektu wycofano się całkiem niedawno, co jednak nie znaczy, że pomysł nie powróci. W końcu dlaczego Amerykanie mieliby nie mieć swojej wersji „Och, Karol!”, przepraszam... Colin.

Wydział śledczy w akcji

O ile Emma, ośmieszając w książce byłego kochanka, mogła poczuć w ustach słodki smak zemsty, o tyle Alicji takie myśli są obce. Jak zwykle zdystansowana, ważąca słowa, o swoim byłym partnerze wypowiada się z wielkim taktem. Jest w końcu ojcem jej dziś półtorarocznego synka Henry’ego Tadeusza, a przed nimi daleka rodzicielska droga. „Cieszę się, że na pewnym etapie (...) podjęliśmy z Colinem decyzję, by nasz związek przerodził się w bardziej przyjacielski, równocześnie odnosząc się z szacunkiem do uczucia, które nas łączyło. Bo mimo że nie żyjemy razem, jesteśmy sobie bliscy i wzajemnie się wspieramy. I zależy nam, żeby w miłości wychowywać naszego Henia” – wyznała w jednym z wywiadów. Ale jak donoszą liczne portale i blogi, obserwujące życie nie tylko Alicji, ale nadal także Colina, w ostatnich miesiącach ojciec nie miał zbyt wiele czasu dla synka. Alicja na szczęście okazała się wspaniałą matką, nierozstającą się wręcz z dzieckiem. Skąd to wiadomo? Dzisiaj trudno się komukolwiek ukryć. Tym bardziej byłej dziewczynie Farrella, nie mówiąc o nim samym.

Na jednym z blogów prowadzonym przez fanki aktorki (CoAlicja) możemy dowiedzieć się, co robiła każdego niemal dnia. Mała próbka: gdzie Alicja robiła ostatnio zakupy? „W Oaks Gourmet Market”. Czym zajmował się wtedy Farrell? „Wracał z jogi”. Gdzie aktorka była 1 maja? Amerykańscy paparazzi namierzyli ją, gdy siedziała samotnie na murku przed sklepem Fred Segal w zachodniej części Hollywood. A Colin? „Był w LA w El Capitan Theatre na premierze filmu „Thor” z dziennikarką Danicą Smith, siostrą Claudine i obejmującą go czarnowłosą kobietą w ciąży. Kto to taki, na razie nie wiadomo, ale blogerki zapewne niebawem wyświetlą i tę tajemnicę. A kiedy ruszyły zdjęcia do najnowszego filmu „Bitwa pod Wiedniem”? „2 maja w Rumunii”. Kogo zagra Alicja? „Księżnę Lotaryńską, żonę Karola V Lotaryńskiego (Antonio Cupo – „Jaki przystojny! W sam raz dla Alicji”, zachwycają się blogerki). Pełne zawodowstwo! Wszędzie linki do zdjęć i filmików. Internautki zamieszczają też własne informacje i recenzują, często z oburzeniem, notatki z prasy i rozmaitych portali. A więc sława?

Coś tam dzióbie na Zachodzie

Kiedy w ubiegłym roku zaproszono Alicję do udziału w jury festiwalu filmowego w Gdyni, w polskich mediach zakipiało. „Jak to, niektórzy przez całe życie pracują na takie wyróżnienie, a tu nagle Alicja! Kim ona jest, czego dokonała, poza urodzeniem dziecka hollywoodzkiemu gwiazdorowi” – pytano. „W każdym jury za granicą jest taka maskotka. Zawsze się bierze jakąś popularną aktorkę, piękną i młodą, by była taką ozdobą. (…) Niech sobie tam będzie. Ładna dziewczyna, coś tam dzióbie na Zachodzie” – podsumował jurorowanie Bachledy Jan Nowicki.

 

A jeszcze nie tak dawno reżyserzy wypowiadali się o niej zupełnie inaczej. „Aktorsko była intrygująca” – mówił w 2007 roku pytany przeze mnie Maciej Dejczer (pracował z Bachledą-Curuś przy serialu „Na dobre i na złe”). „Intuicyjnie szukała środków wyrazu. Dobrze się fotografowała. Czy czeka ją w Stanach kariera? Zrobiła pierwszy krok, a tam bardzo trudno go zrobić i to w takim stylu. Więc dokonała czegoś niezwykłego. Otworzyła sobie drzwi”. Dzisiaj możemy zapytać, czy związkiem z Farrellem przypadkiem sobie tych drzwi nie zatrzasnęła.

W jakim jest miejscu? Premiera „Bitwy pod Wiedniem”, włosko-polsko-tureckiej produkcji, którą ekscytują się blogerki, planowana jest na drugą połowę 2012 roku. Reżyseruje Renzo Martinelli (m.in. „Barbarossa”), a prócz Bachledy w filmie wystąpi wielu polskich aktorów, m.in. Daniel Olbrychski, Andrzej Seweryn, Piotr Adamczyk, Borys Szyc i Wojciech Mecwaldowski. Króla Jana III Sobieskiego ma prawdopodobnie zagrać Harvey Keitel, a jedną z postaci Adrien Brody. Po zdjęciach w Rumunii przyjedzie kolej na Polskę – na zamki w Łańcucie i Baranowie Sandomierskim. Alicja długo czekała na ten film, podobnie jak na „The Absinthe Drinkers” w reż. Johna Jopsona (również polska koprodukcja). W tym wypadku problemem były najpierw finanse, a teraz kalendarz gwiazdy – Tima Rotha, który ma zagrać partnera Alicji, czyli tytułowej Artemisii von Rath, słynnej malarki końca XIX wieku. Prócz Rotha ma zagrać John Hurt, Jürgen Prochonow i Peter Facinelli. Zdjęcia w Krakowie i Florencji mają ruszyć w przyszłym roku, a film zapowiada się jako wydarzenie artystyczne.

Czy jednak dojdzie do realizacji tego filmu, pewności nie ma. Ale to dla tej produkcji aktorka nie przyjęła propozycji Cezarego Pazury, który – jeśli wierzyć tabloidom – proponował jej 30 tys. zł za każdy dzień zdjęciowy w swojej komedii „Weekend”. Jeśli „The Absinthe Drinkers” dojdzie do skutku, Bachleda-Curuś będzie miała nareszcie szansę wykazania się talentem. Bo na razie zbyt wielu możliwości nie miała. „Friendship” (2010 r.), niemiecka komedia o nastolatku, który po 12 latach wyrusza do San Francisco, by odnaleźć ojca, przeszła bez większego echa. Ale być może sukcesem okaże się thriller „Girl Is In The Trouble”(2011 r.) w reżyserii Juliusa Onaha. Alicja zagrała tam kobietę uwikłaną w interesy dwóch mężczyzn: dilera narkotyków i maklera giełdowego. Obok niej występują: Columbus Short, Mike Starr i Wilmer Valderrama.

Polskie bagno

A więc jaką miarę przyłożyć do zagranicznej kariery Bachledy-Curuś? Weronika Rosati, która również próbuje szczęścia w Ameryce, a której dokonania wciąż są u nas podważane, powiedziała mi, że ważna jest dla niej opinia tych, którzy, jak np. Jadwiga Barańska i Jerzy Antczak, tam żyją i wiedzą, jak trudno jest się przedrzeć. Udało się to Francuzce Marion Cotillard stawianej cztery lata temu w jednym rzędzie „nadziei jutra” z Alicją. Cotillard gra dzisiaj w najlepszych amerykańskich produkcjach, takich jak „Nine-Dziewięć” czy „Incepcja”. Nic dziwnego, za rolę w „Niczego nie żałuję – Edith Piaf” dostała Oscara! Ale jednocześnie nie zapomina o francuskim kinie. „Amerykański plan należy traktować jako wielką zawodową przygodę. Zasadzenie się, że oto będę wielką gwiazdą w Ameryce, to błąd. Chociażby dlatego, że w kinie liczy się również akcent, którego Polakom trudno jest się pozbyć. Inna też jest mowa ciała. Trzeba grać w innych krajach, co też robią europejskie aktorki” – mówi Małgorzata Zajączkowska, która spędziła w Stanach 18 lat (do 1999 r.), występując jako Margaret Sophie Stein w amerykańskich produkcjach (nawet u Woody’ego Allena w „Strzałach na Broadwayu”). „Jednak jakakolwiek praca w filmie polskiej aktorki w Hollywood jest wielkim wydarzeniem. Bo są tam tysiące zdolnych ludzi, czekających na swoje pięć minut. Wiele zależy od talentu, ale wiele też od łutu szczęścia. A kiedy się ono wreszcie uśmiechnie, nigdy nie wiadomo, czy owe pięć minut zamieni się w piętnaście, czy też nie. Tylko że my tutaj, w Polsce, czekamy raczej na czyjeś potknięcia, a nie na powodzenie.

Nie czekamy na potknięcia Alicji Bachledy-Curuś, przeciwnie, życzymy jej jak najlepiej. Bez względu na to, czy swoje pięć minut ma już za sobą, czy wciąż jeszcze nie. Chcielibyśmy oglądać aktorkę częściej na kinowym ekranie niż na celebryckich imprezach, co tak trafnie ujął felietonista „Wprost”: „(...)Dziewczyno, weź ty się lepiej ogarnij i wracaj za granicę grać w filmach, bo twoja kariera może zaraz zakończyć się na galach typu Samochód Roku i na okładce „Mojego Psa”. Pamiętaj, polskie bagno, jak każde bagno, ma trzy cechy: brudzi, wciąga i nie ma dna”. Z jedną tylko uwagą: niekoniecznie tam wracaj, ale graj!