Kto poza Szymonem Majewskim powinien całować Panią w rękę?

A dlaczego ktoś ma mnie całować w rękę?!

Szymon twierdzi, że to Pani zawdzięcza swoją karierę w mediach.

Och, miło to słyszeć. Faktycznie „wysłuchałam” go kiedyś w radiu, wydał mi się niesłychanie zabawny i zaprosiłam do współpracy w „Wieczorze z Alicją”. Robił tam purnonsensowe prezentacje różnych dziwnych sprzętów, które wzbudzały zachwyty i oburzenie. Prywatnie Szymon jest niezwykle ujmującym człowiekiem, lojalnym, wspierającym, bez mililitra tzw. sodowej. Zawsze wita się ze mną słowami: „Matko mojego sukcesu!”. Ale nie pamiętam, żeby się rzucał do całowania mnie w rękę (śmiech).

A inni? Potrafią Pani podziękować za to, że umożliwiła im Pani karierę?

„Matko mojego sukcesu” słyszę od Joanny Kurowskiej. Joanna pojawiła się w telewizji śniadaniowej, którą prowadziłam w latach 90. w Dwójce, razem z Piotrem Gąsowskim i Sławomirem Packiem. Żartujemy sobie z tego często. Najspektakularniej „odkryłam” Macieja Orłosia. Pojawił się w programie jako aktor, a ja zobaczyłam w nim dziennikarza. Namówiłam go na prowadzenie wywiadów. Pierwszy zrobił z Kasią Figurą. Także profesor Jerzy Bralczyk twierdzi – z właściwym sobie poczuciem humoru – że go „wylansowałam”. Faktycznie coś w tym było. Siadł naprzeciwko mnie w studiu, zaczął mówić i już wiedziałam, że chcę go w każdym programie słuchać i chłonąć. Rafał Bryndal ostatnio mnie przekonywał, że go telewizyjnie odkryłam, ale nie mogliśmy sobie przypomnieć, jak i gdzie (śmiech).

A Panią kto odkrył?

Dla mediów „pisanych” słynny satyryk, mój idol, Anatol Potemkowski. Wzięłam udział w konkursie na wiersz do tygodnika „Szpilki” i dostałam pierwszą nagrodę. Dla telewizji Józef Węgrzyn za namową Mariusza Waltera zaproponował mi komentowanie sportu w „Panoramie”, ale odmówiłam. Potem powierzył mi prowadzenie Dwójki. Dla radia odkrył mnie Grzegorz Wasowski. Pisałam i wykonywałam teksty do trójkowego kabaretu „Nie tylko dla orłów”, a potem robiłam z Wojtkiem Mannem „Wywiady spod estrady”.

A Pani najnowsze odkrycia w „Pytaniu na śniadanie”?

Sobotni duet prowadzących Marzena Rogalska i Hubert Urbański. Ciepło i profesjonalizm Marzenki wszyscy znamy, ale Huberta sama wymyśliłam, pamiętając go z radia jako sprawnego dziennikarza z poczuciem humoru.

A pomyłka? Kiedy ten słynny nos zawiódł Panią?

Kiedyś się pomyliłam i zaczęłam stwarzać możliwości występu młodemu pisarzowi. Na castingu wydawało się, że to geniusz, a potem z bólem musiałam powiedzieć, że się pomyliłam.

Co trzeba mieć, żeby widz daną osobę pokochał?

Trzeba mieć w sobie prawdę, entuzjazm i radość z wykonywanego zawodu. Gdy do tego dojdą: poczucie humoru, wiedza, erudycja i dobry język polski, to „przejście przez szybę” zapewnione. Moim zdaniem w dzisiejszych czasach na ekranie zwycięża naturalność i prawda. Absolutnym ideałem prowadzącego program poranny jest „Misio”, czyli Michał Olszański. On w ogóle się nie mizdrzy, jest sobą. Słuchając go, wierzysz w każde słowo.

Co to znaczy być sprawnym w telewizji śniadaniowej?

W każdym programie jest około dziesięciu tematów z bardzo różnych dziedzin. Od typowo poradniczych do naukowych. Liczba gości dochodzi nawet do 40! Są goście z najwyższych półek, ale też tzw. zwyczajni bohaterowie, którzy są po raz pierwszy w telewizji, mówią na bardzo osobiste tematy i wymagają wielkiej delikatności. W tak skomplikowanej strukturze trzeba się sprawnie poruszać.

Ale czym się mierzy taką sprawność? Na metry, kilogramy, na czas?

Na zadowolenie widza. Poranny widz musi mieć wszystko podane w pigułce, atrakcyjnie i z wdziękiem.

Mówi się, że żyjemy w teatrze życia, a twarz to maska. Telewizyjna twarz też jest rodzajem maski? Jakie typy masek Pani rozróżnia?

Rzeczywiście czekamy na pewne miny znanych osób. Ja uwielbiam, jak mężczyźni podnoszą jedną brew do góry. Ta słabość zaczęła się u mnie dzięki rewelacyjnej brwi Rogera Moore’a  w „Świętym” i „Jamesie Bondzie”. Może dlatego tak polubiłam Huberta Urbańskiego, bo pięknie unosi lewą brew, prawie w szpic. Najpiękniej głos zawiesza Tomek Lis. A ma co zawieszać, skoro to jeden z najlepszych głosów w mediach. Na szczęście poparty myślą i nienagannie medialnym wyglądem.

Pani, nadzorując programy, musi być trochę psychologiem?

Psychologiem amatorem. Pomaga mi bardzo to, że sama przeszłam przez wszystkie etapy dziennikarstwa telewizyjnego. Wiem, jak dotrzeć do moich „gwiazd”. Z nimi trzeba delikatnie jak z primadonnami przed premierą, bo pracują w wielkim stresie i potrzebują wsparcia. Więc moja metoda jest taka, że najpierw chwalę, bo zawsze jest za co, a potem sugeruję lekką zmianę w sposobie bycia na antenie. Łukasz Nowicki fenomenalnie szybko zgubił „patynę” aktorską, która mi przeszkadzała. Beata Sadowska jest absolutną mistrzynią szybkiej poprawki, bo prawie z dnia na dzień wyeliminowała swoje „yyy”. Agnieszka Szulim ma duży dystans do siebie i wie, że czasami za bardzo macha rękami. Tomek Kammel nieustannie pracuje nad sobą i mamy swoje sekrety. Wychodzi na to, że Wojtek Jagielski i Ania Popek są bez skazy (śmiech).

A kiedy ta praca zaczyna nużyć?

 

Oczywiście, że wpada się czasem w rutynę i powtarzają się miejsca, sytuacje. Czasami coś, co trwa na antenie chwilę, było przygotowywane godzinami. Tak było z Agnieszką Holland przed premierą filmu „W ciemności”. Film zobaczyłam, przeczytałam książki, recenzje i wywiady i dopiero wymyśliłam nasze antenowe osiem minut. To było kilka dni pracy i nie ma zmiłuj! Do naszych wspólnych rozmów z Marią Czubaszek „Czubaszek na śniadanie”, w których wyśmiewamy absurdy prasowe, też wkładam masę energii.

Dlaczego niektórzy prezenterzy śmieszą? Albo zaczynają drażnić? Czy znalazła Pani klucz, który by to tłumaczył?

Mam straszną teorię – duża część naszego społeczeństwa lubi nie lubić. Gwarantuję, że wystarczy jeden pretekst, by każdy anioł został znienawidzony. Nie chodzi o to, że ktoś sam sobie zapracował, tylko pojawia się pretekst i dziki tłum się rzuca. Są teraz wyobrażenia: „Ach, jaką ona jest gwiazdą, lepiej jej się żyje!”. Jest to założenie z gruntu błędne, bo nikt nie wie, co się dzieje w głowie takiej gwiazdy, ile ona ma lęków i zmartwień.

A co najbardziej ludzi drażni?

Zauważyłam, że dla internautów tych wszystkich pudelkopodobnych portali największym grzechem jest starość. Z drugiej strony, niedobrze jest być zbyt pięknym i zadowolonym z siebie facetem, na dodatek bez łupieżu. Mężczyźnie na świeczniku służy jakiś mały defekcik.

Czyli Kuba Wojewódzki, który cały czas mówi, że nie udaje mu się z kobietami, wytrąca oręż przeciwnikowi?

Biedny zawistnik portalowy pomyśli sobie: „No tak, z babami mu nie wychodzi, a mnie wychodzi!”. I od razu czuje się lepiej. To się nazywa „otwieranie kanału współczucia”. Ale mówimy o pewnym typie „widzów zniewidzów” (śmiech).

„Surowa i sprawiedliwa” – tak mówią o Pani  na korytarzach telewizyjnych.

Ja staram się zastosować mit szefa pozytywnego, to jest takiego, który nie miota błyskawicami, nie wali pięścią. Ja takiego miotającego i walącego pięścią szefa nie chciałabym mieć i takim szefem nie jestem. Nie potrafię być okrutna, nie potrafię być bezwzględna, nie jestem też intrygantką, nie bawi mnie to. Bardzo mi zależy na tym, aby moi współpracownicy dokładnie rozumieli, jaki program robią. Chodzi mi o dobrą partnerską pracę i o fajne wyniki. To już takie sportowe skrzywienie.

Od podszewki zna Pani show-biznes. Czy można powiedzieć, na czym polega jego słabość?

Uważam, że w tej masie podobnych produktów jest nudno. Telewizje się wzajemnie naśladują. To jest największa słabość.

Filozofowie twierdzą, że jesteśmy społeczeństwem spektaklu, nie produkujemy nic poza spektaklem. Wszystko jest do oglądania i oceniania. Chodzi tylko o produkty.

Chodzi o zysk z reklam. Wiemy, jakim gustom należy hołdować i co się sprzeda. Dominuje poetyka tabloidalno-sensacyjna. Ale ja wierzę w większe potrzeby widzów. Dwójka od niemal roku proponuje wyższą półkę w rozrywce, filmie, dokumencie i ma coraz lepszą widownię. Widownię, która zadaje pytania o sens.

A kiedy Pani czuje sens, kiedy Pani jest najszczęśliwsza?

Widziałam niegdyś telewizyjne wyznanie słynnej, fenomenalnie bogatej pisarki angielskiej Barbary Cartland. Na pytanie: „Kiedy byłaś najszczęśliwsza?”, wszyscy oczekiwali odpowiedzi: „Kiedy kupiłam ósmy zamek w Szkocji”. A ona odpowiedziała: „Na lunchu, z dziećmi”. Siedem lat spędziłam w domu, opiekując się moimi dziećmi, zakochana w nich na zabój, ale też umęczona codzienną dyscypliną, sprzątaniem, gotowaniem, spacerami czułam, że się „zawodowo marnuję”. Wtedy wiele szczęścia dawały mi marzenia o medialnych podbojach. Teraz moim największym szczęściem jest być blisko moich najbliższych. Dobre relacje mnie uszczęśliwiają. Relacje z drugim człowiekiem. To ma sens.